Europejska stolica betonu, stali i szkła.

Moje miasto, takie piękne, ma wielkie ambicje. A raczej mają je nasi włodarze. Wrocław musi być najbardziej, najlepiej i najszybciej w każdej dziedzinie.

Kosztem dziewięciu zer prowadzonych przez jedynkę, zbudowaliśmy stadion na zadupiu o elewacji co-to-się-miała-nie-brudzić-podobno, aby staropolskiemu „zastaw się, a postaw się” stało się zadość. Stadion rozbrzmiał okrzykami 100 tysięcy widzów 5 lat temu a następnie zamilkł na lata i dalej milczy z zażenowania, gdy nasi lokalni kopacze z trudem utrzymują się w ekstraklasie.  Mieliśmy stolicę kultury, będziemy mieć Igrzyska. Miało być expo, EIT, metro. Miały być elektryczne autobusy i tramwaj na… (a gdzie nie miał ?) Złożyliśmy nawet aplikację o tytuł Zielonej Stolicy Europy. Miało być tak pięknie a wyszło… no właśnie.

Wrocław zielony jest umiarkowanie. Jak grzyby po deszczu w miejsce trawników powstają nowe biurowce, z przebudowanych ulic znikają drzewa a z odremontowanych placów znikają klomby. Bo tak jest bardziej, ale czy lepiej? Wrocław poza deklaracjami robi niewiele.

Na pierwszy ogień – tory tramwajowe. Kiedyś, w Poznaniu będąc, zakochałam się w zielonych torowiskach poprzerastanych trawą. Potem takie same klimaty wpadły mi w oko w Pradze i w Warszawie. A Wrocław? Tłumaczy się, że u nas to nie możliwe, bo torowiska są współdzielone z samochodami. Czy aby na pewno? Obecnie trawkę pomiędzy torami można spotkać w kilku miastach. Podobno wśród nich jest Pępek Świata. Prym wiedzie Kraków z 25 km, co stanowi ok. 12,9% toru pojedynczego w tym mieście. Kolejne pozycje zajmują Łódź (24 km i udział 10,9%) oraz Warszawa (16,1 km i udział 6,2%).

Takie rozwiązanie możnaby zaproponować mieszkańcom Nowego Dworu, którzy nie chcą tramwaju, bo będzie za głośny – zielenina obniża hałas nawet o 8 dB! A tak na marginesie to owi mieszkańcy kilka lat lobbowali za tramwajem (chociaż mają ponad 10 linii autobusowych kursujących w każdą część miasta), a jak go dostali to się obrazili. Polakowi nie dogodzisz.

W Warszawie na utrzymanie takiej fanaberii wydaje się rocznie ok 220 tysiaków. Koszt stadionu to 4500 lat utrzymania trawki w stanie golfowej zieloności (zakładając, że będzie jej tyle ile w stolycy).

O ile torowiska można uznać za zielone gdy porastają sobie nieproszonym mchem i chwaściorem to jest kilka miejsc w centrum mojego miasta, które zasługują na wątpliwie szczytne miano „patelni wszechświata”. Urzędnicy miejscy, zasiedli, myśleli, myśleli i wymyślili, że jak jest jakiś kawałek wolnej przestrzeni bez domów, ulic i straganów, to gawiedź na pewno będzie chciała się tam tłumnie gromadzić, niekoniecznie w jakimś celu. A skoro tak chcą, to trzeba im to umożliwić! A jak umożliwić, to trawkę zaorać, żeby się nie zadeptała, krzaki wyciąć, żeby pospólstwo nie połamało, a ścieżki wybetonować, bo czemu nie. I ciężko się z tym tokiem myslenia nie zgodzić, gdyby nie fakt, że trawników mamy w city niewiele a wybetonowanych przestrzeni ogrom. Tylko czy naród faktycznie aż tak bezładnie i tłumnie się gromadzi? Czy Rynek nie jest wystarczająco duży na wszystkie imprezy? A plac Solny? A tereny wystawowe? A wreszcie – Pola Marsowe? Czy trzeba zabetonować połowę centrum, tak na wszelki wypadek?

