O jajku prosto od kury i mleku prosto od krowy

Będzie to pierwsza część poradnika „Jak być dobrym człowiekiem”. Poważnie 🙂 Ale o ile na cechy charakteru nie bardzo potrafię wpływać (jeszcze) to na zachowania czyjeś czasem mi się uda (o ile ktoś bardzo się nie opiera, nie kopie i nie gryzie).

Obserwuję od jakiegoś czasu pewną stronkę na fejsbuniu. Profil ten traktuje o kupowaniu polskich produktów, co wnoszę po jego nazwie (nie zdradzę nazwy, bo nie będzie to tekst pochwalny dla tegoż profilu) i jest pewnego rodzaju deklaracją. Ostatnio pojawił się na nim wpis: „MOJE PRAKTYKI ZAKUPOWE, CZYLI JAK UDAŁO MI SIĘ OBNIŻYĆ WYDATKI NA ŻYWNOŚĆ BEZ SZUKANIA KOMPROMISÓW MIĘDZY CENĄ A JAKOŚCIĄ”, o tym jakie autorka ma sposoby na oszczędzanie. Wpis zostanie na długo w mojej głowie i pewnie będę do niego jeszcze często wracać, bo wprawił mnie, może nie w osłupienie, ale w zadziwienie i zadumę nad światem i ludźmi.

Rodzina autorki prowadzi szczegółową ewidencje wszystkiego co kupuje: zapisują KAŻDY paragon i wzajemnie się rozliczają (ja odpowiadam za żarcie a ty za rachunki, ale jak nie zrobię ci obiadu albo śniadanka w domu, a nazajutrz ty sobie go kupisz, to ja ci oddam hajs- WTF???). Ale ok, niech będzie. Chcą mieć kontrolę nad wszystkimi wydatkami co do grosza? Ich sprawa. Chcą się rozliczać z każdej słodkiej bułki, każdego Maca i każdej frytki? Ich sprawa. Rozumiem, że jak jedno wróci do domu 2h później niż zazwyczaj to dostaje zwrot monet bo nie zużyło tyle prądu i wody co zwykle (światło mniej się świeciło itp). Dalej jednak, jako punkt pierwszy sposobów oszczędzania, jest coś co mnie zwaliło z nóg. Ze śmiechu. Coś co jest hejtowane przeze mnie od wieków i lat, coś czego nigdy nie mogłam zrozumieć (teraz bedzie cytat):

#1 / Zakupy robię tam, gdzie jest najtaniej.
To chyba oczywiste. Dokładnie zapoznałam się z cenami kupowanych produktów w najczęściej odwiedzanych przeze mnie sklepach. Wiem, w którym z nich najtaniej kupię kostkę masła, sery czy moją ulubioną herbatę. Czasami różnice w cenie potrafią wynieść nawet kilka złotych (np. w jednym sklepie syrop Premium Rosa potrafi kosztować niecałe 9 złotych, w innym – ponad 11 złotych).

Umarłam. Ze śmiechu. Może jestem jakaś niedzisiejsza, ale gazetkowe promocje były tematem numer jeden na każdej „imprezie u cioci” oraz w mojej poprzedniej pracy (przez to nie było ze mną o czym pogadać, bo w opinii współpracowników niczym się nie interesowałam…). Promocja „2 pln taniej na kilogramie schabu” ma sens wtedy kiedy zamierzam kupić tego schabu 30 kg. Ale dla jednego kotleta? A 50gr oszczędności na kostce masła gdy muszę po nie drałować w mrozie, po 8h pracy, na drugi koniec osiedla, kiedy marzę tylko o tym zeby walnąć się na kanapę? Bezsens. Jeśli kiedyś to zrobię to proszę mnie od razu zastrzelić i dla pewności przebić kołkiem osinowym.

