Ubraniokling vel ekoCiuchy

Ostatnio buszując po stronie Decathlonu w poszukiwaniu „niczego konkretnego”, natknęłam się kurtki z komentarzem, że Decathlon strasznie dba o środowisko naturalne w związku z czym „Quechua postanowiła informować Klientów o długotrwałym oddziaływaniu na środowisko swoich produktów”. Wow! w sensie, że ktos zauważył, że produkcja ciuchów z tworzyw sztucznych (fitnesowe ciuszki to nie bawełna) nie jest bez wpływu na środowisko, ich użytkowanie nie jest bez wpływu na środowisko (częęęęste pranie w jakimś membranowym wynalazku) oraz ich utylizacja nie jest bez wpływu na środowisko. Taki poliestrowo-membranowy fatałeszek będzie się rozkładać z milion lat a sądząc po eksplozji mody na sport, każdy szanujący się mieszkaniec Ziemi i uczestnik fitnessmody ma w swojej szafie taki fatałaszków co najmniej kilka (ja mam conajmniej 5).Do tego szybkoschnące gatki, kurtki, plecaki i inne super przydatne akcesoria, których nie da się zrobić z bawełny i lnu, bo skończylibyśmy w wyciągniętym dresie, i szykuje się cicha bomba zegarowa. Decathlon najwidoczniej lubi dmuchać na zimne (a może już na ciepłe?) i na wszelki wypadek częściowo obarcza ciężarem tej bomby mnie. Bo oto niby mam wybór – ciuszek ekologiczny A, średnio ekologiczny C albo czarna owca D. Wybór teoretyczny, bo zaledwie kilka produktów jest oznaczonych a pozostałe nie. Co z tego, że te oznaczone mają symbol C albo D. To znaczy ze mam ich nie kupować? Marketing przewrotny niczym kobieta z okresem.

decathlon_eco6

Tak czy inaczej koncern zafundował sobie całkiem fajną stronkę z przykładowym cyklem życia mojej koszulki i wpływem poszczególnych jego etapów na środowisko. 79% sumarycznego oddzdziaływania na środowisko moja koszulka wywrze zanim do mnie trafi. Domyślam się, że pod hasłem „raw materials” jest produkcja włókien, w „production” produkcja barwników, farbowanie tkanin, suszenie, odpchlanie, szycie, tworzenie sterty odpadów – skrawków tkanin, nici, żużycie energii, wody itp. To juz 60%. Dalej jest transport i dystrybucja (19%) – kontenerowiec z drugiego końca świata, pakowanie w folie, utulizacja folii, tiry, magazyny, hale sklepowe oświetlone i klimatyzowane 24h. Pozostałe 21% to moja zasługa – pranie, suszenie, pranie, suszenie i tak 1000 razy aż nie poprują sie nitki allbo nie odklei napis. Wtedy – kubeł i składowanie kolejne milion lat.

decathlon_eco5

Zastanawiam się nad planem B. Jakby tu sprawić, żeby mój zdrowy, ostatnio, tryb życia był również mało uciążliwy dla natury? Nabyłam bawełnianą koszulkę za 1/8 ceny sportowej od lokalnego producenta (choć pewnie z Chin czy innej Birmy). I przyznaję z żalem, że po kilku praniach i po 2-3 tygodniach jest wyciągnięta jak szmaciura i nie zdała mojego eko testu. Wracam do ciuszków dedykowanych. Poszperałam trochę z wujkiem googlem i pod hasłem „ekologiczna odzież sportowa” jest pusto aż piszczy – ot wzmianka o polskiej firmie używającej do produkcji gatek alg, oraz inna firma, która w ofercie ma raptem 3 modele koszulek, wszystkie paskudne aż strach. Trochę to zaskakujące bo wszystkie liczące się firmy sportowe wprowadziły już dawno politykę zrównoważonego rozwoju i eko szycia, ale żaden z ręką na sercu nie uznaje się za ekologiczny . Smutne w tym wszystkim jest to, że pod hasłem „wszystkie firmy” są Adidas, Nike, Puma, Reebok, wszyscy, tylko nie 4F, nasza rodzinna, polska firemka… Mam  więc zagwozdkę rodem z przeboju Łony „nie ważne że są brudne, ważne że są nasze!” Kupić nasze czy „ekologiczne”?

Temat eko ciuchów przepadłby bez kontynuacji, gdyby nie spam na mojej skrzynce mailowej. Są takie chwile w życiu kobity, że zakłada różne karty zniżkowe, których głównym celem jest nabijanie kilogramów w portfelu. Wiąże się to też z toną spamu i chłamu zalewającego moją skrzynkę i kasowanego bez czytania, gdyby nie to:

M&S_recycling1

M&S_recycling2

Za oddanie starego ciucha można dostać rabat na kolejne szaleństwo. Co prawda rabat niewielki a szaleństwo musi być spore, ale jednak. Podobną akcję prowadził jakiś czas temu H&M. Za oddanie starych dżinsów można było kupić nowe 20% taniej. H&M w ogóle jest moim liderem jeśli chodzi o eko ciuchy. Od kiedy pamiętam zawsze miał w kolekcji koszulki z organicznej bawełny z fajnymi tekturowymi metkami. Taka tkanina gwarantuje, że została pozyskana z upraw wolnych od GMO, chemicznych pestycydów, z zachowaniem zrównoważonego gospodarowania wodą i godnych warunków pracy farmerów (ostatcznie wyszło, że H&M nie jest taki bez skazy, ale o tym innym razem).