Przykład pierwszy – mistrzostwo świata pod każdym względem – Plac Nowy Targ. W centrum miasta, ale trochę na uboczu i wystarczająco blisko Wyspy Słodowej (gdzie odbywają się wszystkie imprezy niegodne Rynku). Nie ma tu żadnych atrakcji, ostatnią fontannę zburzono w czasie wojny a konkurs na nową jest podejrzanie nierozstrzygnięty od 50 lat. Plac otaczają rozpadające się bloki i Urząd Miasta Stołecznego Wrocławia, ot kuriozum. Tylko kto miałby tu deptać trawnik i łamać drzewka? Ale przetarg wygrany, prace skończone, nowy plac odebrany. Betonowe płyty jak okiem sięgnąć plus kilka granitowych leżanek – dla miejskich śpiochów ławkowych jak znalazł. Kratka z ciemnejszego bruku podobno wyznacza średniowieczny układ straganów. Jak nietrudno się domyślić obecnie jest zakaz handlu wszelakiego. Jest również zakaz sadzenia trawki, drzewek, krzaczków i czegokolwiek co mogłoby nieco natlenić mózgi miejskich myślicieli (Plac jest notabene obok urzędu).

Kolejnym „dziełem” dzierżącym palmę pierwszeństwa w głupości jest patelnia przy Forum Muzyki. Kiedyś, za dawnych czasów, był tam jedyny w mieście skatepark a teraz jest plac o idealnych parametrach do wojskowych defilad, albo bicia rekorku Guinessa w smażeniu jajek na granitowych płytach. Pod placem jest parking podziemny, więc ok, rozumiem, że nie może być tutaj lasu sekwoi. Ale trawka jakaś? Krzaczek? Ławeczka? Kwiatuszek?

IMG_20170529_125406

Forum ratuje połowicznie fakt, że zaraz obok jest Park Staromiejski i jak się dobrze to miejsce zaatakuje to może ono wyglądać tak:

forum7

ale jak sie ma pecha, to widok jest nieszczególny:

forum5

Ratunek połowiczny, bo park słuzy do przemieszczania się z punktu A do punktu B, slalomem pomiędzy Cygańskimi królowymi tarota. Brakuje tu miejsca do celowego i spokojnego „usiąścia”. Knajpy tu żadnej nie uraczysz, a i rowerem można dostać niespodziewanie, bo ktoś kawałek parku ogrodził sobie murem a scieżka rowerowa przebiega tuż pod bramką z tegoż muru…

Wrocław nie należy do szczególnie zielonych miast. Parków mamy jak na lekarstwo a parków w centrum to jak na lekarstwo dla ptaszka. Kawałek „plant” przy fosie, ale w trakcie przerwy w pracy można co najwyżej przejśc się dookoła budynku i ewentualnie postać chwilę na słońcu na trawie, konkurując o każdy jej centumetr z okolicznymi posiadaczami psów…

A można inaczej.

Małe przestrzenie można zaplanować z głową i pomysłem, zielono i ekologicznie. Tak aby było przyjemniej usiąść, popatrzeć i posłuchać. Bez gigantycznych kosztów i niekonczących się przetargów (choć co do tego mam wątpliwości).

Można jak w Barcelonie, gdzie okna mojego pokoju wychodziły na niespecjalnie ładny placyk. I nie było by w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że cały skwer przy San Ramon, w środku dość „czerwonej” dzielni, był wysadzony drzewami. Można jak w Pradze, gdzie ichniejszy rynek jest w połowie zadrzewiony. Można jak na Malcie czy w Splicie, gdzie zaułki pomiędzy kamienicami są ostoją dla maleńkich ogródków cieszących oczy kolorami, cieniem i przyjemnym chłodem.

Można tak jak w Berlinie, czy Dublinie, można jak w gigantycznych metropoliach, skoro chcemy już niedługo za taką uchodzić. Zamiast plażo-patelni w sercu miasta można posadzić… park:

W takim na przykład Cleveland, powstały trzy zielone koncepcje na tą samą przestrzeń. Pod każdą sie popisuję, każda jest doskonała:

Da się. Ale skoro mowa o centrum miasta to nie może w nim zabraknąć Mordoru. Centrów usług wszelakich dla biznesu, miejsca pracy 20 tysięcy wrocławskich hipsterów, porażkowców, millenialsów i korpoludków. W jednym z takich miejsc miałam swoje biurko pod oknem 😉 W czarnym klocku przy najruchliwszym skrzyżowaniu w mieście, z jakiejś przyczyny ochrzczonym paskudnym mianem Dominikański Skanska Building. Nazwa absolutnie sprzeczna z doskonale modną oczywistością. W końcu coś co powstaje na miejscu 200-letniej drukarni powinno nazywać się „Starą drukarnią”. Skąd tak okropne imię? No idea…

Ale do rzeczy. Klocek jak klocek: windy, okna, open space jak okiem sięgnąć. Wykonawca chwalił się, że nasz budynek ma jakieś super moce „bardziej” niż inni, ale mi najbardziej doskwierał brak otwieranych okien i fakt, że patio, na które miałam okno, było kompletnie bezpłciowe.