oszczedzanie

I żeby jasność była – liczę się z kasą, bo na niej zwyczajnie nie śpię. Ale nie należę do tej grupy ludzi, która potrafi, z dokładnością do 2 miejsc po przecinku, powiedzieć ile kosztuje masło łaciate w Społem, ile w Żabce a ile w Piotrze i Pawle. Serio. Mam inne hobby i swoją mózgową pamięć podręczną i operacyjną wykorzystuję na nieco inne dane. I zwyczajnie mnie to nie interesuje. Nie uważam również, żeby zdrowe było przeliczanie ile oszczędza się na jedzeniu, karmiąc piersią, pijąc kawę „w gościach”, bo jest droga i nie niezbędna do życia, pijąc wodę z filtra a nie mineralną czy odmawiając sobie wszystkiego na co ma sie akurat ochotę, żeby zaoszczędzić 2 czy 5 plnów (nie wymyślam sobie tych rzeczy, wszystko tam było). Nie uważam również, żeby fajne było spędzenie połowy lata na słoikowaniu wszystkiego co się da w ilościach hurtowych. Sama czasem coś zasłoikuję, ogóra jakiegoś, czy maliny i chętnie przyjmuję słoiki od babci. Ale w ilości detalicznej. Nie w hurcie. Nie kiszę 10 kilogramów kapusty i 50 kg ogórków (nie wymyślam ilości, bo wszystkie słyszałam w opowieściach w tej robocie co mnie nie lubili, bo nie było o czym ze mną pogadać :)). Przypomniał mi się jeden osobnik rodzaju męskiego, z którym kiedyś studiowałam. Nie można było z nim iść normalnie, po studencku, na przyodrzańskie wały na browarka, bo osobnik ów, musiał odwiedzić najpierw 5 sklepów porównując ceny, by ostatecznie wrócić do tego najtańszego. Wyprawa trwała godzinę i dopiero w trzecim sklepie z kolei spostrzegłam się w czym rzecz (myślałam, że koneser czy coś….). Krótka znajomość to była. I pouczająca.

Ale żeby nie było, że nie interesuję się tym co, gdzie i za ile kupuję. Zwyczajnie kieruję swoją uwagę nieco w inną stronę:

  • staram się kupować żarełko w polskim sklepie. Najczęściej jest to Piotr i Paweł, bo mam w miarę blisko, do tego jest tam porządek, dość czysto i całkiem spory wybór wszystkiego. Nie jest prawdą, że to przeokrutnie drogie delikatesy. Ceny sa tam ok 2-3% wyższe niż w tesco (sprawdziłam to na koszyku o wartości ok 300pln z produktami każdej kategorii, tych samych producentów)
  • kupując, niech będzie, masło wybieram oczywiście to tańsze, ale naszego producenta. Jogurty kupuję tylko naturalne Bakoma, Piątnica, Krasnystaw (tu się zaparłam – choćby Zott był za półdarmo, to nie wezmę)
  • ostatnio niektóre rzeczy zamawiam od LokalnyRolnik.pl. To taka platforma łącząca rolników z indywidualnymi odbiorcami. Produkty tam oferowane, są sezonowe i niekomercyjne, często w opakowaniach, które „nieprzystoją” marketom. Są również oczywiście nieco droższe niż sklepowe, ale czasem na prawdę warto.

Teraz pozachwalam trochę Lokalnego Rolnika 🙂 Zakupy zrobiłam tak raptem 3 razy (jestem świeżakiem) i z reguły są to produkty, o których krąży obiegowa opinia, że „wiejskie są najlepsze, a więc:

