Europejska stolica betonu, stali i szkła.

Moje miasto, takie piękne, ma wielkie ambicje. A raczej mają je nasi włodarze. Wrocław musi być najbardziej, najlepiej i najszybciej w każdej dziedzinie.

Kosztem dziewięciu zer prowadzonych przez jedynkę, zbudowaliśmy stadion na zadupiu o elewacji co-to-się-miała-nie-brudzić-podobno, aby staropolskiemu „zastaw się, a postaw się” stało się zadość. Stadion rozbrzmiał okrzykami 100 tysięcy widzów 5 lat temu a następnie zamilkł na lata i dalej milczy z zażenowania, gdy nasi lokalni kopacze z trudem utrzymują się w ekstraklasie.  Mieliśmy stolicę kultury, będziemy mieć Igrzyska. Miało być expo, EIT, metro. Miały być elektryczne autobusy i tramwaj na… (a gdzie nie miał ?) Złożyliśmy nawet aplikację o tytuł Zielonej Stolicy Europy. Miało być tak pięknie a wyszło… no właśnie.

Wrocław zielony jest umiarkowanie. Jak grzyby po deszczu w miejsce trawników powstają nowe biurowce, z przebudowanych ulic znikają drzewa a z odremontowanych placów znikają klomby. Bo tak jest bardziej, ale czy lepiej? Wrocław poza deklaracjami robi niewiele.

Na pierwszy ogień – tory tramwajowe. Kiedyś, w Poznaniu będąc, zakochałam się w zielonych torowiskach poprzerastanych trawą. Potem takie same klimaty wpadły mi w oko w Pradze i w Warszawie. A Wrocław? Tłumaczy się, że u nas to nie możliwe, bo torowiska są współdzielone z samochodami. Czy aby na pewno? Obecnie trawkę pomiędzy torami można spotkać w kilku miastach. Podobno wśród nich jest Pępek Świata. Prym wiedzie Kraków z 25 km, co stanowi ok. 12,9% toru pojedynczego w tym mieście. Kolejne pozycje zajmują Łódź (24 km i udział 10,9%) oraz Warszawa (16,1 km i udział 6,2%).

Takie rozwiązanie możnaby zaproponować mieszkańcom Nowego Dworu, którzy nie chcą tramwaju, bo będzie za głośny – zielenina obniża hałas nawet o 8 dB! A tak na marginesie to owi mieszkańcy kilka lat lobbowali za tramwajem (chociaż mają ponad 10 linii autobusowych kursujących w każdą część miasta), a jak go dostali to się obrazili. Polakowi nie dogodzisz.

W Warszawie na utrzymanie takiej fanaberii wydaje się rocznie ok 220 tysiaków. Koszt stadionu to 4500 lat utrzymania trawki w stanie golfowej zieloności (zakładając, że będzie jej tyle ile w stolycy).

O ile torowiska można uznać za zielone gdy porastają sobie nieproszonym mchem i chwaściorem to jest kilka miejsc w centrum mojego miasta, które zasługują na wątpliwie szczytne miano „patelni wszechświata”. Urzędnicy miejscy, zasiedli, myśleli, myśleli i wymyślili, że jak jest jakiś kawałek wolnej przestrzeni bez domów, ulic i straganów, to gawiedź na pewno będzie chciała się tam tłumnie gromadzić, niekoniecznie w jakimś celu. A skoro tak chcą, to trzeba im to umożliwić! A jak umożliwić, to trawkę zaorać, żeby się nie zadeptała, krzaki wyciąć, żeby pospólstwo nie połamało, a ścieżki wybetonować, bo czemu nie. I ciężko się z tym tokiem myslenia nie zgodzić, gdyby nie fakt, że trawników mamy w city niewiele a wybetonowanych przestrzeni ogrom. Tylko czy naród faktycznie aż tak bezładnie i tłumnie się gromadzi? Czy Rynek nie jest wystarczająco duży na wszystkie imprezy? A plac Solny? A tereny wystawowe? A wreszcie – Pola Marsowe? Czy trzeba zabetonować połowę centrum, tak na wszelki wypadek?

Przykład pierwszy – mistrzostwo świata pod każdym względem – Plac Nowy Targ. W centrum miasta, ale trochę na uboczu i wystarczająco blisko Wyspy Słodowej (gdzie odbywają się wszystkie imprezy niegodne Rynku). Nie ma tu żadnych atrakcji, ostatnią fontannę zburzono w czasie wojny a konkurs na nową jest podejrzanie nierozstrzygnięty od 50 lat. Plac otaczają rozpadające się bloki i Urząd Miasta Stołecznego Wrocławia, ot kuriozum. Tylko kto miałby tu deptać trawnik i łamać drzewka? Ale przetarg wygrany, prace skończone, nowy plac odebrany. Betonowe płyty jak okiem sięgnąć plus kilka granitowych leżanek – dla miejskich śpiochów ławkowych jak znalazł. Kratka z ciemnejszego bruku podobno wyznacza średniowieczny układ straganów. Jak nietrudno się domyślić obecnie jest zakaz handlu wszelakiego. Jest również zakaz sadzenia trawki, drzewek, krzaczków i czegokolwiek co mogłoby nieco natlenić mózgi miejskich myślicieli (Plac jest notabene obok urzędu).

Kolejnym „dziełem” dzierżącym palmę pierwszeństwa w głupości jest patelnia przy Forum Muzyki. Kiedyś, za dawnych czasów, był tam jedyny w mieście skatepark a teraz jest plac o idealnych parametrach do wojskowych defilad, albo bicia rekorku Guinessa w smażeniu jajek na granitowych płytach. Pod placem jest parking podziemny, więc ok, rozumiem, że nie może być tutaj lasu sekwoi. Ale trawka jakaś? Krzaczek? Ławeczka? Kwiatuszek?

IMG_20170529_125406

Forum ratuje połowicznie fakt, że zaraz obok jest Park Staromiejski i jak się dobrze to miejsce zaatakuje to może ono wyglądać tak:

forum7

ale jak sie ma pecha, to widok jest nieszczególny:

forum5

Ratunek połowiczny, bo park słuzy do przemieszczania się z punktu A do punktu B, slalomem pomiędzy Cygańskimi królowymi tarota. Brakuje tu miejsca do celowego i spokojnego „usiąścia”. Knajpy tu żadnej nie uraczysz, a i rowerem można dostać niespodziewanie, bo ktoś kawałek parku ogrodził sobie murem a scieżka rowerowa przebiega tuż pod bramką z tegoż muru…

Wrocław nie należy do szczególnie zielonych miast. Parków mamy jak na lekarstwo a parków w centrum to jak na lekarstwo dla ptaszka. Kawałek „plant” przy fosie, ale w trakcie przerwy w pracy można co najwyżej przejśc się dookoła budynku i ewentualnie postać chwilę na słońcu na trawie, konkurując o każdy jej centumetr z okolicznymi posiadaczami psów…

A można inaczej.

Małe przestrzenie można zaplanować z głową i pomysłem, zielono i ekologicznie. Tak aby było przyjemniej usiąść, popatrzeć i posłuchać. Bez gigantycznych kosztów i niekonczących się przetargów (choć co do tego mam wątpliwości).

Można jak w Barcelonie, gdzie okna mojego pokoju wychodziły na niespecjalnie ładny placyk. I nie było by w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że cały skwer przy San Ramon, w środku dość „czerwonej” dzielni, był wysadzony drzewami. Można jak w Pradze, gdzie ichniejszy rynek jest w połowie zadrzewiony. Można jak na Malcie czy w Splicie, gdzie zaułki pomiędzy kamienicami są ostoją dla maleńkich ogródków cieszących oczy kolorami, cieniem i przyjemnym chłodem.

Można tak jak w Berlinie, czy Dublinie, można jak w gigantycznych metropoliach, skoro chcemy już niedługo za taką uchodzić. Zamiast plażo-patelni w sercu miasta można posadzić… park:

W takim na przykład Cleveland, powstały trzy zielone koncepcje na tą samą przestrzeń. Pod każdą sie popisuję, każda jest doskonała:

Da się. Ale skoro mowa o centrum miasta to nie może w nim zabraknąć Mordoru. Centrów usług wszelakich dla biznesu, miejsca pracy 20 tysięcy wrocławskich hipsterów, porażkowców, millenialsów i korpoludków. W jednym z takich miejsc miałam swoje biurko pod oknem 😉 W czarnym klocku przy najruchliwszym skrzyżowaniu w mieście, z jakiejś przyczyny ochrzczonym paskudnym mianem Dominikański Skanska Building. Nazwa absolutnie sprzeczna z doskonale modną oczywistością. W końcu coś co powstaje na miejscu 200-letniej drukarni powinno nazywać się „Starą drukarnią”. Skąd tak okropne imię? No idea…

Ale do rzeczy. Klocek jak klocek: windy, okna, open space jak okiem sięgnąć. Wykonawca chwalił się, że nasz budynek ma jakieś super moce „bardziej” niż inni, ale mi najbardziej doskwierał brak otwieranych okien i fakt, że patio, na które miałam okno, było kompletnie bezpłciowe.

Stała tam jedna biedna ławka oraz dość mocno modernistyczna rzeźba jelenia (interpretację pozostawiam Wam). Dodatkowo bryła budynku była w kilku miejscach dość nieregularna, przez co powstało kilka „tarasów”, jednak na żaden nie można było wyjść (brak otwieranych okiem), a nawet jakby była taka opcja, to tarasy były wysypane żwirkiem i ogólnie mało przstępne. Czarno, szaro, szklano, grafitowo. Nijako okrutnie, Nudno do bólu. Ostatecznie ktoś podjął próby zbudowania zielonej ściany na patio, ale z dość mizernym rezultatem. O „fenomenie” tego obiektu jeszcze coś skrobnę 😉 Aha – dodam tylko, że jeleń od razu otrzymał tabliczkę „nie przypinać rowerów” oraz został opasany czerwono-białą taśmą, żeby mu się nie pętać pod nogami. Ktoś najwyraźniej był nieostrożny i oberwał jelenią racicą a potem się poskarżył, że zwierz kopie…

A skoro o ścianach zielonych i dachach, to jest we Wrocławiu jedna, całkiem udana inwestycja i dla niepoznaki zlokalizowana… w niebezpiecznej bliskości Urzędu Miasta (miasto to samo, ale Urząd w nieco innym miejscu). Ładnie tu i zielono, nie ma się czego przyczepić 🙂 Brawo wy!

zielone-ściany-wrocław-7

Jest też druga zielona ściana, a raczej ściany, a raczej cały budynek. Mój ulubieniec 🙂 Muzeum Narodowe we Wrocławiu. Patrzcie i podziwiajcie, bo jest co:

Żeby jednak nie było tak całkiem fajnie, to mamy też swojego miejskiego potwora. Potwór ten, znalazł sobie całkiem sympatyczną miejscówkę z przepięknym widokiem na rzekę, na Muzeum, na Ostrów Tumski. Potwór ma swoje tajemnice, pewnie tylko on wie czemu jego budowa ciągnęła się latami i ostatecznie w wielkich bólach udało się ją dokończyć. Tylko on wie jak nazywa się duch, który tam straszy i jęczy w pustych korytarzach, pomiędzy pustymi regałami. Biblioteka Uniwersytecka. Miejsce dość smutne, ciche i nieładne, a przy tym kompletnie bez wyrazu. Gołe betonowe mury generujące okropne przeciągi. W całej bibliotece jest tylko jedna ładna rzecz – ławka w przejściu pomiędzy budynkami z jakiejś przyczyny stojąca bokiem do Odry.

I ogólnie klocek jak klocek, gdyby nie fakt, że nie trzeba daleko szukać genialnego pomysłu na Uniwersytecką Bibliotekę. Warszawa. Zakochałam się w mgnieniu oka, w tej zieleni, w secesyjnych detalach doskonale współgrającyh z nowoczesnymi rozwiązaniami, w bajkowej niezwykłości. W Ogrodzie można podziwiać nie tylko widoki. Posadzono w nim różnorodne gatunki i odmiany roślin, posadzone w trzech odmiennie skomponowanych częściach. Bezpośrednio przy budynku znajdują się krzewy okrywowe, kwitnące oraz pnącza. Największymi ozdobami otwartej przestrzeni dolnego ogrodu są, połączone strumieniem, sztuczny kamień z kaskadą i zarybiony staw, nad którym zamieszkały kaczki. Posadzono tu drzewa, krzewy i byliny utrzymane w tonacji niebiesko-białoróżowej. Czy tak wiele trzeba aby paskudny betonowy moloch zamienić w zieloną perełkę przyciągającą ludzi jak magnes? Nie, nie studentów głodnych wiedzy, ale zwykłych ludzi pragnących bliskiego kontaktu z naturą w sercu miasta. Boli mnie to podwójnie, bo z Dominikańskiego przenoszę się do Green Day’a (zielonego tylko z nazwy), jednak leżącego nad samą Odrą tuż obok Biblioteki. Posiadanie takiej mikro oazy na wyciągnięcie ręki w porze lunchu byłoby rzeczą absolutnie fantastyczną… Ale mogę o tym tylko pomarzyc, bo prędzej bibliotekę wyburzą niż zrobią z niej piękne i przyjazne miejsce. A tak przy okazji – zamiast stadionu, moglibyśmy mieć 3 takie ogrody jak w Warszawie.