Prawdę mówiąc to chyba najwyższy czas na wprowdzenie alternatywnej metody wytwarzania bawełny. Jej konwencjonalna producja zużywa najwięcej chemii na jednostkę powierzchni plantacji w porównaniu do plantacji innych gatunków roślin, a jej „wkład” w światowe zużycie pestycydów to 16%! Ale to nie wszystko – plantacje bawełny są największych źródłem wyzysku siły roboczej, w której często znajdują się dzieci. Tylko uprawy organiczne stawiają na metody przyjazne środowisku i tylko z takich czerpiemy czystą, organiczną bawełnę. Temat tak obszerny i ciekawy, że chyba poświęcę mu osobny wpis 🙂

organic-cotton

Polityka rozważnego dysponowania zasobami nie jest obca żadnej z wielkich odziezowych marek. Każda uchwala własny dokument, że są super ekologiczni, świadomie i odpowiedzialnie korzystają z materiałów i zasobów, odpowiedzialnie zatrudniaja ludzi. Życie pokazuje, że jednak nie zawsze się do swoich zapewnień stosują…

I jeszcze jedna rzecz zwróciła ostatnio moja uwagę w trakcie wiosennego odświeżania zawartości szafy. Torby na świeże nabytki. Te papierowe były głównie domeną marek ekskluzywnych. Wciąż przed oczami mam scenę z „Pretty Woman” gdy Julia wychodzi z super drogich butików obładowana papierowymi torbami z kolekcjami super modnych projektantów. Nie z plastikowymi reklamówami. Z papierowymi. Jak sie okazuje papier wkrada się też do sklepów dla zwykłych Kowalskich – Stradivarius na przykład. Kupiłam sweterek, dostałam zapakowany w eko torbę z niebielonego (!) papieru. Pamiętam jak poprzednie torby były tu jednak bielone, więc zmiana na duży plus. Sweterek ostatecznie mi się nie spodobał i wrócił do macierzy. Kwitek zwrotu podpisałam długopisem, tekturowym ! Po dwakroć brawo brawo!

stradivarius_eco1

Konkluzja jednak nie będzie zbyt optymistyczna. Może to kwestia, że znowu wzięłam sie za książkę o Monsanto i wszędzie widzę spisek. Sportowe brandy nie produkują swoich ciuchów w krajach 1 świata za średnie wynagrodzenie w kosmicznie ekologicznych ośrodkach. Produkują je w krajach 3 świata w halach bez okien i toalet za miskę ryżu, bez socjalu, płatnego urlopu i płatnych nadgodzin. Popłuczyny po praniu i farbowaniu wylewa do okolicznych rzek a przed zapakowaniem koszulek w kontenery dozuje im mamucią dawkę odrobaczaczy zeby do cywilizacji dotarły piękne, nowe i pachnące. Na bio bawełnę patrzę podejrzliwie, ale lepsza taka jak żadna. Wszelkie oświadczenia, „polityki” i deklaracje traktuję jak zasłonę dymną, bo tak trzeba i to jest dobrze widziane – napiszmy, że nam zależy i jesteśmy świadomi problemów, żeby nie było, że ktoś nam wytknie ignoranctwo. W końcu absolwenci ochrony środowiska zamiast przykuwać się do drzew z transparentami mogą miec tez pracę przy biurku.

Spot_the_difference1

źródła:

http://www.fairfashionstore.com/ekologicznie

http://global.marksandspencer.com/pl/pl/about-ms/?link=about-plan-a&utm_source=newsletter&utm_medium=email&utm_campaign=week1615ce#about-plan-a-pl

http://sustainability.decathlon.com/2014-report/products-and-services/eco-design/

http://about.hm.com/en/About/sustainability/commitments/conscious-fashion/more-sustainable-materials/cotton.html

http://www.reserved.com/pl/pl/campaign/special-campaign/organic-cotton

http://www.sustainablebrands.com/news_and_views/articles/adidas-nike-report-sustainability-progress

http://sustainabilityreport.adidas-group.com/SER2012/environment/environment-communication.html

http://www.benettongroup.com/sustainability/environment/

Reklamy

Nie rajskie palmy

Miało nie być o jedzeniu, ale w przypadku tego tematu wyjątkowo się nie da. Na początek zagadka The Guardian: „You wash it, you brush with it, u apply it, toast is, cook with it, spread it, eat it, its in 50% of what you buy. The story that ends in your cupboard but begins in rain forest”