Stała tam jedna biedna ławka oraz dość mocno modernistyczna rzeźba jelenia (interpretację pozostawiam Wam). Dodatkowo bryła budynku była w kilku miejscach dość nieregularna, przez co powstało kilka „tarasów”, jednak na żaden nie można było wyjść (brak otwieranych okiem), a nawet jakby była taka opcja, to tarasy były wysypane żwirkiem i ogólnie mało przstępne. Czarno, szaro, szklano, grafitowo. Nijako okrutnie, Nudno do bólu. Ostatecznie ktoś podjął próby zbudowania zielonej ściany na patio, ale z dość mizernym rezultatem. O „fenomenie” tego obiektu jeszcze coś skrobnę 😉 Aha – dodam tylko, że jeleń od razu otrzymał tabliczkę „nie przypinać rowerów” oraz został opasany czerwono-białą taśmą, żeby mu się nie pętać pod nogami. Ktoś najwyraźniej był nieostrożny i oberwał jelenią racicą a potem się poskarżył, że zwierz kopie…

A skoro o ścianach zielonych i dachach, to jest we Wrocławiu jedna, całkiem udana inwestycja i dla niepoznaki zlokalizowana… w niebezpiecznej bliskości Urzędu Miasta (miasto to samo, ale Urząd w nieco innym miejscu). Ładnie tu i zielono, nie ma się czego przyczepić 🙂 Brawo wy!

zielone-ściany-wrocław-7

Jest też druga zielona ściana, a raczej ściany, a raczej cały budynek. Mój ulubieniec 🙂 Muzeum Narodowe we Wrocławiu. Patrzcie i podziwiajcie, bo jest co:

Żeby jednak nie było tak całkiem fajnie, to mamy też swojego miejskiego potwora. Potwór ten, znalazł sobie całkiem sympatyczną miejscówkę z przepięknym widokiem na rzekę, na Muzeum, na Ostrów Tumski. Potwór ma swoje tajemnice, pewnie tylko on wie czemu jego budowa ciągnęła się latami i ostatecznie w wielkich bólach udało się ją dokończyć. Tylko on wie jak nazywa się duch, który tam straszy i jęczy w pustych korytarzach, pomiędzy pustymi regałami. Biblioteka Uniwersytecka. Miejsce dość smutne, ciche i nieładne, a przy tym kompletnie bez wyrazu. Gołe betonowe mury generujące okropne przeciągi. W całej bibliotece jest tylko jedna ładna rzecz – ławka w przejściu pomiędzy budynkami z jakiejś przyczyny stojąca bokiem do Odry.

I ogólnie klocek jak klocek, gdyby nie fakt, że nie trzeba daleko szukać genialnego pomysłu na Uniwersytecką Bibliotekę. Warszawa. Zakochałam się w mgnieniu oka, w tej zieleni, w secesyjnych detalach doskonale współgrającyh z nowoczesnymi rozwiązaniami, w bajkowej niezwykłości. W Ogrodzie można podziwiać nie tylko widoki. Posadzono w nim różnorodne gatunki i odmiany roślin, posadzone w trzech odmiennie skomponowanych częściach. Bezpośrednio przy budynku znajdują się krzewy okrywowe, kwitnące oraz pnącza. Największymi ozdobami otwartej przestrzeni dolnego ogrodu są, połączone strumieniem, sztuczny kamień z kaskadą i zarybiony staw, nad którym zamieszkały kaczki. Posadzono tu drzewa, krzewy i byliny utrzymane w tonacji niebiesko-białoróżowej. Czy tak wiele trzeba aby paskudny betonowy moloch zamienić w zieloną perełkę przyciągającą ludzi jak magnes? Nie, nie studentów głodnych wiedzy, ale zwykłych ludzi pragnących bliskiego kontaktu z naturą w sercu miasta. Boli mnie to podwójnie, bo z Dominikańskiego przenoszę się do Green Day’a (zielonego tylko z nazwy), jednak leżącego nad samą Odrą tuż obok Biblioteki. Posiadanie takiej mikro oazy na wyciągnięcie ręki w porze lunchu byłoby rzeczą absolutnie fantastyczną… Ale mogę o tym tylko pomarzyc, bo prędzej bibliotekę wyburzą niż zrobią z niej piękne i przyjazne miejsce. A tak przy okazji – zamiast stadionu, moglibyśmy mieć 3 takie ogrody jak w Warszawie.