Wrocław ma też jednak kilka całkiem przyjemnych miejsc, jak na przykład odnowiony Dworzec Główny z całkiem ładnie zaplanowanym terenem przed wejściem:

Dworzec Wrocław.jpg

ale ma też sporo za uszami. Pretendujemy do miana „miasta spotkań”, ale czy to oznacza, że każdą wolną przestrzeń trzeba przeznaczyć na miejsce do wielotysięcznych zgromadzeń? Wydaje mi się, że hasło „spotkajmy się we Wrocławiu” miało nieco inny kontekst. Tak! Spotkajmy się we Wrocławiu, oby jeszcze było gdzie 🙂

P.S. te wszystkie budynki / obiekty / koszmarki / cudeńka to nie ludzie zbudowali, to statki kosmiczne są. Jest szansa, że odlecą 😉

stadion luca

żródła tramwajowe i inne:

http://e-czytelnia.abrys.pl/zielen-miejska/2016-2-902/temat-numeru-10746/zazielenianie-torowisk-okiem-praktyka-21057

http://www.transport-publiczny.pl/wiadomosci/zielone-torowiska-znane-od-stu-lat-gonimy-europe-52050.html.

http://www.buw.uw.edu.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=286&itemid=91

http://wawalove.pl/Ogrod-na-BUW-ie-otwarty-od-1-kwietnia-ZDJECIA-sl13340/foto_1 

http://wroclawfantastyczny.blogspot.com/search/label/Kosmostumost%C3%B3w

http://www.archdaily.com/550810/take-a-walk-on-the-high-line-with-iwanbaan/5421a859c07a800de50000fa-take-a-walk-on-the-high-line-with-iwan-baan-photo

pozostałe zdjęcia – Google

O jajku prosto od kury i mleku prosto od krowy

Będzie to pierwsza część poradnika „Jak być dobrym człowiekiem”. Poważnie 🙂 Ale o ile na cechy charakteru nie bardzo potrafię wpływać (jeszcze) to na zachowania czyjeś czasem mi się uda (o ile ktoś bardzo się nie opiera, nie kopie i nie gryzie).

Obserwuję od jakiegoś czasu pewną stronkę na fejsbuniu. Profil ten traktuje o kupowaniu polskich produktów, co wnoszę po jego nazwie (nie zdradzę nazwy, bo nie będzie to tekst pochwalny dla tegoż profilu) i jest pewnego rodzaju deklaracją. Ostatnio pojawił się na nim wpis: „MOJE PRAKTYKI ZAKUPOWE, CZYLI JAK UDAŁO MI SIĘ OBNIŻYĆ WYDATKI NA ŻYWNOŚĆ BEZ SZUKANIA KOMPROMISÓW MIĘDZY CENĄ A JAKOŚCIĄ”, o tym jakie autorka ma sposoby na oszczędzanie. Wpis zostanie na długo w mojej głowie i pewnie będę do niego jeszcze często wracać, bo wprawił mnie, może nie w osłupienie, ale w zadziwienie i zadumę nad światem i ludźmi.

Rodzina autorki prowadzi szczegółową ewidencje wszystkiego co kupuje: zapisują KAŻDY paragon i wzajemnie się rozliczają (ja odpowiadam za żarcie a ty za rachunki, ale jak nie zrobię ci obiadu albo śniadanka w domu, a nazajutrz ty sobie go kupisz, to ja ci oddam hajs- WTF???). Ale ok, niech będzie. Chcą mieć kontrolę nad wszystkimi wydatkami co do grosza? Ich sprawa. Chcą się rozliczać z każdej słodkiej bułki, każdego Maca i każdej frytki? Ich sprawa. Rozumiem, że jak jedno wróci do domu 2h później niż zazwyczaj to dostaje zwrot monet bo nie zużyło tyle prądu i wody co zwykle (światło mniej się świeciło itp). Dalej jednak, jako punkt pierwszy sposobów oszczędzania, jest coś co mnie zwaliło z nóg. Ze śmiechu. Coś co jest hejtowane przeze mnie od wieków i lat, coś czego nigdy nie mogłam zrozumieć (teraz bedzie cytat):

#1 / Zakupy robię tam, gdzie jest najtaniej.
To chyba oczywiste. Dokładnie zapoznałam się z cenami kupowanych produktów w najczęściej odwiedzanych przeze mnie sklepach. Wiem, w którym z nich najtaniej kupię kostkę masła, sery czy moją ulubioną herbatę. Czasami różnice w cenie potrafią wynieść nawet kilka złotych (np. w jednym sklepie syrop Premium Rosa potrafi kosztować niecałe 9 złotych, w innym – ponad 11 złotych).

Umarłam. Ze śmiechu. Może jestem jakaś niedzisiejsza, ale gazetkowe promocje były tematem numer jeden na każdej „imprezie u cioci” oraz w mojej poprzedniej pracy (przez to nie było ze mną o czym pogadać, bo w opinii współpracowników niczym się nie interesowałam…). Promocja „2 pln taniej na kilogramie schabu” ma sens wtedy kiedy zamierzam kupić tego schabu 30 kg. Ale dla jednego kotleta? A 50gr oszczędności na kostce masła gdy muszę po nie drałować w mrozie, po 8h pracy, na drugi koniec osiedla, kiedy marzę tylko o tym zeby walnąć się na kanapę? Bezsens. Jeśli kiedyś to zrobię to proszę mnie od razu zastrzelić i dla pewności przebić kołkiem osinowym.

oszczedzanie

I żeby jasność była – liczę się z kasą, bo na niej zwyczajnie nie śpię. Ale nie należę do tej grupy ludzi, która potrafi, z dokładnością do 2 miejsc po przecinku, powiedzieć ile kosztuje masło łaciate w Społem, ile w Żabce a ile w Piotrze i Pawle. Serio. Mam inne hobby i swoją mózgową pamięć podręczną i operacyjną wykorzystuję na nieco inne dane. I zwyczajnie mnie to nie interesuje. Nie uważam również, żeby zdrowe było przeliczanie ile oszczędza się na jedzeniu, karmiąc piersią, pijąc kawę „w gościach”, bo jest droga i nie niezbędna do życia, pijąc wodę z filtra a nie mineralną czy odmawiając sobie wszystkiego na co ma sie akurat ochotę, żeby zaoszczędzić 2 czy 5 plnów (nie wymyślam sobie tych rzeczy, wszystko tam było). Nie uważam również, żeby fajne było spędzenie połowy lata na słoikowaniu wszystkiego co się da w ilościach hurtowych. Sama czasem coś zasłoikuję, ogóra jakiegoś, czy maliny i chętnie przyjmuję słoiki od babci. Ale w ilości detalicznej. Nie w hurcie. Nie kiszę 10 kilogramów kapusty i 50 kg ogórków (nie wymyślam ilości, bo wszystkie słyszałam w opowieściach w tej robocie co mnie nie lubili, bo nie było o czym ze mną pogadać :)). Przypomniał mi się jeden osobnik rodzaju męskiego, z którym kiedyś studiowałam. Nie można było z nim iść normalnie, po studencku, na przyodrzańskie wały na browarka, bo osobnik ów, musiał odwiedzić najpierw 5 sklepów porównując ceny, by ostatecznie wrócić do tego najtańszego. Wyprawa trwała godzinę i dopiero w trzecim sklepie z kolei spostrzegłam się w czym rzecz (myślałam, że koneser czy coś….). Krótka znajomość to była. I pouczająca.

Ale żeby nie było, że nie interesuję się tym co, gdzie i za ile kupuję. Zwyczajnie kieruję swoją uwagę nieco w inną stronę:

  • staram się kupować żarełko w polskim sklepie. Najczęściej jest to Piotr i Paweł, bo mam w miarę blisko, do tego jest tam porządek, dość czysto i całkiem spory wybór wszystkiego. Nie jest prawdą, że to przeokrutnie drogie delikatesy. Ceny sa tam ok 2-3% wyższe niż w tesco (sprawdziłam to na koszyku o wartości ok 300pln z produktami każdej kategorii, tych samych producentów)
  • kupując, niech będzie, masło wybieram oczywiście to tańsze, ale naszego producenta. Jogurty kupuję tylko naturalne Bakoma, Piątnica, Krasnystaw (tu się zaparłam – choćby Zott był za półdarmo, to nie wezmę)
  • ostatnio niektóre rzeczy zamawiam od LokalnyRolnik.pl. To taka platforma łącząca rolników z indywidualnymi odbiorcami. Produkty tam oferowane, są sezonowe i niekomercyjne, często w opakowaniach, które „nieprzystoją” marketom. Są również oczywiście nieco droższe niż sklepowe, ale czasem na prawdę warto.

Teraz pozachwalam trochę Lokalnego Rolnika 🙂 Zakupy zrobiłam tak raptem 3 razy (jestem świeżakiem) i z reguły są to produkty, o których krąży obiegowa opinia, że „wiejskie są najlepsze, a więc:

  • jajka – jakoś nigdy nie wierzyłam, że jajko od kury z trawy smakuje inaczej od takiego od kury z klatki. Badania i moje prywatne doświadczenia empiryczne dowodzą, że żółtka w jajkach ekologicznych nie są bardziej  żółte niż te klatkowe. Jajka ekologiczne nie są też smaczniejsze. Wszystkie smakują tak samo. Jednak wybieram te ekologiczne czy od chłopa, bo tak. Bo nie podoba mi się chów klatkowy ani żaden inny niewolniczy. Pozatym jajka klatkowe pomimo takiego samego smaku i koloru jak eko mogą mieć nieco inny skład i nie do końca dobry wpływ na zjadacza;
  • mleko – przerzuciłam się jakiś czas temu za działaniem mojego T, z mleka UHT na świeże, pasteryzowane w temperaturze ok 60 stopni. Dzięki temu w mleku jest jeszcze trochę barterii a nie same trupy pływające po powierzchni zabielonej wody. Czy takie mleko smakuje inaczej? Nie wiem, wydaje mi się, że nie. Zamówiłam ostatnio od rolnika mleko surowe całkiem, dojone od krowy prosto do butelki. I..? Smakuje tak samo jak to świeże po pasteryzacji. Może dlatego, że piłam zimne, a wtedy mało co ma smak;
  • kefir – na wakacjach byłam na Kaszubach. Jadąc do Malborka na zamek, wpadlismy po drodze do knajpy o nazwie „Papudajnia” na szybkie, domowe żarełko. Obiadek bardzo smaczny, ale maślanka…. no niebo! I kefir od rolnika mi tą maślankę przypomniał – w ogóle nie wodnisty, aksamitny, gęsty, delikatny w smaku, troche śmietankowy. Mniam.
  • chleb – każdy chleb nieprzemysłowy, tylko taki na zakwasie z listą składników ograniczoną do 4 – jest dobry. Ja, pomimo szczerych chęci, nie odkryłam jeszcze tajemnicy chleba doskonałego, więc przepadam za kupnym 😉 Jesli odbieram chlebek z zamówieniem to na dzień dobry zjadam pół bochenka…
  • ryby – moja lista ryb, które kupuję jest ograniczona przez wytyczne wwf. Ryb morskich we Wrocławiu jest mało (żądamy dostępu do morza!), ale z jakiejś przyczyny łatwiej dostać halibuta z lodu niż świeżego śledzia. Od rolnika kupuję pstrągi, bo są jedyną rybą, którą potrafię przyrządzić, a wierzcie, że koło Gessler nie leżałam. Pstrągi są zapakowane próżniowo, bardzo świeże no i smaczne!
  • owoce i warzywa – nie próbowałam zbyt wielu, bo tu bardzo daje się we znaki sezonowość. W zimie mogę dostać marchewkę, buraki czy ziemniory (kilka gatunków), zdaża się jarmuż, do którego się nie przekonałam. Z owoców próbowałam jabłek (jest wiele odmian i w końcu mogłam spróbowac, które lubię a które nie).
  • masło – zostało bohaterem posta… Kupiłam ostatnio masło od chłopa. Drogie. Bardzo. Ale z drugiej strony ile zużywam masła w miesiącu? Nie zbiednieję. Pozatym, w przeciwieństwie do jajek, jest absolutnie fantastyczne. Masło jest tłuściutkie i takie hmm.. mleczne. Miastowa jestem to takiego wiejskiego masła jeszcze nie jadłam. Na prawdę warto.