Palm_oil

Gdzieś mi się obiło o uszy, że do 2022 roku (za 6 lat!) zostanie zniszczonych 98% powierzchni lasów deszczowych Sumatry i Borneo – zostaną wykarczowane pod plantacje palmy olejowej. Ja, jak to ja, zrobiłam dochodzenie „co to, skąd to, do czego to” i… oniemiałam. Olej palmowy, niczym Agata Młynarska, jest wszędzie.  Niczym arabski uchodźca zmienia twarze, imiona, postacie, wkrada się niepostrzeżenie do moich zakupów i wie, że go nie nakryję, bo się go nie spodziewam. Dopiero w trakcie przeszukania domu odkryłam jego gniazdo w szufladzie w kuchni. I jeszcze bezczelnie twierdził, że był tu zawsze a ja nagle zaczęłam robić z tego tytułu wielki problem.

Tak…  tyle lat przyczyniałam się to wycinania sumatrzańskiej dżungli. Tak samo jak moja mama przede mną i jej mama przed nią, i, co gorsza, jej mama przed nią! (4 pokolenia inteligentnych, wykształconych notabene wyższo babeczek, potrafiących, czytać, pisać i rachować i tak się dały nabrać!).

Absolutnym hitem i mistrzem kamuflażu okazała się margaryna Kasia & Palma. Palma jest chyba najbardziej zakorzenionym w kulturze PL produktem wypiekowym a do tego na opakowaniu Pan Murzynek i.. palma, aż krzyczą „tu jesteśmy a ty patrzysz i nie widzisz”. Margaryna jest utwardzonym tłuszczem roślinnym, a właściwie ich miksem – wystarczy przeczytać skład – olej rzepakowy, słonecznikowy, palmowy w różnych ilościach.  Margaryna jest w przepisie mojej prababci (!) na spód sernika. W przepisie wykaligrafowanym ręcznie milion lat temu, którego skan mam na tablecie… (świąteczny sernik był z majonezem – babcia uznała go za hit, oczywiście nieświadoma świętokradztwa. Dla równowagi dodałam szafran, bo nie miałam pojęcia do czego go użyć).

Nutella poleciała jako druga. Z bólem, bo już nigdy nic. Poleciała, bo oleju palmowego jest tam więcej niż orzechów. Pod lupę poszło też masło orzechowe 98% z fistaszków. Nutellę odżałuję, ale masła mi szkoda, bo jest świetne przed i po treningu, a mój blender prędzej umrze niż zmiksuje orzechy na masło.

Trzecią rzeczą był, i tu uwaga, kolejny „żelazny” punkt mojego kuchennego wyposażenia. Rosołki. Rosołków mam milion, w każdym smaku i w każdym kolorze. W końcu to podstawowa „przyprawa”, która z wody wyczaruje rosół, gulasz, sos do mięska – wszystko. W „rosołku” z kury, kura jest na 27 miejscu spośród 39 składników i jest jej 0,02g. Na górze jest palma i glut(animian). Zrobiłam ostatnio gulasz bez rosołka – gotował się 3h zamiast 30 minut i był taki dobry jak nigdy, ale do szybkiego, nieweekendowego, gotowania to mu daaaaleko. Szkoda, ale na moim nowym, ulubionym, jadłoblogu pojawił się przepis na domowy bulion, który potem się kostkuje jak lód – mistrzostwo.

Kolejnym nielegalnym imigrantem były frytki. Wszystkie. Frytki w fastfoodach są smażone na wielkiej bryle smalcu vel oleju palmowego (skąd wiem? – Paaanie, czego ja w życiu nie robiłam…). Odpadają też frytki gotowe, zapakowane, we wszelkich fikuśnych kształtach do domowego użytku. Bo są nasączone palm oilem jak gąbki. Podejrzliwie przyglądałam się poczciwym ziemniakom z oskarżycielskim „na pewno coś ukrywacie!”.

Z mojego śledztwa wynika, że olej palmowy jest w chipsach i batonikach, w panierowanych paluszkach rybnych, w gotowych musli, w chińskich zupkach, w kosmetykach bo są bardziej… kremowe. Jest wszędzie tam, gdzie się nie spodziewałam. Pocieszam się, że raczej na pewno nie ma go w produktach „nagich”, naturalnych, „z pierwszego tłoczenia”, we wszystkich, które są sobą w 100% – np w sałacie, albo mące żytniej. Ale ten Kitkat Peanut Butter.. boli ;).

Nie przyczepiam się do oleju palmowego bo zawiera nasycone kwasy tłuszczowe, albo ich nie zawiera w zależności od opracowania i kto za nie zapłacił. Nie przyczepiam się że dodaje się go do produktów do których z powodzeniem można by dodać oleju z rzepaku czy słonecznika wspierając lokalny rynek producentów. Nie przyczepiam się z zawiścią, że się świetnie przechowuje, jest łatwy i tani w pozyskiwaniu i można go wykorzystać do wszystkiego.

Przyczepiam się, bo Borneo i Sumatra od dziecka kojarzyły mi się z lasami deszczowymi, orangutanami, rajska labą na rajskiej wyspie. Za 7 lat nie będzie ani lasów ani małp ani raju. Będzie wielka plantacja.