  • jajka – jakoś nigdy nie wierzyłam, że jajko od kury z trawy smakuje inaczej od takiego od kury z klatki. Badania i moje prywatne doświadczenia empiryczne dowodzą, że żółtka w jajkach ekologicznych nie są bardziej  żółte niż te klatkowe. Jajka ekologiczne nie są też smaczniejsze. Wszystkie smakują tak samo. Jednak wybieram te ekologiczne czy od chłopa, bo tak. Bo nie podoba mi się chów klatkowy ani żaden inny niewolniczy. Pozatym jajka klatkowe pomimo takiego samego smaku i koloru jak eko mogą mieć nieco inny skład i nie do końca dobry wpływ na zjadacza;
  • mleko – przerzuciłam się jakiś czas temu za działaniem mojego T, z mleka UHT na świeże, pasteryzowane w temperaturze ok 60 stopni. Dzięki temu w mleku jest jeszcze trochę barterii a nie same trupy pływające po powierzchni zabielonej wody. Czy takie mleko smakuje inaczej? Nie wiem, wydaje mi się, że nie. Zamówiłam ostatnio od rolnika mleko surowe całkiem, dojone od krowy prosto do butelki. I..? Smakuje tak samo jak to świeże po pasteryzacji. Może dlatego, że piłam zimne, a wtedy mało co ma smak;
  • kefir – na wakacjach byłam na Kaszubach. Jadąc do Malborka na zamek, wpadlismy po drodze do knajpy o nazwie „Papudajnia” na szybkie, domowe żarełko. Obiadek bardzo smaczny, ale maślanka…. no niebo! I kefir od rolnika mi tą maślankę przypomniał – w ogóle nie wodnisty, aksamitny, gęsty, delikatny w smaku, troche śmietankowy. Mniam.
  • chleb – każdy chleb nieprzemysłowy, tylko taki na zakwasie z listą składników ograniczoną do 4 – jest dobry. Ja, pomimo szczerych chęci, nie odkryłam jeszcze tajemnicy chleba doskonałego, więc przepadam za kupnym 😉 Jesli odbieram chlebek z zamówieniem to na dzień dobry zjadam pół bochenka…
  • ryby – moja lista ryb, które kupuję jest ograniczona przez wytyczne wwf. Ryb morskich we Wrocławiu jest mało (żądamy dostępu do morza!), ale z jakiejś przyczyny łatwiej dostać halibuta z lodu niż świeżego śledzia. Od rolnika kupuję pstrągi, bo są jedyną rybą, którą potrafię przyrządzić, a wierzcie, że koło Gessler nie leżałam. Pstrągi są zapakowane próżniowo, bardzo świeże no i smaczne!
  • owoce i warzywa – nie próbowałam zbyt wielu, bo tu bardzo daje się we znaki sezonowość. W zimie mogę dostać marchewkę, buraki czy ziemniory (kilka gatunków), zdaża się jarmuż, do którego się nie przekonałam. Z owoców próbowałam jabłek (jest wiele odmian i w końcu mogłam spróbowac, które lubię a które nie).
  • masło – zostało bohaterem posta… Kupiłam ostatnio masło od chłopa. Drogie. Bardzo. Ale z drugiej strony ile zużywam masła w miesiącu? Nie zbiednieję. Pozatym, w przeciwieństwie do jajek, jest absolutnie fantastyczne. Masło jest tłuściutkie i takie hmm.. mleczne. Miastowa jestem to takiego wiejskiego masła jeszcze nie jadłam. Na prawdę warto.

Próbowałam też miodów, ale te, z zasady, mają mały „nakład”. W zasadzie większość miodów to produkty lokalne z rodzinnych pasiek.

IMG_20170201_184655_resized_20170208_074323832.jpg

Czemu to robię? Czemu tak się upieram przy tej lokalności zakupów i zwracam szczególną uwagę na miejsce pochodzenia tego co kupuję? Bo mało rzeczy mnie tak smieszy jak narzekania małych polskich przedsiębiorców, że jest ciężko, że nie mają klientów, że ludzie wolą tańszy chłam, gdy sami robią zakupy w NETTO czy LIDLu bo tanio i blisko i kupują jogurt Zott bo był tańszy o 20gr od tego z Piątnicy. Nie ma tu sprzeczności? Jeśli marudzimy, że jest nam źle, to na pewno nie jesteśmy osamotnieni, ale może sami wpływamy na to, że tak jest i możemy temu łatwo zaradzić?

Widziałam ostatnio taki obrazek: kiedy kupujesz coś od małego przedsiębiorcy, ktoś odstawia mały taniec radości. Prawda. Dajmy trochę radości naszym, bo to fajne. I dobre 🙂 W końcu chcemy być dobrymi ludźmi, prawda?

15665700_1276871519044258_5527755123611363653_n

 

Reklamy