Próbowałam też miodów, ale te, z zasady, mają mały „nakład”. W zasadzie większość miodów to produkty lokalne z rodzinnych pasiek.

IMG_20170201_184655_resized_20170208_074323832.jpg

Czemu to robię? Czemu tak się upieram przy tej lokalności zakupów i zwracam szczególną uwagę na miejsce pochodzenia tego co kupuję? Bo mało rzeczy mnie tak smieszy jak narzekania małych polskich przedsiębiorców, że jest ciężko, że nie mają klientów, że ludzie wolą tańszy chłam, gdy sami robią zakupy w NETTO czy LIDLu bo tanio i blisko i kupują jogurt Zott bo był tańszy o 20gr od tego z Piątnicy. Nie ma tu sprzeczności? Jeśli marudzimy, że jest nam źle, to na pewno nie jesteśmy osamotnieni, ale może sami wpływamy na to, że tak jest i możemy temu łatwo zaradzić?

Widziałam ostatnio taki obrazek: kiedy kupujesz coś od małego przedsiębiorcy, ktoś odstawia mały taniec radości. Prawda. Dajmy trochę radości naszym, bo to fajne. I dobre 🙂 W końcu chcemy być dobrymi ludźmi, prawda?

15665700_1276871519044258_5527755123611363653_n

 

Wesołych ekoświąt!

Prezenty kupione ? Dobrze! Czas na ich pakowanie, bo choć nikt nie zaprzeczy, że w prezentach i ludziach liczy się wnętrze, to każdy skrycie przyzna, że opakowanie też jest ważne.  Jeśli czasem nie ważniejsze. Bo jak lepiej można schować nieciekawą zawartośc niż pod przemyślaną i pracochłonną kompozycją? Niektórzy przez wiele lat potrafią pozostawać pod wrażeniem opakowania nie zaprzątając sobie głowy zawartością. Jak to w życiu…

Ale do prezentów 😉 Kiedyś, „za moich czasów”, papier do pakowania był wielorazowy, bo co roku krył całkiem inną zawartość. Kluczowe było delikatne odpakowywanie w świątecznej euforii, aby nie uszkodzić cennego papieru, bo za rok znowu miał sie przydać. Mami trzymała go zawsze w szafie pod sufitem, poza zasięgiem małych drących łapek. Wyobraźcie sobie popłoch jaki następował w rodzinie, gdy nie daj losie trzeba było zapakowac prezent na czyjeś urodziny w lipcu. W choinki i Mikołaje… Potem nastała era papierów we wszystkie wzory i kolory, nowoczesnych, tradycyjnych, mało kiczowatych, pieknych, cudownych, absolutnie uroczych. A potem mi sie odwidziało. Bo wszystko pięknie, ale ten cudowny, lakierowany papier ma nieprzyzwoicie krótki i marny żywot. Bielony chemikaliami, barwiony chemikaliami, nabłyszczany z dwóch stron, zwijany w roleczkę i foliowany. Później poleży to to pod choinką godzinę lub dwie, nacieszy oczy nowego właściciela raptem kilka sekund po czym ginie śmiercią tragiczną rozdarty na strzępy i ląduje w koszu. Słabo.

„Ludzie mówio”, że u Brytoli co roku przed świętami w Anglii zużywa się tyle papieru do pakowania prezentów, że można byłoby czterema warstwami przykryć królewski Hyde Park. A to – 160 hektarów! Sporo. Nie wiem ile to jest u nas, ale myślę, że pododnie.

W zeszłym roku rodzina się uparła, że Wigilia ma byc u mnie. A jak u mnie – to ekologicznie. A jak ekologicznie to pakowanie prezentów poszło na drugi ogień (na pierwszy poszedł lniany, naturalny obrus a nie śnieżno biały poliester). Swoje paczki popakowałam w szary papier z… poczty i paczki świąteczne stały sie paczkami pocztowymi. Dostały też, jak prawdziwe paczuchy, adres, znaczki (z allegro 100 szt znaczków z róznych stron świata za 5 pln) i zostały zawinięte bawełniano-papierowym szaro-czerwonym sznurkiem. Do tego nad każdą paczką się napracowałam, bo każda dostała ręczną ozdobę z suszonych plasterków pomarańczy, liści i owoców ostrokrzewu i lasek cynamonu. Każda paczka była unikatowa i w każdą włożyłam siebie 🙂 Zawartość, oczywiście, pozostała bardzo ważna ale opakowanie równie ważne. Pracochłonne, ale bez przesady i orginalne aż do przesady.

W tym roku skonczyły mi sie znaczki, a skoro Wigilia tym razem nie u mnie, to jakoś słabiej przygotowana jestem do świętowania. Prezent mam dopiero jeden. Dwa idą jeszcze pocztą, trzeciego nie zamówiłam bo nie wiem jaki konkretnie i jakoś tak wszystko na ostatnią chwilę wychodzi (dobrze, że za pamięci kupiłam ser na sernik).

A ponieważ nie mam co pakować, to mam czas pouczać Was 🙂

Każdy ma w chacie masę nieprzydatnych rzeczy, które najchętniej by wyrzucił, ale szkoda tak po prostu wziąć i wyrzucić: przedmiotów nie używanych, zapomnianych, resztek wstążek, guzików bez pary, duperelków, które kupiło się bo były urocze, po czym schowało do szuflady, starych plakatów, stron powycinanych z gazet, bo takie ładne itp. Jest czas, pora i miejsce aby się ich kulturalnie pozbyć. Boże Narodzenie.

Pakowanie prezentu w papier z marketu i przewiązywanie wstążką z marketu to pójście na mało ekologiczną łatwiznę. A tak – same korzyści:

  1. Oszczędzamy kasę, bo nie trzeba co roku kupowac papieru ozdobnego (wieeeelu sztuk, bo w każdym sklepie znajdzie się jakiś prześlicznusi a do tego nigdy nie wiadomo jakiej są te papiery wielkości…);
  2. Przewietrzamy szuflady z zakamarków i dajemy drugie życie tym wszystkim torebuniom, skrawkom tkanin, kolorowym czasopismom i starym komiksom (ale nie Thorgala!!), resztkom włóczek i tasiemek, starym lakierom do paznokci (do malowania wzorków – idealne);
  3. Ograniczamy ilość śmieci, bo w końcu to wszystko i tak miało prędzej czy później tam trafić, a tak, trafi tam szczęśliwe, że do czegoś się przydało na końcu swojego życia;
  4. Opakowania z szarego papieru pakowego są przeurocze i jednocześnie całkowicie recyklingowalne. A jak ktoś ma kominek, to może sobie zostawić na podpałkę (eh… kominek);
  5. Podejdziecie trochę bardziej „osobiście” do prezentów i poczujecie taki  świąteczny sentyment.

A skoro prezenty są juz zapakowane to nie może obejśc się bez choinki. No właśnie. U mnie póki co nie ma żadnej, bo nie ma. Bo przedostatnio zamówiłam „małą”, a dostałam ciętą sztukę jodły po sam sufit, już nie wspominając ile bombek trzeba było nabyć do ich ozdobienia. I ile światełek. W zeszłym roku choinkę zastąpił mi umierający bonsai zawinięty w lampki oraz kilka słoików wypełnionych takimi właśnie lampkami. Okazały się one jednak nie być LEDowe, nagrzewały się okropnie i ze względu na ryzyko pożaru (tego jeszcze u mnie nie było), co kilka godzin trzeba było je zwyczajnie zgasić. W tym roku chciałam choinkę sztuczną, ale zamkneli mi Praktikera i do najbliższego takiego sklepu mam z 10 km. Gdzie sie kupuje sztuczne choinki?

Choinki naturalnej z obciętym pniem nie będzie. Po moim trupie. Co roku włodarze miejscy przekonują mnie, że wyrzuconymi choinkami najadają sie po świętach świniaki. Jasne, już w to uwierzę. Prędzej uwierzę w to, że większość drzewek pochodzi ze świątecznych plantacji, ale multum z tych sprzedawanych, to ofiary leśnych kradzieży. Pod moim rodzinnym domem do dzisiaj stoi choinka, która kiedyś była przepięknym świerkiem, do czasu, gdy jakiś idiota przed świętami nie uznał, że będzie się ona lepiej prezentować w pokoju, między kaloryferem a meblościanką. I uciął choinkę. 2 metry nad ziemią. Ciekawe jakby ten czub zareagował gdyby jego obciąć w 2/3 wysokości.

Dlatego też w tym roku celuję w coś 100% ekologicznego i recyklingowalnego. Co prawda góra kartonów i tektury z przedpokoju magicznie wylądowała na smietniku, ale w pracy przechowuję drugi, nieco mniejszy zapas 😉 Coś sobie wyrzeźbię, nie za dużego, takiego w sam raz do poświętowania i wyrzucenia na makulaturę za kilka tygodni. Bez męczącego poczucia winy.

Nie zapominajcie, żeby w Wigilię NIE rozmawiać o polityce i chorobach 🙂 Rozmawiajcie o tym wszystkim jak mozna zmienić podejście do codziennych czynności, aby były bardziej przyjazne naturze i Wam samym 🙂

Wesołych ekoświąt!

This Christmas, Santa decided to use an energy saving light globe.

źródła:

http://www.nanowosmieci.pl/pakowanie-prezentow/

Jestem bohaterem w swoim domu!

Odniosłam małe zwycięstwo nad swoim domem i samą sobą. Rozmroziłam zamrażarkę. Tak. Brawo ja! Mycie zamrażarki jest dla mnie wyzwaniem iście heroicznym, zasługującym na peany i szczerze mówiąc podjęłam się go sama raz albo dwa razy w życiu, zawsze po głębokim namyśle i kompleksowym przygotowaniu logistycznym i mentalnym. Nigdy nie udało mi się nie narobić bałaganu, uniknąć spuchniętych paneli, wody lejącej się w niekontrolowanym tempie. A za mroźnik zabieram się równie chętnie jak za pisanie maila do hinduskiego IT albo za telefon do fachowca. Po moim trupie…

Dodatkowo wszelkie internetowe manuale rozmrażacza przypominają instrukcję zakładania łańcuchów śniegowych na koła. Zmagałam się z nią kiedyś po ciemku, w środku lasu, w padającym śniegu i trzaskającym mrozie, w rękawicach snowboardowych, na klęczkach w świetle samochodowych świateł. Obrazki w instrukcji przedstawiały pana w krótkim rękawku, który w ciepłym i oświetlonym garażu demonstrował zakładanie łańcuchów na czyściutkim, ściągniętym kole. Nie miało to wiele wspólnego z rzeczywistością. Przypomniał mi się wtedy doktor Herriot i jego „Wszystkie stworzenia małe i duże”, który leżąc na zamarzniętej podłodze ciemnej obory z ręką po łokieć w krowiej macicy stwierdza „nie, w książkach o tym nie pisali”. W książkach było, że weterynarz się uśmiecha, farmer się uśmiecha… nawet krowa sie uśmiecha. Tak, to mi się przypomniało kiedy klęczałam na śniegu w nocy oświetlając sobie instrukcję światłami auta.

Podobnie wyglądały internetowe instrukcje rozmrażania lodówki – usmiechnięta pani w pełnym makijażu klęczy w wymuskanej kuchni, przed lodówą, w koszuluni i dżinsach. Ja klęczę w dresie, dwóch różnych skarpetkach, zdmuchując włosy z czoła. Starając się rozpaczliwie nie dopuścić do powodzi. Ale ok, już raz to przerabiałam w środku zimy. Nie dam się pokonać. Nie tym razem!

Powód mojego domowego heroizmu był prozaiczny i wielki zarazem. Postanowiłam ogarnąć całą lodówkę, bo nie raz zaskakiwała mnie swoją zawartością i możliwościami podstępnego trucia użykowników. Z reguły rozprawiała się z nami gwałtownie, skutecznie i równie niespodziewanie jak śnieg w listopadzie we Wrocławiu.

Jakiś czas temu zmieniłam swoje nawyki zakupowo – żywieniowe. Przyznaję, że korzystam z gotowych, interentowych jadłospisów, które owszem, trochę kosztują, ale jednocześnie pozwalają mi sporo zaoszczędzić na zakupach, bo kupuję dokładnie to co potrzebuję i w ilościach takich jakie potrzebuję na tydzień. Kupuję świeże produkty i jem świeże. Mało rzeczy wyrzucam, bo nie przechowuję 10 jogurtów z myślą, że na pewno kiedyś po nie sięgnę. Mam dokładnie rozpisane kiedy i co jem. Unikam kupowania rzeczy z przeznaczeniem na jakąś wymyśloną potrawę, która nigdy nie powstanie z braku czasu, ochoty, z braku składników, bo już zdążyły się rozejść. Planowanie zakupów i jadłospisu z rozpisaną „dietą” pozwala na uniknięcie marnotrastwa jedzenia a w tym i kasy. Więc pomimo wydatku jest oszczędność.