Jak wszystko, sprawa oleju nie jest czarno – biała, ale ma bardzo wiele szarych odcieni i jest pełna moralnych dylematów. Pomiędzy moim oburzeniem pierwszego świata, nakarmionego i ogrzanego konsumenta są problemy trzeciego świata – głodnego i niedoinwestowanego producenta. Obecny system światowej gospodarki nie jest w stanie zaspokoić przeciwstawnych potrzeb wszystkich.

Do dalszych rozważań i dociekań polecam:

  1. Multimedialna stronę The Guardian – świetnie rozrysowane wykresy i mapy
  2. Artykuł The Economist – wyjątkowo interesujący w stylu dziennikarstwa śledczego, podejmujący m.in. tematy ekologicznego oleju i stanowiska koncernów spożywczych i kosmetycznych

palm oil and orangutans copy

Ekotarianizm

Wegetarianizm nie jest eko. Mówię to z pełnym przekonaniem, patrząc na wege burgery rumieniące się w piekarniku.
Nie jest ani ekologiczny ani tym bardziej lokalny. Nie jest też specjalnie smaczny, aczkolwiek w burgerach pokładam pewne nadzieje.

Możliwe, że u podstaw roslinnej diety leżą szlachetne przesłanki: niechęć do zabijania zwierząt, zadawania bólu otaczającej nas przyrodzie ożywionej czy życie „zgodnie z naturą” i tym podobne pomysły. Wątpię, żeby jakikolwiek przedstawiciel wczesnych gatunków homo zawracał sobie głowę takimi tezami. Najbardziej pierwotne ludy były tak zabiegane, że zmieniały adres zawsze gdy w okolicy nie bylo już co jeść. Przy niekończącej się walce o przetrwanie trudno było żywić się wyłącznie trawą czy owocami wypielęgnowanych, sezonowych upraw. W obliczu czających się wszędzie dzikich zwierząt i obcych plemion, pilnowanie kawałka lasu z krzakiem jagód czy malin byłoby niezwykłą fanaberią prowadzącą do szybkiego upadku takiej cywilizacji.

Z czasiem szanowni przodkowie doszli do większej wprawy w kontrolowaniu upraw, zbudowali szałasy i osiedli w najkorzystkiejszej lokacji w okolicy z widokiem na rzekę, pola i las. Ale nie wykreślili z menu pieczonego udźca baraniego, smalcu ze skwarkami, kopy jaj czy bańki mleka. Z lenistwa udomowili kilka co głupszych gatunków i pare inteligentniejszych a ciepłe i suche łóżko skutecznie zmiechęciło chłopów-agronomów do buszowania po lesie z dzidami.

Tamten sposób odżywiania miał jedną, podstawową przewagę nad obecnym pseudo-eko weganizmem. Był lokalny. Aby Pani Domu mogła naszykować kolację nie musiała sprowadzać z drugiego końca świata składników o nazwach nie do wymówienia a na pewno nie do zapamiętania. Nikt nie musiał sie głowić nad wymyśleniem i legalizacją modyfikowanej genetycznie soi czy kukurydzy – podstawą wege żywienia. Uprawa i zbiory zieleniny nie musiały być okupione pracą nieznanych ludzi i degradacją środowiska na końcu świata. Setki napędzanych ropą kontenetowców nie musiało przemierzyć tysięcy kilometrów morskimi szlakami, a tysiące ton roślin o dziwnie brzmiących imionach nie musiały zostać zutylizowane bo nie przetrwały trudów wielomiesięcznego zamknięcia.
Na kolację były miejscowe, sezonowe produkty, owoce pracy małych gospodarstw i rąk własnych Pani Domu. Ekonimicznie i ekologicznie.

Do wieczornych przemyśleń nad kotletem (burger bądź co bądź palce lizac) skłoniła mnie zupełnie przypadkowa lektura jadło-bloga. Skądinąd, podobno, bardzo znanego i, podobno, bardzo smacznego.  Jako super korpo-ludka otaczają mnie weganie (oczywistość), więc bywam również testerem serników bez sera, brownie bez czekolady i budyniów bez mleka. Doskonałe przykłady wynalazków potwierdzających tezę, że „prawie robi wielką różnicę”, ale mimo wszystko jadalnych. W chwili namysłu pt: „Co jutro na obiad?” zdecydowałam – to może coś na wegańską modłę? Okazało się to jednak nie być takie proste! W pieczonych buraczkach z czymśtam, jednym ze składników były płatki drożdzowe, mające podobno udawać posmak sera, w curry z dyni – masło nerkowcowe, w curry z młodych ziemniaków – świeże łodygi trawy cytrynowej, w curry z cukinii – 7 liści kafiru (myślałam, że może kEfiru, ale on nie ma liści); dalej królowały orzeszki piniowe w ogromnej ilości, nasiona chia, jagody goiji, szafran, korab, pasta tahini, orzeszki zatar, spirulina i quinoa. Już nie mówiąc, że wszędzie występuje mleko sojowe na hektolitry. Czy któremuś z Was, wegetarian, znany jest FAKT, że 80% upraw kukurydzy na świecie jest modyfikowanych genetycznie (w USA 90%), a soi 100%? Czy nie pomyśleliście nigdy, że zebrane niedojrzałe, przechowywane miesiącami w chłodniach – kontenerach i sztucznie „dojrzewane” awokada i inne egzotyczne, ale niezbędne w wegańskim menu składniki już dawno straciły wszelkie super moce, o ile kiedykolwiek je miały? Czy nie przyszło Wam do głowy, że wybierając miód manuka zamiast lipowego, nasiona chia zamiast siemienia lnianego, owoce goiji zamiast żurawiny, orzechy nerkowca zamiast włoskich nie wspieracie lokalnych producentów a wręcz przeciwnie – działacie na ich niekorzyść?

Owszem, Kolumb od Amerykanów przywiózł ziemniaki i kukurydzę i choć początkowo dostępne były one tylko dla arystokracji, z czasem okazały się być gatunkami stworzonymi dla naszego klimatu – odporne na szkodniki, szybkorosnące, mogące wyżywić ogromne populacje. Przyznaję, że pieprz, herbata czy kawa, bez których nie wyobrażamy sobie codziennego funkcjonowania nie rosną w kraju gdzie „zimno i pada i zimno i pada” i raczej nigdy nie będą, ale czy na pewno nie da się zastąpić składników modnych, które dobrze mieć w swoim lunch boxie składnikami swojskimi?  Dlaczego używając argumentu, że kupując mleko przyczyniamy się do pogarszania warunków życia krów, do jeszcze większego ich ścisku i niekończących się ciąż nie zauważacie małych ekologicznych gospodarstw? Dlaczego gardzicie jajkami z eko hodowli, bez klatek, antybiotyków i karmienia sondą? Dlaczego wreszcie moda na eko torby, eko auta i eko żarówki idzie u Was w parze z modą na jedzenie rzeczy o niezwykłych nazwach i pospolitym smaku, całkowicie kłócącą się z klasykiem „Polacy nie gęsi…”?

 1379524032_by_Angelika23 _500

Na ryby!

Ostatnio także WWF bije w dzwon mojej zakupowej świadomości. A konkretnie chodzi o ryby i owoce morza. Cóż – przepadam za łososiem. Jestem wręcz łososioholikiem, i wiem, że ten dostępny w moim mobilnym tesco jest łososiem norweskim, hodowlanym, poławianym w okolicach portów wymalowanych farbą zawierającą dioksyny (brawo Monsanto, jesteście wszędzie!). Uwielbiam też pstrąga, ale tylko tego ze smażalni – chrupiącego i tłuściutkiego. W domu zawsze mi wychodzi rozgotowany, nawet z piekarnika (jak? nie wiem… Koło Perfekcyjnej Pani Domu najwidoczniej nigdy nie leżałam).

Ale wracając do tematu. WWF sporządził listę-poradnik jakie ryby kupować należy a jakich, ze względów czysto ekologicznych, należy unikać (http://ryby.wwf.pl/poradnik/). „Moje rybki” znalazły się na żółtej liście gatunków, „których hodowla i połowy szkodzą środowisku i wpływają negatywnie na różnorodność mórz i oceanów”. Krótko mówiąc – nie musisz – nie jedz. Ja, jak to ja, zaczęłam zgłębiać temat, dlaczego nie można, gdzie znaleźć właściwe oznaczenia, co jeść w zamian i gdzie to kupić.

A więc…

1. Dlaczego?

Podobno co 20 minut jeden gatunek zwierząt znika bezpowrotnie. 90% poławianych komercyjnie gatunków ryb i owoców morza jest lub było poławianych poza granicą zdrowego rozsądku, ze znaczną ingerencją w liczebność gatunku i zdolność do odnawiania populacji. Przy niektórych metodach połowu, w sieci rybackie wpadają także morświny, delfiny, żółwie i mewy, naruszając równowagę biologiczną i niszcząc lokalną faunę. Co ciekawe gatunki uważane za pospolite, jak dorsz bałtycki, krewetka, tuńczyk błękitnopłetwy czy halibut, pomimo tego, że można je kupić praktycznie wszędzie, na skutek nadmiernych połowów są skrajnie zagrożone wyginięciem. Pamiętacie oburzenie naszych rybaków, kiedy Unia Europejska ograniczyła połowy dorsza na Bałtyku, argumentując to skrajnym przełowieniem? Łodzie rybackie, sieci, świeża rybka i smażalnie to w końcu ikona Pomorza. I miało tego tak po prostu zabraknąć? Co ci biedni rybacy mieli począć? Natomiast kwestie bałtyckiego dramatu ekologicznego zostały jakoś medialnie pominięte…

2. Oznaczenia

Certyfikat MSC (Marine Stewardschip Council) gwarantuje, że ryba, którą kupujemy została złowiona w sposób przyjazny dla środowiska. Gwarantuje, że sposób połowu minimalizuje lub wyklucza przypadkowe „wyłapywanie” innych zwierząt, jak foki, czy żółwie, oraz eliminuje połów osobników zbyt młodych, czyli takich, które nie brały jeszcze udziału w odtwarzaniu populacji.