Nie oznacza to jednak, że moja lodówka jest pusta i uporządkowana jak u Perfekcyjnej Pani Domu. Co to to nie! Perfekcyjną Panią Domu nie jestem, ale czasem zmuszę się do jej umycia (lodówki, nie Rozenek…), szczególnie gwałtownej epidemii albo próbie uśmiercenia ledwo żywego człowieka w połowie odchorowanej anginy… . Wpadły mi ostatnio w ręce pomysły na porządek w lodówce. Genialne. Zabrałam się za to od razu.

Najciekawszym miejscem w lodówie jest zawsze górna półka. Jest to przechowalnia pełna niespodziewanych niespodziewanek, miliona słoików, w tym 3 otwartych, takich samych dżemów, słoików z magicznymi miksturami i jeszcze bardziej magicznymi zwierzątkami uwięzionymi w środku (strach otwierać, bo nie wiadomo czy nie wybuchają i nie plują trującym jadem; mogą też złośliwie się zassać i nie otwierać nikomu). To miejsce przechowywania wszystkiego co powinno być w lodówce ale jak najdalej od ludzi: napoczętych opakowań wszystkiego, sosów, przetworów, ćwikły ze świąt, dżemu z porzeczki, który przysięgam, że miał etykietkę „jagody”, zapomnianego słoika przecieru pomidorowego, do któego nie chciała się zmieścić łyżka itp.

Półka niżej to zbiorowisko wszystkiego, bo najłatwiej tu coś wsadzić. Są tu gotowe obiady, napoczęte śmietany, jogurty, kilka rodzajów serów, częściowo obeschniętych, bo gdzieś zabrakło folii. Są oliwki, w dwóch napoczętych słoikach. Jest kilka opakowań serka wiejskiego, przepychanych w głębię lodówy, już dośc blisko daty przydatności. Są nieforemne kabanosy, bo za długie, żeby je położyć wzdłuż i leżą wygodnie na całej reszcie. Jest tu kilka pudełek, nieco zaparowanych, więc nie widać co jest w środku. Jest hodowla kilku odmian owocującego grzybka, zapełnie nie planowana.

Dalej są dwa piętra, królestwo warzyw. Główka sałaty cały czas czeka na litość, jakoś zawsze jest za dużo z nią roboty (w końcu nie potrzebuję całej, tylko raptem kilka listków). Jest kilka marchewek (zawsze o nich zapominam), są pomidory w fioliowej torebce razem z ogórem, jest szczypiorek, który umościł się podobnie jak kabanosy. Generalnie jest wszystko co powinno być, co wynika z jadłospisu, ale przede wszystkim jest bałagan.

Dawno temu zrobiłam porządek w szafkach. Wszystko mieszka teraz wygodnie w pojemnikach ikei, więc żeby wyciągnąć coś z tyłu, nie trzeba grzebać w szafce jak górnik, wystarczy wyciągnąć cały pojemnik. Mam osobne pudełko na dodatki do wypieków, budynie, galaretki, osobne na pestki i wszystko co można dodać do musli, osobne na mąki, osobne na dżemy i miody (będę je jeść najbliższe 10 lat… jacyś chętni do pomocy?) i osobny na słoiki „słone”, puszki itp. W szafce mam porządek. Lodówka to pobojowisko.

Dzięki radom mojego byłego szefa, z kompletnej nogi z ustalania priorytetów, stałam się w tym mistrzem. Najlepsza rada: jeśli możesz coś zrobić od razu, to zrób to od razu! Proste. Więc jak popatrzyłam na przykłady organizacji lodówki – od razu wzięłam się do roboty, bo jutro to będzie…futro.

Wyciągnęłam wszystko. Przy okazji przyjrzałam się słoikom z górnej półki i ich zawartości – tak powstały dwa pojemniki: „dżemy” oraz „papryczki, ogóreczki, grzybki”. Wiem ile mam otwartych dżemów i wiem jakie. Żeby wybrać jeden wyciągam całe pudełko a nie grzebię pomiędzy słoikami. Pudełko z piklami to królestwo mojego T. Koniec z otwieraniem trzeciego słoika z grzybkami, bo poprzednie dwa gdzieś zagineły (półki na drzwiach potrafią być zdradzieckie!), albo klikaniem nowego słoika z papryczkami, skoro stary jeszcze się nie opróżnił. Obok nich będą stały pudełka z przekąskami (obrana marchewka, pokrojone jabłko, kawałki warzyw, które trzeba zjeść, a na kanapke nie wejdą – wszystko to będzie jak będę miec drugie natchnienie).

Piętro niżej zamieszkały trzy pojemniki: „twarogi i jogurty” na świeże białe, ale jeszcze nie ruszane. Ręka w górę kto nigdy nie otworzył jogurtu „bo tylko potrzebuję łyżeczkę” i zapomniał o reszcie na wieczność. Obok stoi „mięsko i sery żółte” na wszystko co może trochę poleżeć, oraz „zjedz mnie!”, pomiędzy nimi, z czerwoną tabliczką na wszystko co musi zostać zjedzony szybko, na wszystko co należy położyć rano na kanapkę, na wszystko co zostało otwarte i długo nie pociągnie. Jest to też pierwszy punkt lodówkowych porządków. „Zjedz mnie!” zrobiło ze mnie Neila Armstronga lodówkowych porządków. Jest moim największym sukcesem i największym krokiem naprzód w kwestii niemarnowania żarcia a jednocześnie tak niewielką rzeczą (in your face Neil!).

Dalej w lodówie zamieszkały dwa pudełka z umytą, osuszoną i pociętą sałatą oraz kapustą pekińską. Teraz wystarczy tylko nabrać, dodać pomidora czy ogórka i sałatka gotowa. Bez porannego szaleństwa w kuchni z nożami. Obok stoją pojemniki z gotowymi obiadkami, albo składnikami do obiadków (jabłka w słoiku). Wystarczy wrzucić rano do torby i jest obiadek w pracy. Bez porannego przerzucania szafek i zmywarki w poszukiwaniu „tego konkretnego pudełka, co go lubie”, przepakowywania, babrania nowej łyżki, akurat jak zatrzasnęły się drzwiczki zmywarki z nowym praniem itp. Mam tu też pokrojony szczypiorek w pudełku, oraz otwarte, puszkowane warzywa, przerzucone do słoików, żeby nie zapomnieć ich dodać do sałatki (nigdy nie znaleźliście w lodówce puszki z otwartą kukurydzą następnego dnia po zjedzeniu całej sałatki, bez tej kukurydzy oczywiście?).

Niżej, są warzywa, ale posegregowane, popudełkowane i poopisywane. Stwierdziłam, że poświęcenie 5 minut po zakupach na opisanie i przygotowanie zawartości lodówki zaoszczędza mi potem codziennie poszukiwań i nerwów. Ogranicza marnotrastwo do minimum.

Jeszcze o drzwiach lodówki – są takim samych zdrajcą i przechowalnią wszystkiego co górna półka. Milion maleńkich słoiczków ze wszystkim z niekończącą się datą przydatności. 3 słoiki z sosem meksykańskim do nachosów, 2 z oliwkami (oba otwarte!), słoik z chrzanem, otwarty chyba od zeszłej wigilii. Koniec z tym. 2 półki najrzadziej ruszane są teraz królestwem przypraw słoikowych i sosów słoikowo-butelczanych – musztardy, ketchupy, olej lniany i sezamowy, sos rybny, słoik z cytryną (ha! mam patent na cytrynę-wiórek), majonez itp. Wszystko bez opisu – opisane. Jestem Herkulesem, pokonałam Syzyfa.

Tak doszłam do zamrażarki. Tydzień po ogarnianiu sąsiadki z góry – lodówy, przyszedł czas na Panią z dołu. Musiałam się nastawić do tego mentalnie, przygotować logostycznie i sprzętowo, aby do wroga nie podchodzić bez przygotowania i bez znajomości tematu. Opracowałam własną technikę rozmrażania. Wstawianie garnka z gorącą wodą, jasne, może i działa, ale lepiej działa ręcznik wymoczony w tejże wodzie, położony na półkach. Jak się ozimni to wrzucamy do wiadra z ciepłą wodą i powtarzamy do odlodzenia wszystkiego. Mam na dnie zamrażary takie wgłębienie z którego superłatwo wybiera się wodę gąbką do drugiego wiadra albo miski (ultra łatwo to by było jakby sprzęt był no-frost… ale nie jest). Dodatkowo kilka suchych ścierek mam w zanadrzu (pod tym względem jest postęp, bo poprzednio nie miałam czym wytrzeć do sucha, bo wszystko się właśnie uprało… Jeszcze tylko szybko mycie wodą z octem, wycieranie i gotowe. Przy okazji szuflady przeszły lifting i opróżnianie.

Przyznaję ze smutkiem, że zamrażarka nie służyła mi tak jak powinna. Wrzucałam tam wszystko co mi nie smakowało, czego miałam za dużo, czego i tak bym nie zjadła, chowałam różne rzeczy o niewiadomym przeznaczeniu, rzadko coś opisywałam, uważałam, że jak coś zamrożę to czas przechowywania wydłuża się na kolejne 1000 lat. Błąd! Wywaliłam 90% zawartości. I tu dobrze, że się przygotowałam! Każde otwieranie drzwiczek powoduje uciekanie zimnego powietrza. Oczywistość. A skoro w nowej zamrażarce było głównie powietrze, to temperatura strasznie by się wahała. Wrzuciłam do szuflad 6ciopak wody mineralnej (tak wiem… miałam pić…). Będę wyciągać na bierząco i wrzucac do lodówki. Cały interent tak radzi. Pani inżynier od chłodnictwa jakoś o tym nie pomyślała…Swojego drugiego domowego inżyniera nie posłuchała bo mądrzejsza chciała być i się nie słuchać faceta. Wiadomo.

W szufladach tak samo planuję pojemniki, ale na razie niewiele tam jest. Ot to co nie poszło na wielki obiad warzywno-zamrażarkowy – zupa od babci, ketchup od babci, owoce leśne, brokuły i fasolka). Wszystko z otwartych opakowań przerzuciłam do zamykanych pojemników (tu muszę się wyposażyć w trochę lepsze ikeowe). Mroźnik bardzo wysusza żarcie (tak mi się coś wydawało parę razy, że jakieś suchary wychodzą z lodówki), więc dobrze jest wszystko przechowywać w szczelnych pojemnikach, szczególnie po otwarciu fabrycznych torebek.

Czytałam też ze warstwa szronu o grubości 7-8 mm zwiększa zużycie prądu o 20% (ale nie pamiętam gdzie to czytałam). Same plusy tego mojgo sprzątania. Dumna z siebie jestem i co najwazniejsze, po miesiącu testowania nowego rozwiązania mogę powiedzieć, że sprawdza się w 100%. Jasne, że cośtam czasem mi sie wyrzuci, ale przynajmniej wiem co mam, ile mam i gdzie mam. No i w końcu w lodówce „jest coś do jedzenia” a nie tak jak zwykle pomimo pełności, nie było niczego…

 

Stek z umarlaka w żelu z pomarańczA

Bawi mnie zawsze do łez jak ktoś chce być strrrasznie „ą” „ę”, a słoma wychodzi z butów aż skrzypi. Mistrzem słomy jest… winogron oraz pomarańcz. Obaj stają zawsze na pierwszym miejscu podium mistrzów ojczystej mowy w kategorii Januszy biznesu. Na winogronA i pomarańczA nadziewam się zawsze wtedy kiedy się nie spodziewam, bo występują w iście sarmackim towarszystwie. Winogron i pomarańcz są jak kupa na środku wykrochmalonego obrusa, jak włos wyciągnięty z potrawy MasterSzefa.

Nie żebym czuła się bardzo pewnie w „to piszemy razem a to osobno” ale końcówki Ą, Ę, OM, EM to moja mega silna strona, nie zagnie mnie w tym nikt. W końcu nie od czapy w liceum przeszłam parę etapów olimpiady z poprawnej polszczyzny. A więc „bezpieczĘsto”, „kliĘtom”, „klientĄ”, „kontrahentĘ” to dla mnie kaszka z mleczkiem.