MSC

3. Co jeść i gdzie kupić

WWF przygotowało listę najpopularniejszych gatunków (niestety tylko morskich, a i to nie wszystkich) z podziałem na trzy kategorie (kliknij obrazek, aby powiększyć):

rybyZ poradnika wynika jasno, że lista gatunków „bezpiecznych” jest krótka i niespecjalnie ciekawa, a dodatkowo sprawę utrudnia fakt, że część łowisk, nawet zagrożonych gatunków, jest certyfikowana, a więc np krewetki z certyfikatem można kupować hurtowo…

Chwila namysłu i kierunek… zamrażarka. Oto co znalazłam:

WP_20150705_002 1

Morszczuk argentyński. Bardzo zły wybór 😦 nie dość, że morszczuk (czerwona lista!), to jeszcze bez certyfikatu, metoda produkcji „złowiona w morzu” (a niby gdzie?!). A wydawałoby się, że morszczuk czy mintaj to najpopularniejsze ryby, królujące w supermarketowych mroźniach. Przepraszam rybo!WP_20150705_001 1Krewetki grenlandzkie w skorupkach. Lepiej. Chociaż gatunek jest na żółtej liście to pochodzi z certyfikowanych łowisk. Jest więc ekologiczny a jego połów nie zagraża środowisku.

Tylko chyba data minęła rok temu…(Nie tylko nie leżałam koło Perfekcyjnej Pani Domu, ale nie miałam też z nią, najwidoczniej, kontaktu wzrokowego 😉 )

Co do krewetek to, jako, że „ryba psuje się od głowy” większość robaczków dostępnych w formie mrożonej jest bez głów, żeby nie było widać, że przez zamrożeniem trochę straciły na świeżości. Proste. Dlatego kupuję tylko te z głową i niestety stwierdzam, że w 500g opakowaniu ledwie połowa nadaje się do jedzenia. Taki mamy klimat niestety. To już może lepsze te bez głów, przynajmniej nie wiadomo co się je.

OK – pozostaje pytanie gdzie kupić. Wszędzie. Gatunki z zielonej tabelki oraz ryby z certyfikatem można dostać pewnie wszędzie. Na opakowaniach, jak widać na załączonych obrazkach, jest informacja skąd pochodzą, a dokładniejsze info o sposobie połowu jest choćby na stronie mobilnego tesco (w informacjach o produkcie – przeglądnęłam sporo gatunków, wybrałam dorsza ze Spitzbergenu, a więc M.Barentsa, poławianego sieciami oskrzelowymi). Lidl na swojej stronie chwali się, że wycofał z obrotu mięso z rekina i miecznika, a oferuje jedynie gatunki nie przeławiane (http://www.lidl.pl/pl/2793.htm), podobnie Kaufland i Makro.  Od 2014r. wszystkie produkty Frosty posiadają (podobno – www.msc.org) niebieski certyfikat (nie wszystkie – sprawdziłam, ale intencje chwalebne). Swój udział w ochronie łowisk ma też Ikea. Przodownik ekologii w każdej prawie dziedzinie od września serwuje i sprzedaje tylko ryby z certyfikatem. Możliwości są, wystarczy poszukać.

Kwestia tylko gustu. Za karpiem nie przepadam, chyba, że od święta i to tylko raz w roku, Langustynki czy Plamiaka to nie wiem gdzie kupić. Makrela występuje u nas tylko wędzona (ah… Chorwacja…), albo w sosie pomidorowym ,szprot w oleju w puszce a śledź marynowany z cebulką. Ciężko z tego coś usmażyć. Podobno śledzie można kupić świeże, ale sama nigdy nie znalazłam (może słabo szukałam) i ledwie raz jadłam jako postny obiad, ale w mleku z ziemniakami był obrzydliwy. Ostrygi, przegrzebki i omułki, jak na gatunki mające się całkiem nieźle, cena jest chyba nieco wygórowana.

Warto się przyjrzeć z bliska temu problemowi, aby za kilka lat filet z dorsza nie był tylko wspomnieniem niczym stek z mamuta.

Be a localist!

Czy na pewno świadomie wybierasz to co jesz? Możliwe, że odrzucasz produkty z niekończącym się składem na rzecz tych z jak najkrótszym, starasz się prowadzić zdrową kuchnię z jak najmniejszą ilością półproduktów, zamrożonych gotowców czy produktów w proszku.

Ekologiczni producenci powoli docierają do naszych umysłów. Farmio Kurczak BabuniI my sami powoli zaczynamy świadomie dokonywać wyborów przy półce sklepowej. Po lekturze książki „Świat według Monsanto” zaczęłam większą uwagę zwracać na produkty naturalne, nie przetworzone, czy wreszcie – nie modyfikowane genetycznie. Niestety te modyfikowane nie są oznaczane (dlaczego? – odsyłam do książki), ale te ekologiczne dają się zauważyć. Pomimo tego, że żadne badania naukowe nie potwierdzają przewagi…hm.. smakowej ekologicznych jajek od kur „biegających po gnoju” nad tymi klatkowymi, ani mięsa od kur karmionych paszą nie modyfikowaną nad tym od kur „konwencjonalnych” – o ile mam wybór, wybieram ekologicznie. Koszulki z bawełny organicznej? Pojawiają się rzadko i nie są bardzo reklamowane a może warto?

Ostatnio wpadły mi w ręce pomysły Amerykanów na popularyzację produktów lokalnych. Tak banalne, że aż ciężko uwierzyć, że u nas się tego nie propaguje. Na półkach sklepowych obok produktów regionalnych jest umieszczona bardzo widoczna, stosowna informacja – Produkt Lokalny. Prosto i na temat. Artykuły takie są też umieszczane na najlepszych półkach, tych na wysokości wzroku. W oczywisty sposób promuje to dostawców z naszego sąsiedztwa.

Skoro mleko czy masło smakują tak samo niezależnie od producenta, to przy wyborze kierujemy się przyzwyczajeniem i ceną. A może warto (ja uważam, że warto) kierować się pochodzeniem takiego produktu i wspierać „naszego” dostawcę i producenta? Dodatkowo taki lokalny produkt wpływa na zmniejszenie zanieczyszczenia środowiska i zostawia mniejszy „ślad ekologiczny”, bo nie musi podróżować do innego województwa, kraju czy na inny kontynent (masło z Irlandii? papaja z Meksyku?) Same zalety. Tylko czas zakupów znacznie się na razie niestety wydłuży – muszę czytać każdą etykietkę, żeby odfiltrować produkty potencjalnie zmodyfikowane, oraz te „nie lokalne”. W małych osiedlowych sklepach nie ma niestety półek ze zdrową żywnością i na własna rękę trzeba szukać tych perełek. Zaczynam eksperyment 🙂

images (1)         images          pobrane

źródła: farmio.com, bealocalist.org

Uprawy ekologiczne, to nie powrót do kamienia łupanego – cz.1

Rolnictwo ekologiczne to zrównoważona forma produkcji żywności bazująca na wykorzystaniu potencjału gospodarstwa, bez ingerencji środków zewnętrznych i na metodach przywracających i utrzymujących naturalną harmonię środowiska. Uff… poważnie się zrobiło 🙂

Do prowadzenia upraw ekologicznych nie stosuje się syntetycznych środków ochrony roślin, pestycydów i herbicydów ani nawozów sztucznych. Podstawą jest żyzna, zdrowa, płodna gleba i przemyślany płodozmian. Dzięki temu gospodarstwo pozostaje w biologicznej równowadze, z obfitością pożytecznych owadów i innych organizmów będących naturalnymi wrogami szkodników oraz z glebą bogatą w mikroorganizmy i dżdżownice zapewniające jej dobrą kondycję. Rolnictwo ekologiczne promuje naturalne metody zapobiegania chorobom i szkodnikom poprzez bioróżnorodność otoczenia upraw, naturalne nawożenie oraz wykorzystanie zjawisk takich jak symbioza pomiędzy różnymi gatunkami roślin.

push-pull-signPrzykładem jednej ze strategii rolnictwa ekologicznego jest „Push-and-Pull” – metoda opracowana przez Międzynarodowy Instytut Badawczy ICIPE w Kenii, razem z afrykańskimi rolnikami. Ma ona na celu zwalczanie plagi gąsienic motyli z rodziny omacnicowatych, jednego z najgroźniejszych szkodników w Afryce, które w połączeniu z chwastami z rodzaju striga mogą zmiszczyć całe plony.

Wokół pola kukurydzy rolnicy wysiewają trzy rzędy trawy słoniowej (Pennisetum purpureum), która wytwarza substancje chemiczne przywabiające larwy omacnicowatych z pola kukurydzy. Większość z nich ginie w lepkim soku trawy słoniowej. Ponadto między rzędami kukurydzy rolnicy sieją roślinę z rodziny desmodium, która z kolei wydziela substancję odstraszającą gąsienice. Poza tym desmodium hamuje rozwój gatunku Striga. To doskonały przykład strategii typu „Odpychaj i przyciągaj”, która zapewnia zdrową kukurydzę, więcej żywności i ochronę gleby.

Innym podejściem do ochrony przed gąsienicami jest zmodyfikowana genetycznie kukurydza Bt, zawierająca geny pewnej bakterii glebowej, wytwarza toksynę zwalczającą omacnicowate. Syngenta – międzynarodowy koncern ze Szwajcarii – we współpracy z jednym z kenijskich instytutów rozpoczął projekt dotyczący kukurydzy Bt w Kenii.