Kopnął mnie zaszczyt ostatnio, co rzadko się zdarza, korpo kolacji z szefami wszystkich szefów. Kolacji w knajpie, której nazwa nigdy mi sie o uszy nawet nie obiła, a skoro się nie obiła to na pewno nie bez powodu. I to raczej gorzej niż lepiej.

Żeby nie wyjść na buraka i mieć ogólne pojęcie o cenach i menu, rzuciłam okiem na stronkę internetową lokalu.
Em, żem zdębła! Nie skończyłam jeszcze listy przystawek a już nie zrozumiałam co najmiej kilku składników każdej z nich.

  • coulis wiśniowy – kto zgadnie bez żenującego googlania na smartfonie pod stołem?
  • puder z marchwi – cukier puder … hmm.. z buraków, to tak jakby się da…
  • piklowany złoty burak – blehh burak w occie. Gdzie tu arcydzieło kulinariów?
  • żel z buraków – interesujące nawet to.
  • verrine z musem z koziego sera – terrina to taki galaretko-pasztet, a verrine?
  • puder z buraków – o! cukier puder!
  • szczawik – to taki mały szczaw, jakim się karmi króliki?
  • crostini – to wiem!
  • grillowany ser halloumi – damn! dziewczyno! w końcu na coś się to twoje jeżdżenie po świecie przydało!
  • mus z topinambura – puree z bulwy. Pisałam o niej pracę magisterską. Na cos się przydała…praca w sensie.
  • nasturcja – taki kwiatek
  • POMARAŃCZ – jest! Pomarańcz!
  • olej rydzowy – a przepraszam.. jak się go robi? topi rydze w rzepakowym, czy jakoś te rydze wykręca?
  • żółtko sous vide – ?
  • piana chrzanowa – nie mam dzieci, ale jakoś dziwnie mi się kojarzy
  • kataifi – …. kill me…
  • puder z orzechów włoskich – co wy macie z tym pudrem?!
  • oliwa truflowa – o wow… pewnie podobnie się robi jak rydzową
  • wędzona sól morska – proces produkcyjny tejże musi być szalenie ciekawy. Dostajesz bryłę osmolonej soli do lizania
  • kaszanka z niemczy – przeczytałam kaszTanka. To pewnie przez tego 11 listopada, Piłsudski i w ogóle.
  • chips ze skorzonery – …yyy…. ale, że jeden?
  • pomarańcz – Znowu!
  • coppa – to jakaś wędlina, bo była na desce wędlin
  • reblochon – to dla odmiany ser, bo był na serach
 

Ok, dobra to jesteśmy po przystawkach. Trochę mi już gorąco, więc przejdźmy dalej. Dalej są Sałaty. Tu niby nic trudnego, bo co może być trudnego w sałacie. A jednak:

  • croutons
  • płĄtki migdałów – taaa, czepiam się
To przejdźmy do dań głównych, bo nic nie zjadłam jeszcze.

  • coulis żurawinowy z maliną
  • marynowana słonina z Niemczy – nie wiem… słonina to tak jakby na skwarki i do smalcu. Chyba, że słonina jako mięso ze słonia. Gdzie w Niemczy hodują słonie na steki?
  • pęczotto – ok, wiem
  • soliród – nie wiem.. woda z dna rzeki z mułem? Soliród jest z wędzoną solą, to ta sól to taka lizawka dla konia a wędzona, bo po pożarze stajni. Soliród będzie tu wędzoną koniną…
  • stek z różowego tuńczyka – wiem co to jest. Ale korci mnie zapytać kelnera czy wie z jakich łowisk ten tuńczyk i czy przypadkiem nie zjadam ostatniej sztuki ever.
  • biała trufla – rrrrrrr, ale że w sensie to to, do szukania czego szkoli się świniaki?
  • piana z jabłek – znowu jakaś piana. Tak, kojarzy mi się to z kupą.
  • biodrówka jagnięca – ajjjjć, chyba skłaniam się ku wegatarianizmowi
  • ziemniaki fondant – W googlach fondant jest czekoladowym, rozpływającym się ciasteczkiem. Ciasteczko z ziemniaka.
  • STEK WOŁOWY, MŁODE ZIEMNIAKI, RUKOLA, SOS DO WYBORU:GORGONZOLA / PIEPRZOWY – wszystko wiem! Ale nie zamówię, bo najdroższe ze wszystkiego 😦

Tradycyjna polska kuchnia. Nie ma co.

Miałam sobie przygotować jakieś inteligentne tematy rozmów, żeby mieć o czym z szefami konwersować. Boję się, że tematów mi nie zabraknie, ale będą one dotyczyły głównie jedzenia, kuchni regionalnej z lokalnych, sezonowych składników. Ryb przełowionych, ultra rzadkich. Będę mówić o tym, że zamawianie tuńczyka to nie szczyt snobizmu ale głupoty, że większość światowych upraw kukurydzy jest modyfikowana genetycznie i chcę wiedzieć czy te kukurydzine chrupki  w zupie są modyfikowane czy nie. Chcę znać pochodzenie białych trufli. Chcę wiedzieć czym są te wszystkie dziwne rzeczy i czy na pewno nie można było ich zamienić na inne, bardziej swojsko brzmiące. Będę uważnie obserwować czy wszyscy znają każdy składnik zamówionej potrawy. Może jestem inna ale jakoś nie jaram się jak zapałka na widok tych wszystkich dziwactw. Jarałabym się na widok ekologicznej, wyrafinowanej kuchni bazującej na świeżych, regionalnych specjałach.

I korci mnie, żeby zapytać o tego pomarańcza  Co to takiego? Taki gorszy brat pomarańczy? Taka moja cicha zemsta za tą katorgę przedzierania się przez szalone menu. Przez menu, które ma zrobić z normalnego zjadacza frytek debila. Menu, stworzone po to aby pokazać wielkość właściciela, jego znajomośc sztuki kulinarnej, znajomość słownika wyrazów trudnych, znajomość technologii zmiany stanu ziemniaków, buraków, marchwii na półpłynny i pyłowy. I nieznajomośc ortografii. Podstawowej.

Kurtyna opada.
forcing-kids-to-eat-their-food-dinner-meme

Tym stukaniem to mi Pani ryby płoszy!

Mam dwóch nowych chłopaków. Do tego obaj są skadynawami i obaj mają na imię… Kijek. Lewy i Prawy. Zostali mi przedstawieni przez mojego ortopedę (więc to taka miłość z rozsądku), bo poprzednia moja miłość z wyboru do łuku sprowadziła mnie na drogę ciemności, bólu i rozpaczy.

Mam zakaz strzelania z łuku, zakaz ćwiczeń ze sztangą, zakaz robienia czegokolwiek ręką co wymaga podniesienia jej powyżej 90 stopni w jakimkolwiek kierunku. Mam zakaz spania na brzuchu. Stwierdzam ze smiechem, że jestem pierwszym człowiekiem na świecie, któremu będzie szkodził sen. I sport. Każdy. Oprócz… Nordic Walking. Nie jest on co prawda idealny, bo po 10 km czuję jak coś mi się podwija pod łopatkę i ogólnie bark tak dziwnie tężeje jak galaretka w lodówce, ale i tak jest fun!

nordic-walking

Moich nowych chłopaków poznałam bliżej na zajęciach z trenerem, organizowanych co jakiś czas przez moją firmę (to jedna z zalet korpo). Nieświadome nowych wyzwań udałyśmy się z kumpelą K na trening. W ogóle to obie mamy talent do wybierania zajęć „dla dziadków” bo idziemy tam nieprzygotowane mentalnie i wychodzimy zlane potem (dałyśmy się tak zakatować na Zdrowym Kręgosłupie). Podobnie było na kijkach 😉 biegałyśmy po parku jak opętane machając rękami. To wydłużało krok a to z kolei powodowało, że prawie biegłyśmy. Po godzinie uznałyśmy zgodnie „było suuuuuper”. A skoro było super, to nie był to ostatni raz ! Po kilku razach stwierdzam, że kijkowanie jest na prawdę super i na prawdę dla mnie. Nie umiem biegać i nie chcę, zabija mnie przebiegnięcie 500m a kiedyś, jeszcze w szkole, na teście Coopera albo wahadle robiłam minimum okrążeń na zaliczenie. Po 10km z kijkami  nie jestem nawet zmachana. Najlepsze jest to, że po treningu chodzenia na nogach bolą… ręce.

Od czego zacząć?

Kto choć raz w życiu zaczynał jakikolwiek sport przyzna mi rację – na pierwszy trening najlepiej wybrać się z …trenerem. Z pracy z Multisportem, z ogłoszenia osiedlowego, z ogłoszenia w googlach. Podstawową zaletą takich zajęć jest to, że trener zrobi wszystko za nas – dobierze kijki, pokaże technikę, rozgrzewkę i będzie czuwał czy nikt nie robi sobie krzywdy (np wbija kijek koleżance w noge). Ten dobry człowiek przygotuje nas mentalnie i fizycznie na baty. Reszte trzeba zrobić samemu 😉

Można też potrenować z jutubem, ale sprawdzi się to tylko w przypadku chodzenia przed lustrem lub wzdłuż sklepowych witryn. Inaczej nie ma opcji przyjrzeć się swoim błędom… Chodząc teraz po parku spotykam wielu kijkarzy i niestety nie spotkałam jeszcze żadnego „technicznego”. Ot taki szybki marsz ze stukaniem kijkami w ziemię i juz jest +5 do lansu. Ale i tak uważam, że fajnie, że w ogóle są w tym parku i zasuwają. Mogliby siedzieć na obiedzie u cioci i żreć schabowego…

Chodzenie po parku z trenerem jest jakoś uzasadnione, bo widac, że robimy z siebie wariatów ale jest obok ktoś kto instruuje więc wygląda to profesjonalnie. Pierwszy raz, samodzielny, w parku był trudny bo:

Chodzenie z kijkami jest głupie…

Jasne. Każda aktywnośc, której nie oddaje się 90% społeczeństwa jest dziwne. Ludzi nie dziwi tylko zamulanie na kanapie i oglądanie 358 odcinka „na dobre i złe”. Więc będą się gapić, to normalne. Wystarczy nie patrzyć się na nich, wtedy nie widzi się tego, że się gapią.

nordic_walker

Kijki hałasują…

Fakt – kijki stukają. Nie znalazłam na to złotej metody, a chodzenie po błocie odpada. Jak jest twardo to będą stukać, nawet w gumowych bucikach na asfalt. Nie ma jednak opcji, żeby stukające kijki obudziły jakieś śpiące w wózku dziecko, bez przesady, pozatym przechodzi się obok wózka raptem 2 sekundy. Jedyną osobą, która uważała kijkowe puk-puk-puk za moja wrodzoną złośliwość był wędkarz w parku – „ryby pani płoszy!”. Po złośliwości przeszłam koło niego jeszcze parę razy 😀

Nikt nie chodzi z kijkami, bo teraz wszyscy biegają…

Tak myślałam, jak pierwszy raz poszłam do parku przetestować czy chłopaki działają jak trzeba. Owszem – sporo ludzi biega, ale za każdym razem spotykam kijkarzy. Mówimy sobie „dzień dobry”, jak słodko… (tzn ja im mówię, a oni, zaskoczeni, odpowiadają).

W co się ubrać?

Nie za ciepło. Tak, żeby po wyjściu z domu było nam trochę chłodno. Na październik/listopad z 10-11 stopniami, na zasuwanie tempem 1 km/9-10 min polecam :

  • termo-koszulkę z długim rękawem (po 2 km podciągam rękawy jak Justyna Kowalczyk :P)
  • bezrękawnik (dośc ciepła sztuka pozostała mi z łucznictwa – nie wieje po plecach. Sięga za tyłek, ma kaptur i dośc obszerne kieszenie)
  • leginsy (tak, żeby było po sportowemu, jak ktoś ma kompleks „wielkiego tyłka” to polecam lekkie spodnie trekkingowe. Dżinsy odpadają! Osobiście nie założyłabym też dresów…)
  • sportowa bielizna (nie lubię jak mi się wszystko majta, tu się zsuwa, tam ciśnie. Pozatym to w końcu sport)
  • buty (mam 3 pary butów do biegan.. ekhm… fitnesu. W internetach piszo, że lepsze byłyby buty trekingowe, bo lepiej amortyzują piętę. Na zimę muszę znaleść coś na wyprzedażach – nieprzemalkalnego i odpowiedniego)

Co zabrać na „spacer”?

Jest pare rzeczy, które zawsze się przydają 😉

  •  kijki (haha) – modeli jest milion. Są z regulowana długością i bez. Są takie za 15 zeta i za 3 stówy. Ja mam, może nie najtańsze, Propulse Walk 500 z Decathlonu za 170pln (prezent urodzinowy). Mają wypinane, bardzo wygodne pętle, buciki na groty i gumowe łapki. Można je spiąć razem. Polecam.

Nie zamierzam podróżować z kijkami samolotem więc zdecydowałam się na model bez regulowanej długości. Dlatego polecam, polecam, polecam, pierwszy trening zorganizowany, żeby przetestować różne długości i modele. Ostatecznie źle dobraną długość można komuś oddać, lub spieniężyć na allegro.

  • chusteczki – taka moja przypadłość, co 500m muszę się zatrzymać wytrzeć nos. W tym konkretnym przypadku w poprzednim wcieleniu byłam chyba psem 😐
  • smartfona – nie po to, żeby sweet focie wrzucac na fejsa – nie bedzie na to czasu 😉 Warto jednak odpalić jedną z aplikacji treningowych (ja mam Endomondo Sports Tracker – ma kilka super zalet. Pokazuje przejsznięte kilometry i co kilometr pewien miły anglik informuje mnie o postępach, czasie „okrążenia” itp. Pokazuje spalone kalorie (nic tak nie motywuje jak 1,5h spacer i 700kcal w plecy 😉 ), predkość, czas na kilometr (ja zasuwam tak 9-11 min / km) i współpracuje z gpsem). Zawsze było mi szkoda kasy albo punktów HP na fitbanda mierzącego kroki, tętno, sen na jawie i inne pierdoły. Nie biegam, nie trenuję crossfitu = nie mam aż tak wygórowanych potrzeb. Moje podstawowe zaspokaja darmowa aplikacja na telefon. Oprócz endomondo można włączyć jutuba, audiobuki, co kto lubi. Włączenie obu aplikacji zabija mój telefon w 2h 😛 na trening wystarczy.
  • buciki na kijki – do parku mam ok 1,5km po chodniku. Buciki trochę się ślizgają, ale chronią groty i zapobiegają „straszeniu ryb”.
  • plecak, wodę – jeśli ktoś nie wytrzyma 1,5-2h bez picia to można. Ja nie lubię nosić. Wyłoję butlę jak wrócę do domu i zagryzę bananem

Więcej nie trzeba (klucze do chaty mogą się jeszcze przydać)

Pierwszy samotny raz po parku był tak niesamowity, że wróciłam do domu tramwajem. To dlatego, że głupio mi było wracać chodnikiem przy ruchliwej ulicy (już nigdy nie pomyślę o biegaczu biegnącym wzdłuż ulicy „staaaary, ale biega to się po parku”. Jasne, ale do chaty nie wraca się na miotle…) Więcej nie powtórzyłam tego dziwngo zachowania 😛 Niech się napatrzą jak Justyk Kowalczyk zasuwa. Pozatym to zawsze 3 km więcej na liczniku.

Chodząc sobie po moim parku nie ma zbyt wielu opcji trasy. Jest jedna wyznaczona dla biegaczy (tą się głównie poruszam), albo nieco dłuższa wzdłuż rzeczki, opodal krzaczków, przechodząca obok najładniejszego miejsca w parku, ale częściowo prowadząca po (daję głowę) żydowskich płytach nagrobnych (historia mojego parku nie jest taka super świetlana). Ostatnio wyczaiłam, że w najładniejszym miejscu tej drugiej opcji trasy powstało całkiem fajne miejsce na grilla. Jest ławka i solidny grill na wybrukowanym kawałku trawki. W pażdzierniku wygląda to na nowe a w każdym razie na niezniszczone i rzadko używane. Obstawiam, że huligaństwo specjalnie musiałoby się przejść na spacer do parku i to nieobleganą ścieżką, żeby to miejsce znaleść. Mało prawdopodobne. W sumie super pomysł! Ciekawe ile wytrzyma…

park_labedziepark_grilownica

Tak na dobrą sprawę taki Nordic jest świetnym pomysłem na jesienną imprezę w parku. Chciałam tutaj napisac „dla rodzin”, ale dla mnie to jest jedno z najbardziej zniechęcających haseł na imprezy. „Festyn dla rodzin”. To znaczy, że jak przyjdę bez dzieci i dziadków to umrę z nudów, a jeśli nie z nudów to pod oskarżycielskim spojrzeniem mamusiów i tatusiów „a gdzie jest twoja RODZINA”.

Zostawmy więc imprezę „dla wszystkich”. Kto chce to przychodzi kto nie to nie. Mile widziany jest każdy kto chodzi sam, każdy kto chodzi z kimś, każdy kto przyciągnął tu kogoś na siłe. Esencja zielonego wydarzenia. Na powietrzu w środku dnia (nocą…po parku.. nie bardzo…). Promująca zdrowy tryb życia, nie powodująca nadmiernej produkcji odpadów (jakie śmieci można wyprodukować idąc z kijkami? Butelkę po wodzie? Ostatnio widziałam takie w 90% z recyklingu. Pozatym można wziąc swój bidon i uzupełniać).

Nie wiem czy to moje obserwacje czy ktoś to naukowo potwierdził, ale jak człowiek jest bardziej ruchliwy i bardziej dba o siebie, to i ekologia na tym nie cierpi, więc wydarzenia dla aktywnych są też mniej dotykające środowisko i bardziej zielone. Taka impreza będzie się musiała obejśc bez konfetti na cześć zwycięzcy (można go obrzucić furą liści, albo płatkami kwiatów), bez balonów w każdym kształcie (sorry dzieci), bez waty cukrowej i gofrów. Zamiast tego stoiska z regionalnymi sezonowymi owocami (umytymi), prosto do łapki albo papierowej torebki.

Z atrakcji dla wszystkich – sadzenie roślinek, szukanie parkowych zwierzątek, gra terenowa z odkrywanim tajemnic parku (a mój ma to ma ich sporo… jak choćby tablice nagrobne wmurowane w schody). Dla chodziarzy stoiska z activ-szejkami, przygotowywanymi na bierząco i rozlewanymi wprost do bidonów uczestników.Dla dzieci – rozpoznawanie roślin, zbieranie liści i tworzenie z nich tymczasowych kompozycji, liczenie kaczek i łabędzi.

Gadżety i nagrody w postaci ręczników z mikrofibry, koszulek termoaktywnych wysokiej jakości (tych nigdy mało) i bonów do sklepów sportowych, na pewno ucieszą każdego. Jednak koszulki z wielkim logiem organizatora eventu i jego datą zawsze bawią mnie do łez. Taka koszulka niczego nie promuje, bo dostaje się ją z reguły na imprezie, więc nikogo nią nie przyciągnę, bo wszyscy tu już są, a jutro będzie dawno po musztardzie. Nawet jeśli dostałabym taką koszulkę przed imprezą i chodziła w niej po parku, to aby doczytać, co, kiedy i gdzie, ktoś musiałby się gapić na mój biust wystarczająco długo, żeby dostać w zęby (te loga i napisy zawsze są na biuście…). Nie założę takiej koszulki za 2 lata bo będzie widać ze ma dwa lata (ah ta data).

Ehh marzy mi się. Pozatym jesienią jest tak pięknie…

O remontach, fachowcach i meblach

Dawno nic nie było, więc dzisiaj będzie o remontach o wolnym czasie, o jesieni i o..gólnie.

Jestem hejterem, żywym komentatorem rzeczywistości, wytykaczem paluchem, sarkastycznym wyśmiewaczem itp. Jestem i już, ale jakoś ostatnio w moje ręce nie wpadło nic szczególnego, bo i nic szczególnego wpaść nie miało okazji. Ale dzisiaj wpadło – ogłoszenia w internetach „sprzedam to i owo”. Wstęp będzie przydługawy i dygresyjny ale rzuci trochę światła na to jak szukałam czegoś ładnego a obudziłam w sobie potwora hejtu 😉

Ponieważ nadeszła jesień długimi cieniami, deszczem, zimnem i ogólnie melancholią, nadeszła więc okazja aby przyjrzec się swojej chacie. Chacie, która od pięciu lat jest w stanie permanentnego remontu. Jak się jedno prawie skończy to drugie się zaczyna a w międzyczasie okazuje się, że fachowiec od pierwszego to partacz i w sumie to pierwsze należałoby poprawić, by po zastanowieniu dojśc do wniosku, że skoro wszędzie jest rozpi…dziel to i trzecie można zacząć, tak żeby dorównać do średniej.

remont

Ale do rzeczy.

Za miesiąc będzie rok jak nie mam lustra w łazience (nie mam też wieszaka na ręczniki ani na prysznic, szafki na junkers, szafki pod umywalke; 2 dni temu kupiłam dywanik… tylko czemu pomarańczowy?!). Za miesiąc będą dwa lata jak pan od kuchni rozpłynął się w powietrzu i serio zastanawiam się czy nie poszukać nowego (cholerny partacz). Za miesiąc będzie rok jak szafka na buty z przedpokoju wylądowała pod stołem w salonie i stoi tam do dziś (bez butów…). Za miesiąc będzie dobre 1,5 roku jak zmieniliśmy kanape przez co zasłony wiszą pod kątem aby się za nią zmieścić. Możnaby przesunąć karnisz ale wtedy będą dziury w suficie. Możnaby pomalować, ale wtedy trzebaby cały sufit lecieć a to za dużo roboty, bo jak malować sufit to w narożniku ściany gładź odpadła. Możnaby naprawić ale nie ma chyba czym pomalowac bo farba nazywała się „grafitowy mrok” czy „zmierzch zombie” (nie wiem jak sie nazywała), pozatym to było ze 3 lata temu i już pewnie nie dostane takiego samego odcienia więc trzebaby wszystko przemalować, a że tą samą farbą mam paćnięte w dwóch innych pokojach … za dużo roboty no…

Dodatkowo u mnie w domu wyszło na jaw, że wszyscy fachowcy, którzy nie są załatwieni przeze mnie okazują się być partaczami. Wszysy bez wyjątku. Załatwiałam już hydraulika, gazownika, pana od centralnego ogrzewania, panów od okien i kafelkarza. Takie fatum. A teraz, dziewczyny, ręka w górę, która z was lubi dzwonić do fachowców i z nimi rozmawiać… Ja się zawsze czuję jak przygłup. Pomimo inżynierskiego wykształcenia, uprawnień elektrycznych na montaż i nadzór, uprawnień do chodzenia po dachach i montowania solarów, wszystkowiedzącej mamusi, która potrafi naprawić wszystko a jak nie potrafi to robi coś, że działa… To i tak te wszystkie uśmieszki i kpinki „baba dzwoni” wyprowadzają mnie z równowagi i nie dzwonię, o ile nie kończy się to brakiem kafelek w polowie łazienki w najdziwniejszych miejscach, kiblem na takiej wysokości, że dyndają nogi, brakiem ogrzewania, wybuchem lub brakiem okna i wywaloną wielką dziurą w ścianie przez kilka godzin w połowie listopada (poza wybuchem wszystko przerabiałam). Więc tą kuchnię możnaby zrobić, ale musiałabym zadzwonić do jakiegoś typa i wytłumaczyć mu, że nie, na pewno nie chcę nowych mebli, chcę tylko żeby stare wyprostował i ewentualnie zmienil blat (bo biały blat w kuchni to jednak był błąd). Mogę znaleźć gazownika, który podłączy tylko skraplacz do junkersa bez wkręcania mnie, że wszystko tu jest źle zamontowane i paaaaaani to minimum 5 stów. Mogę, ale jak pomyslę sobie jaka to odpowiedzialność to mi motywacja umyka (bo jeszcze będą partaczami i będzie na mnie).

Rozumiecie klimat. Generalnie możnaby się wygrzebać z tego i mieszkać jak biali ludzie, bo to pierdolety zostały i generalnie wykończeniówka. Z etapu wiader, gładzi i malowania wychodzi się szybko. Lustra można nie mieć rok i najgorsze jest to, że przestało mi to przeszkadzać. To absolutnie najczarniejszy etap urządzania – „w sumie to możnaby zrobić, ale przesało mi to przeszkadzać” Potem przychodzi etap „prędziej kupię nową chatę niż lustro”. I dlatego właśnie wlazłam na olxa, poszukać co ludzie fajnego mają na zbyciu. Jako nowoczesny ekoludek chcialam zeby to było coś czemu można nadać drugie życie. Zamiast na opał i w komin mogłoby zamieszkać u mnie, nieco podrasowane, umyte, uczesane i w nowych ciuchach.

Teraz będzie kolejna dygresja.