(www.portals.iucn.org , http://www.ekolubelszczyzna.pl/pliki/artykuly/eko_czy_GMO.pdf)

Należy jednak zwrócić uwagę jak wielkie szkody wyrządziło GMO w gospodarce, ekonomii i edukacji rolniczej Afrykańczyków. Rośliny genetycznie modyfikowane są chronione patentem, a więc uzyskiwane z nich nasiona (np kukurydzy) nie mogą być ponownie wysiewane ani wymieniane na inne (np z innym rolnikiem), a pozyskiwanie ich odbywa się jedynie na drodze kupna od certyfikowanych dostawców. Taki model zależności w Afryce, której społeczeństwa są i tak dalece uzależnione od relacji handlowych a czasem wręcz feudalnych z tzw zachodem, zostałby tylko dalej pogłębiany. Nikomu nie powinno bardziej zależeć na ekonomicznej suwerenności afrykańskich rolników jak im samym. Metoda Push-pull jest w takim wypadku świetnym rozwiązaniem, choć z pewnością nikt poza aktywistami, czy naukowcami wspierającymi uprawy ekologiczne nie będzie rozpowszechniał takiego modelu rolnictwa mogącego zmniejszyć głód i przynieść realne korzyści społeczeństwom Czarnego Lądu.

Eko idea

Zielona rewolucja zapoczątkowana w latach 60-tych XX wieku miała na celu ukierunkować rozwój rolnictwa na maksymalizację plonów i zlikwidowanie zjawiska głodu. Ruszyła ogromna machina produkcyjna. Zatrudniono armię chemików i bio-technologów, powstało wiele firm (m.in. Monsanto), dla których perspektywa szybkiego i ogromnego zysku całkowicie przesłoniła realne konsekwencje środowiskowe i społeczne.

Do poprawy wydajności upraw miało się przyczynić rozpowszechnianie nasion roślin genetycznie modyfikowanych, odpornych na szkodniki oraz tzw. RoundUp Ready, którym niestraszny był najbardziej zabójczy herbicyd z fabryki Monsato – Round Up, popularyzacja stosowania na ogromną skalę chemicznych środków ochrony roślin oraz nawozów sztucznych.

Obraz gigantycznych farm monokulturowych, całkowicie zmechanizowanych i stosują-
cych najnowsze „dokonania” nauki, przez bardzo długi czas były wyznacznikiem nowoczesności, oraz przykładem na to jak powinny wyglądać superwydajne, wyspecjalizowane gospodarstwa.

Płodozmian, zmianowanie, rośliny motylkowe czy przedplon stały się przeżytkami, rolniczymi sformułowaniami rodem ze średniowiecza i wg wielu „nowoczesnych” agronomów tam powinny pozostać.

Egoistyczne i nastawione tylko i wyłącznie na zysk rolnictwo zaczęło się jednak mścić na farmerach. Monokultura spowodowała zwiększenie liczby szkodników a to z kolei wymusiło stosowanie większej ilości środków ochrony roślin.
Z czasem chwasty i owady uodparniły się na pestycydy i nawet ogromne ilości, wcześniej 100% skutecznego RoundUp’u, nie są w stanie ich zwalczyć. Stosowanie chemicznych oprysków na niespotykaną wcześniej skalę nie pozostało jednak bez wpływu na środowisko, będąc przyczyną ogromnego skażenia gleby, oraz wód gruntowych i powierzchniowych. Uprawy monokulturowe i stosowanie dużej ilości pestycydów przyczyniły się do stopniowego wyjałowienia gleby, czego następstwem, aby utrzymać wymagany poziom produkcyjności, jest stosowanie zwiększonej ilości nawozów sztucznych, co prowadzi do dalszej degradacji uprawianej ziemi i środowiska naturalnego.

Odpowiedzią na tą, pozornie nierozwiązywalną, sytuację może być rozpowszechnienie upraw ekologicznych, będących podstawą agroekologii. Wbrew pozorom nie są to uprawy oparte o metody z epoki kamienia łupanego czy średniowiecza, ale efektem osiągnięć naukowych bazujących na wieloletnich badaniach prowadzonych w najlepszych ośrodkach.

Nowoczesne uprawy ekologiczne wykorzystują naturalne oddziaływania pomiędzy poszczególnymi elementami środowiska. Dzięki poznaniu ich właściwości można łączyć zalety roślin i świadomie je wykorzystywać w celu ochrony przed szkodnikami, chwastami, czy do  zwiększenia plonowania. Wyniki badań jednoznacznie wskazują na większą kaloryczność warzyw i owoców pochodzących z upraw ekologicznych w porównaniu z uprawami tradycyjnymi a także na porównywalne, lub nawet większe plonowanie! Problemem pozostaje jednak mentalność rolników, oraz skażenie terenów rolniczych mogących mieć prawdopodobnie ogromny wpływ na produkcję roślinną w początkowym okresie zmian, dopóki nie nastąpi regeneracja gleby i odtworzenie jej właściwej struktury, oraz przywrócenie naturalnych oddziaływań pomiędzy lokalna fauną i florą.