Pojawiając się od czasu do czasu w marketach budowlanych, kiedy mój małż klęczy prawie bez ruchu 35 minutę przed tą samą półką, oglądam sobie to i owo. Pasjonują mnie niezwykłe rzeczy: 30 cm gwoździe, klucze do śrub o średnicy talerza, wielkie gumowe młotki, wiertła do wiercenia w syberyjskim lądolodzie, wkręty do powieszenia czołgu na ścianie z regipsów, haki to zawieszenia tankowca w terminalu gazoportu i wszytkie te gigantyczne akcesoria, które w domu mam w rozmiarze XXS a tu są XXXL (przyglądam im się jak Obelix – w jednym z filmów trzymając skarabeusza stwierdza „hmmm… jaka wielka mrówka”). Dodatkowo porównuję specyfikacje pił mechanicznych do drewna itp. Wszystko jest fascynujące. Pozatym, że jestem niespełnionym rolnikiem jestem chyba również niespełnionym stolarzem. Stwierdziłam, że listopad będzie idealnym miesiącem na porządki w piwnicy, w której składuję smieci z ostatnich 5 lat remontu (wyciąganie deski snowboardowej przypomina ratowanie kompana wyprawy na everest z osuwającego się zbocza). Nie potrzebuję nikogo, sama sobie posprzątam piwnicę, bo ma z 10 albo 12 metrów i świetnie nada się na warsztaciolek do renowacji mebla jakiegoś.

To teraz do mebli. Mam w chacie głównie meble IKEA. Ot taka przypadłość: jedziesz, kupujesz, składasz i jeszcze dzisiaj mieszkasz jak człowiek 😉 ale zapragnęło mi się trochę drewnianych okazów, tak żeby było bardziej swojsko i klimatycznie, żeby trochę przełamać te wszystkie lakierowane fronty i sterylne linie (bo samej chacie do sterylności to daaaaleko). Oglądam co ludzie wystawiają i budzi się we mnie ten stwór straszny co to chowam go głęboko i udaję, że nie istnieje:

  1. Paaaaanie ! 3 stówy za stolik z palet?! coś Pan na głowę upadł? Zrobię sobie sama za 50!”
  2. „Stół kuchenny do renowacji? Oesu! to stół z bombardowania Warszawy? Za 120 zeta to kupię sobie nowy”
  3. „Lakierowany stoliczkuś na śniadanie z patyków. 3 stówy?? SERIO?!”
  4. „3 krzesła, każde z innej parafii i za jedno 3 dychy?! Chyba za wszystkie…”
  5. „Wstydliwy stół bez zakrywającej go firanki czuje się nagi – kup mnie to pokażę ci więcej”

na 11 stronie badziewia rezygnuję bo zaczynam czepiać się „Stołu – kotFicy”, zdjęć do góry nogami oraz „jarzyniówki” (to taka lampa a nie nalewka z jarzyŃ…) i wpisuję „skrzynia”. Miała kiedyś być taka militarna albo jakaś inna zamiast stolika przy kanapie. Walczę dalej.

6. „”Antyczna”? A co ona pamięta Sokratesa?”
7. „Skrzynia posagowa?! MAMI! Gdzie jest moja?!”

Stwierdzam, że naród okradł babcie, zrobił przegląd ich piwnic i strychów i wszystko wystawił na sprzedaż za 1000% realnej wartości. Przegniłe krzesła, dziurawe stoły, szafy bez półek. Moja babcia na stół i IKEI a całą resztę sprzątnęła powódź w ’97.

Chyba jednak ogarnę piwnicę. Załatwię Chodakowską na najbliższe 3 miesiące, dobry uczynek na następny rok, oraz oczyszczenie FengShui na kolejne 100 lat (no… do najbliższego remontu). A jak już to wszystko się nie uda to przemyślę jednak zmianę chaty na inną.

 

Zamkowe (nie)zwyczaje

No i przyszło lato, a jak lato to wakacje a jak wakacje to… no właśnie. Co przywozicie z wakacji? Zdjęcia, wspomnienia, opaleniznę i… pamiątki.

O ile z zagranicznych wojaży coś tam jeszcze czasem można przywieźć (o czym było poprzednio), to z wycieczek krajowych mam problem. Nie pamiętam kiedy ostatni raz nabyłam coś w lokalnych atrakcjach turystycznych, ani co to było. Pytanie – czemu? Nie dlatego, że sklepiki lokalnych atrakcji nie obfitują w różnego rodzaju wyroby i duperelki, problem w tym, że są to wyroby pamiątko-podobne.  Albo w tym, że tych sklepików nie ma.

Ale niech będzie – sklepik jest, jest otwarty w niedzielę i można w nim zapłacić kartą (to już trzy na plus). Co kupuję? Kartkę, widokówkę, pocztówkę, jak zwał tak zwał, z widoczkiem ładnym z drona, w sam raz do popatrzenia i wrzucenia do szuflady w domu. Ale nie, załóżmy, że chcę tą kartkę zapisać krótkimi pozdrowieniami i wysłać, w końcu do tego została stworzona.
– Poproszę znaczek, taki na kartkę.
– Nie ma.
Kartka ląduje w plecaku, w zapomnieniu. A przecież mogłaby być świetną reklamą tegoż miejsca! „Pozdrowienia z Zamku X, jest super, pogoda ładna, mają tu znaczki i salę tortur”. Ale nie będzie, bo nie mają znaczków, a nawet jakby mieli to najbliższa skrzynka pocztowa jest 4 km stąd, na pewno nie na zamku ani na parkingu pod zamkiem…
Byłam jakiś czas temu z Mamuśką na wystawie w Naszym Pięknym Mieście (7 cudów Dolnego Śląska czy coś). W jednym z pomieszczeń cała ściana kartek ze zdjęciami dawnego Wrocławia, kopiami projektów istniejących, lub nie, budowli, znanymi miejscami bez charakterystycznych budynków (bo wojna, bo nie zbudowali jeszcze itp.). Nieśmiało pytamy Pani muzealnej czy możemy jedną skubnąć do domu, na pamiątkę. „Ależ oczywiście, można je też zaadresować i wrzucić do skrzynki a my, po zakończeniu wystawy, wyślemy je do adresata. Za darmo oczywiście”. Co my paczymy! Skrzynka przeszklona, znalazła wielu amatorów, krótka szukanina długopiśnika i jest – Kartki wysłane! (nawet dotarły do adresatów :))

I teraz pytam ja się – nie można by tak na tym zamku? Nie mamy znaczków, bo nie ma takiej potrzeby – niech Pani zaadresuje, a my wyślemy. No Problem! („Kochana mamusiu, pozdrawiamy z Zamku X, jest super, wysyłają kartki za darmo, mam nadzieję, że ją dostaniesz – koniecznie musisz tu przyjechać i wysłać taką samą do mnie”). I po problemie, reklama szeptana poszła w ruch, nie trzeba rozkminiać skąd są turyści, wysyłać im folderów, ulotek, reklamować się za słupach – sami przyjadą, bo ktoś im powiedział że jest ekstra. A jak przyjadą to może nawet coś kupią. No właśnie, tylko co?
Z zamkowego asortymentu zapamiętałam:
– wyblakły przewodnik po Zamku (mam google, dziękuję, poza tym jest Pan przewodnik – opowie mi to samo milion razy krócej, 3 razy ciekawiej i w cenie biletu);
– plastikowe bransoletki z kolorowych paciorków (…serio? myślałam, że na to nabierali się Indianie za Kolumba i Cortesa)
– pluszowe obręcze mające udawać korony
– pseudo monety zamkowe z automatu (w XVI wieku mieli pomysł na zagospodarowanie takich pamiątek – wklejali je w kufle, pozłacane wazy i puchary i przekazywali dalej… taki dar przechodni)
– kamyki z wizerunkiem zamku (jak wyżej…)
– drewniany mieczyk ze sklejki, chlapnięty farbą (korona była dla dziewczynek to mieczyk dla chłopców jak mniemam).
Notabene identyczny zestaw pamiątkowy do zamku, sztolni, pałacu, ZOO, jaskiń, ruin, podziemi, ogrodów – jednym słowem do wszystkiego. Aha – zapomniałam – ekspozycja asortymentu za szybą budy z biletami, coś mogłam przeoczyć.

Nie żebym znała się na biznesie zamkowym, ale nie może on się bardzo różnić od każdego innego biznesu z gadżetami w tle. Więc czemu nie nadać zamkowym pamiątkom drugiego życia rodem z zielonych wydarzeń? Pomysłów łączących średniowieczny klimat z lokalnością, ekologią i pragmatyzmem mam milion (poza kartkami), bo w ogóle klimat zamku, gdzie wszystko było „pierwotne” świetnie wpasowuje się w obecne ekologiczne podejście do życia:
– chleb pieczony na miejscu, lub ważone na zamku trunki – piwa, miody, jabole;
– miody pszczele leśne i polne, konfitury z leśnych owoców z ładnymi lnianymi nakrywkami, lub nawet w glinianych naczynkach;
– roślinki z zamkowej szklarni w ładnych doniczkach;
– małe płócienne torbo-plecaczki (na te wszystkie duperele);
– kuchenne akcesoria w kształcie narzędzi tortur (drżyj o schaboszczaku!);
– ładnie wydane zamkowe legendy dla dzieciaków;
– ładowarki samochodowe z logiem zamku (pozdrawiam wszystkich którym skończył się prąd w nawigacji 2 km przed tym superważnym zjazdem, od którego zależy dotarcie do celu w 10 minut albo w 4 godziny);
– magnesy na lodówkę ręcznie wykonane przez miejscowe dzieci – słodkie;
– termiczne eko-kubki (tylko ja jeżdżę do atrakcji autem?);
– seria plastrów uniwersalnych z wzorem w smoki, księżniczki, rycerzy (dzieci mają w  zwyczaju obdzieranie sobie wszystkiego na zamkowych dziedzińcach i niekończących się schodach)

Dawni mieszkańcy zamku mieli też wiele ciekawych rozrywek: nieposłuszne panny zamurowywali żywcem w katakumbach, strzelali do leniwych chłopów z zamkowych murów, przebijali się kopiami na turniejach – to były czasy! Do zestawu turysty proponuję więc rycerskie gry planszowe i karciane. Z braku bieżącej wody i oczywistych problemów z kanalizacją dorzucam dla równowagi pachnące, ekologiczne prysznicowe utensylia oraz papier toaletowy (ten przyda się w zamkowych tojkach – z tego co pamiętam na Zamku X dalej obowiązywały średniowieczne zwyczaje).

Trochę reklamy z klimatycznym zacięciem i każdy praktyczny zamkowy gadżet znajdzie nowego właściciela. A do tego będzie faktycznie promował atrakcję i pochodził od miejscowych artystów. Zapakowany w szkło, len i papier idealnie wpasuje się w ekologiczny gadżet typowy dla „zielonego wydarzenia” no i przybliży nieco dawne zwyczaje.

Do tego mała rycerska kawiarenka, gdzie można wypić kawę, wodę, napar z pokrzywy, zjeść średniowieczny sernik czy tartę z leśnymi grzybami i dzikiem. I czemu temu wszystkiemu nie dać logotypu, wspólnego designem z wszystkimi zamkami w regionie?

Chyba właśnie opatentowałam „Zamek totalny” 😉 bo zamek to nie same stare mury i zardzewiałe zbroje. Każdy stary zamek potrzebuje nowoczesnego pociągnięcia pędzlem i nowoczesnych pamiątek. Nowoczesnego podejścia do zwiedzania (trzymaliście kiedyś średniowieczny miecz? Zakładaliście zbroję? Macie stylizowane zdjęcia w strojach z epoki?)

Na koniec zamkowy dowcip, (nie)stety autentyczny:
Znajomy chciał zwiedzić stare mury jednego z okolicznych zamków. Na miejscu okazało się, że jest tam tylko on z dziewczyną oraz trzech zamkowych przewodników, a zwiedzanie ruin jest możliwe TYLKO z przewodnikiem.
– Dzień dobry, chcieliśmy obejrzeć zamek.
– Ale zwiedzanie jest przy minimum trzech osobach.
-Dobrze, to poproszę trzy bilety.
– To niestety nie możliwe, bo wstęp jest darmowy.

Pozdrawiam.

'Made in Australia?'

O kubku słów kilka

Kupiłam sobie ostatnio, turystą będąc, kubek na drezdeńskim dworcu. Wielka rzecz. Kto nigdy nie przywiózł kubka z wakacji ręka w górę!

Dla mnie rzecz wielka, choć kubek, oceną babci, żadnych super mocy nie miał. Nie ma podwójnych ścianek, nie trzyma ciepła i parzy łapki, nie jest super kolorowy tylko bury, logo z Drezna to ma i owszem ale maciupkie, więc lans znikomy. Wieczko-nakrywka ma dziurę, więc jak się odwróci do góry nogami to wszystko się wyleje. Kicha. No super cech super kubek nie ma. Poza jedną.

Jest w całości recyklingowalny i ekologiczny, wykonany z włókien bambusowych i miału kukurydzianego a burość zawdzięcza brakowi barwników. Koniec kropka. Tyle w temacie super kubka. Nie mogłam go nie mieć.

WP_20160515_004

Ale wracając do logo – wygooglałam sobie kubek i znalazłam całą serię „Dresden eDition”, spójną, jednolitą graficznie, zwyczajnie ładną i nawet trochu z ekologicznym zacięciem (w tym tekturowe długopisy, bawełniane torby i kredki w kartonowym kubku). Prawdę mówiąc liczyłam jednak na więcej, w końcu Niemcy odzyskują ponad 45% odpadów – najwięcej w Europie i niemal w ogóle nie korzystają ze składowisk. Czemu tego nie wykorzystać? Nie pochwalić się całemu światu i tysiącom turystów: „Hej, jesteś w Niemczech! A my jesteśmy ultra ekologiczni i połowę tego co wyrzucasz przerabiamy na … to co trzymasz w ręce!” ?

Nie robią tego bo dla nich to oczywiste, tak oczywiste, że nie ma się czym chwalić. Szkoda, bo większość krajów UE mogłaby im zazdrościć bycia eko-supermenem gdyby tylko o tym wiedziała. Ja, eko mgr inż. przeczytałam o tym przy okazji przeglądania jakichś peanów o tym jaka Polska jest super bo zwiększyła dwukrotnie ilość przetwarzanych odpadów (z 10% do niecałych 20%, to wzrost o stówe…)

Ale nie chwalą się. W sumie to rzadko jakiś kraj czy region czymś się chwali i wykorzystuje swoje zalety w napędzaniu turystycznego boomu. Zamiast tego wszędzie są te same koszulki z tym samym motywem, te same czarne torby z ciągiem liter, te same kubki, czapki, ręczniki. Zmienia sie tylko nazwa miasta / kraju / zabytku. A czasem chciałoby się przywieść coś zwyczajnie ładnego i orginalnego bez przekopywania się przez sterty „staroci”, które tak na prawdę są chińskim odlewem, jednym z miliona. Fajnie byłoby miec też coś, co będzie wskazywać na konkretne miejsce i identyfikować to z lokalnym producentem. Fajnie byłoby mieć coś ekologicznego.

Mój tato kupił sobie kiedyś, milion lat temu, skórzane sandały u greckiego chłopa, jeszcze ciepłe, świeżo zszyte w dłoniach rękodzielnika. Kupił je nie dlatego, że były ładne, regionalne, ekologiczne, czy dlatego, że chciał wesprzeć akurat tego konkretnego Greka. Kupił bo rozpadły mu się stare. Teraz po 20 latach od tamtego wydarzenia na każdą „regionalną” budę patrzę z podejrzliwością. Bo skórzane sandałki poznały greckiego producenta na lotnisku jak wyjeżdżały ze skrzyni z napisem „made in China”. Wszędzie widzę spisek 😉

DSC_1023

W Chorwacji uparłam się, żeby przywieźć ser z Pagu. Nie kupiłam go w sklepiku w centrum turystycznego kurortu, ale na Pagu, w przydrożnej budzie pośród skał, trawy i chorwackiej nicości. Kazałam sobie odkroić połowę krążka a jak zobaczyłam cenę na kalkulatorku trzymanym przez krzakową babcię, to usłyszałam krążące nad głową sępioły, czekające na moje poćwiartowane zwłoki porzucone na poboczu przez Prywatnego Kierowcę, gdy zobaczył jaka suma ubyła z portfela (ostatecznie na końcu był przecinek i kwota cudownie zmalała 100 krotnie oszczędzając mi tortur bo w bagażniku zamiast tasaka była no najwyżej plastikowa łyżeczka). W sumie z CRO nie przywieźliśmy nic więcej, poza dwoma flaszkami gruszkowej berbeluchy – jedna poszła jako „zaliczka” przy wyrabianiu chińskiej wizy a druga czeka… Some say, że można ją dodać do ciasta, bo w smaku jest jak odkażacz narzędzi chirurgicznych.

pag-cheese-1

Potem były Chiny, ale tam produkują wszystko dla wszystkich, więc cokolwiek bym nie kupiła (chińskie Audi, BMW, kein problem!), to wsparłabym lokalny przemysł 🙂

Skoro jednak ów kubek rzucił mi się w oczy od razu, w pierwszym sklepie, bez szukania, to dlaczego nie zrobić całej serii eko gadżetów dla turystycznych eko-freaków?

Co trzymasz pod zlewem ?

Przyznaję się bez bicia, że nie segreguję odpadów. Dlaczego? bo… bo nie. Bo leniwa jestem, bo mi się nie chce, bo to dużo zabawy, bo pomimo starnnego, 5-letniego wykształcenia w ww zakresie nie wiem w sumie co gdzie wrzucać, bo nie wierzę, że faktycznie segregowanie jest równoznaczne z odzyskiem, ba, widzę co środę jak śmieciara wrzuca zawartośc każdego kubła do swojego (jednego) brzucha. No chyba , że w środku jest armia małych rączek, które to na bierząco przerabiają. Wątpię. Ale niech będzie. Mamuśka segreguje, to co, gorsza nie będę!

Obejrzałam swój podzlewowy otwór inżynierskim okiem. Póki co stoi tu wieeeelki potwór, połykający wszystko i wszystkich – głównie moje poczucie estetyki. Połyka wszystko co się do niego wrzuca (czasem łącznie z workiem) po czym elegancko co kilka dni wypluwa pojedyncze rzeczy – znak, że się najadł i więcej nie wejdzie. Trza opróżnić.

Trash_can_monster

Pomierzyłam, pomacałam, zaglądnęłam w każdy kąt – może da się tu coś wepchnąć, jakąś segregowarkę, najlepiej z Ikei. Bez wahania wrzuciłam na niebieskiej stronie w wyszukiwarkę „segregowanie odpadów” i jest to o co mi chodziło – biały pojemnik z uchylnym wieczkiem i w dwóch rozmiarach, o pięknym imieniu Sortera (no jasne…). . Sortera jednak nie będzie nowym modelem mojego potwora,bo jest za długa i zwyczajnie się w dziurę nie zmieści. Szkoda 😦 Ale obok Sortery stoi jej czarna siostra Variera. Kubeł jak kubeł, szału nie ma, ale do szafki zmieszczą mi się tylko dwa. Decyzja, jeden na odpady ogólnorozwojowe (czyli te gdzie mgr inż inżynierii środowiska przyznaje, że nie wie gdzie to wrzucić) i Plastik – po wygooglaniu (o mój dyplomie!) wciągający również puszki po browarze i kartony po mleku i soku.

Tu przypomina mi się historia, cały czas aktualna i problematyczna – kawa w kapsułkach, a konkretniej same kapsułki. O ile kartony po mleku da się podobno rozłożyć na części pierwsze i odzyskać papier i plastik, o tyle kapsułki są puszką Pandory XXI wieku. Sam producent tejże kawy przyznał, że „mamy pełną świadomość, że odpady powstające podczas korzystania z jednorazowych nabojów K-Cup, są dla nas jednym z najważniejszych wyzwań ekologicznych”. Takie miło brzmiące frazesowe bzdety – wiemy, że coś jest na rzeczy a jak nie będziemy mieli co robić to może pomyślimy jak sobie zwiększyć koszty.

Kapsułki – zarówno z kawą, jak i herbatą – praktycznie nie nadają się do recyklingu, bo produkowane są z trzech materiałów: plastikowy kubeczek zgrzewany z papierowym filtrem, zamykany jest aluminiową przykrywką powlekaną polietylenem. Kawa w takiej kapsułce ma pewnie termin przydatności: następne zlodowacenie na równiku.

Ale skoro wszystkie mądre głowy twierdzą, że kartony po napojach są ok, to niech im będzie. Tu mam jasnośc, a co z resztą? Gdzie wrzucać całe stosy opakowań ze wszystkiego? Co z folią otulającą butelkę z szamponem, która przydaje się chyba tylko do przyklejenia metki? Co z opakowaniem po sushi, które składa się z 6 części (kartonika, plastikowego pudełka, plastikowej tacki, papierka na pałeczki, 3 opakowań na sos sojowy, wasabi i marynowany imbir)? Gdzie wrzucić pałeczki po sushi? Czy ze słoika po dżemie mam zerwać etykietkę? W końcu to papier… Czy wieczko z jogurtu razem z kubeczkiem? Czy siatka po cebuli i ziemniakach do plastików?  Czy jak umyję butelkę po oleju to już jest odzyskiwalna? A co ze słoiczkiem po oleju kokosowym? Ten zatłuszczony jest nie ok? A opakowanie po twarogu składające się z folii i pergaminu? A milion innych rzeczy z czego, jak się okazuje może z 10% mam pewnośc a reszta nie nadaje się ani do plastików ani do papieru ani do szkła?

Nie twierdzę, że ludzie są głupi i nie poradzą sobie z butelką po winie czy po Coca-Coli, ale nawet ekspert od tego jak ulżyć środowisku ma czasem zagwozdkę.

A gdyby tak… zobowiązać wszystkich producentów wszystkiego, żeby na opakowaniach swoich super produktów umieszczali kolorowy symbol identyfikujący opakowanie z odpowiednim kubło-połykaczem? Gdyby za każde opakowanie z gatunku „nie wiem”, takie które w sumie nie pasuje do żadnej z kategorii była kara/podatek/ograniczenia w obrocie/sankcja jakaś ?

Na każdym opakowaniu z żywnością jest konieczność dodatkowych oznaczeń: kaloryczność, zawartośc białek, cukrów, trójkącik z oznaczeniem stosowanego tworzywa sztucznego, pan „zgniatacza” albo rączka „zgniatarki”, która informuje mnie, że fajnie by było jakbyś jednak zgniotła mnie przed nakarmieniem potwora, czasem są zielone strzałeczki „posortuj mnie!”. Skoro dało się to wszystko umieścić na podstawie dyrektyw, ustaw i ustaleń to dodanie dodatkowego znaczka czy dwóch nie powinno być bardzo trudne. Chyba.

Nie byłbym sobą, gdybym nie zrobiła małego przeszukania chaty. Na pierwszy ogień poszła kuchnia. Na produktach spożywczych zielone strzałki czasem są a czasem, na absolutnie oczywistej szkalnej butelce po soku, ich nie ma (a może jest, ale chyba oznaczenia nie są zunifikowane). Na produktach „trudnych” jak twaróg nie było nic, na sushi zielone strzałki (spoko, dam sobie rade co gdzie, poza pałeczkami. Może to bio? Ale na bio nie mam kubła).

Przeszłam do łazienki – na obu płynach do prania – zaskoczenie. Strzałki ying yang + kolorowe loga ekologicznych akcji „cleanright” i „our home our planet” z odnośnikiem do strony (ciekawe ilu osób na świecie w ogóle było na tej stronie… ja bylam 😉 na której jednak nie ma nic ciekawego – ot jakaś akcja HRowa czy BHPowa, żeby metryki się zgadzały i prezes był zadowolony).

Dalej był sprzęt elektroniczny (spokojnie, nie trzymam pudeł po lodówce) i karton od laptopa. HA! Mistrzostwo! Pudło w 80% wykonane z materiałów „post-konsumenckich” i całkowicie odzyskiwalne. Do tego wszystkie nadruki wykonano tuszem z soi (tu akurat się nie wypowiem). ASUS się przyłożył. W końcu to opakowanie jest dość istotne, choć myslę, że niewiele osób je faktycznie wyrzuca (na szczęście w PL już można i nie wpływa to na gwarancję).

A gdyby tak… nie było opakowań. Nie było pudeł, toreb, zgrzewek, nie było niczego. Gdyby wszystko było gołe i naturalne, bez niepotrzebnego luksusu strojnego otulacza. Gdyby było nagie jak TU. To mi sie marzy, u mnie, we Wrocławiu, ale na takie pomysły trzeba miec sponsora, albo kupę siana i niekoniecznie tylko tego z ekologicznego gospodarstwa. Może kiedyś, po super podwyżce, napadzie na bank, podszyciu się pod wnuczke jakiegoś Redforda. Ale biznesplan mam 🙂

W tym cały segregowaniowym bałaganie jest jednak ukryty bonus dla mnie – będę starać się świadomie wybierać produkty ubrane w jak najmniejszą ilość zbędnego odzienia – dla własnej wygody. O ile pojadę do Ikei poznać Varierę.

'I miss the days when you could chuck stuff in the bin and not have to think about it for ten minutes.'

żródła:

http://www.latimes.com/business/la-fi-keurig-sale-20151207-story.html 

http://kobieta.onet.pl/zdrowie/zycie-i-zdrowie/kawa-z-ekspresu-to-same-klopoty/nglqr

www.nagieznatury.pl