Wrocław ma też jednak kilka całkiem przyjemnych miejsc, jak na przykład odnowiony Dworzec Główny z całkiem ładnie zaplanowanym terenem przed wejściem:

Dworzec Wrocław.jpg

ale ma też sporo za uszami. Pretendujemy do miana „miasta spotkań”, ale czy to oznacza, że każdą wolną przestrzeń trzeba przeznaczyć na miejsce do wielotysięcznych zgromadzeń? Wydaje mi się, że hasło „spotkajmy się we Wrocławiu” miało nieco inny kontekst. Tak! Spotkajmy się we Wrocławiu, oby jeszcze było gdzie 🙂

P.S. te wszystkie budynki / obiekty / koszmarki / cudeńka to nie ludzie zbudowali, to statki kosmiczne są. Jest szansa, że odlecą 😉

stadion luca

żródła tramwajowe i inne:

http://e-czytelnia.abrys.pl/zielen-miejska/2016-2-902/temat-numeru-10746/zazielenianie-torowisk-okiem-praktyka-21057

http://www.transport-publiczny.pl/wiadomosci/zielone-torowiska-znane-od-stu-lat-gonimy-europe-52050.html.

http://www.buw.uw.edu.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=286&itemid=91

http://wawalove.pl/Ogrod-na-BUW-ie-otwarty-od-1-kwietnia-ZDJECIA-sl13340/foto_1 

http://wroclawfantastyczny.blogspot.com/search/label/Kosmostumost%C3%B3w

http://www.archdaily.com/550810/take-a-walk-on-the-high-line-with-iwanbaan/5421a859c07a800de50000fa-take-a-walk-on-the-high-line-with-iwan-baan-photo

pozostałe zdjęcia – Google

Wesołych ekoświąt!

Prezenty kupione ? Dobrze! Czas na ich pakowanie, bo choć nikt nie zaprzeczy, że w prezentach i ludziach liczy się wnętrze, to każdy skrycie przyzna, że opakowanie też jest ważne.  Jeśli czasem nie ważniejsze. Bo jak lepiej można schować nieciekawą zawartośc niż pod przemyślaną i pracochłonną kompozycją? Niektórzy przez wiele lat potrafią pozostawać pod wrażeniem opakowania nie zaprzątając sobie głowy zawartością. Jak to w życiu…

Ale do prezentów 😉 Kiedyś, „za moich czasów”, papier do pakowania był wielorazowy, bo co roku krył całkiem inną zawartość. Kluczowe było delikatne odpakowywanie w świątecznej euforii, aby nie uszkodzić cennego papieru, bo za rok znowu miał sie przydać. Mami trzymała go zawsze w szafie pod sufitem, poza zasięgiem małych drących łapek. Wyobraźcie sobie popłoch jaki następował w rodzinie, gdy nie daj losie trzeba było zapakowac prezent na czyjeś urodziny w lipcu. W choinki i Mikołaje… Potem nastała era papierów we wszystkie wzory i kolory, nowoczesnych, tradycyjnych, mało kiczowatych, pieknych, cudownych, absolutnie uroczych. A potem mi sie odwidziało. Bo wszystko pięknie, ale ten cudowny, lakierowany papier ma nieprzyzwoicie krótki i marny żywot. Bielony chemikaliami, barwiony chemikaliami, nabłyszczany z dwóch stron, zwijany w roleczkę i foliowany. Później poleży to to pod choinką godzinę lub dwie, nacieszy oczy nowego właściciela raptem kilka sekund po czym ginie śmiercią tragiczną rozdarty na strzępy i ląduje w koszu. Słabo.

„Ludzie mówio”, że u Brytoli co roku przed świętami w Anglii zużywa się tyle papieru do pakowania prezentów, że można byłoby czterema warstwami przykryć królewski Hyde Park. A to – 160 hektarów! Sporo. Nie wiem ile to jest u nas, ale myślę, że pododnie.

W zeszłym roku rodzina się uparła, że Wigilia ma byc u mnie. A jak u mnie – to ekologicznie. A jak ekologicznie to pakowanie prezentów poszło na drugi ogień (na pierwszy poszedł lniany, naturalny obrus a nie śnieżno biały poliester). Swoje paczki popakowałam w szary papier z… poczty i paczki świąteczne stały sie paczkami pocztowymi. Dostały też, jak prawdziwe paczuchy, adres, znaczki (z allegro 100 szt znaczków z róznych stron świata za 5 pln) i zostały zawinięte bawełniano-papierowym szaro-czerwonym sznurkiem. Do tego nad każdą paczką się napracowałam, bo każda dostała ręczną ozdobę z suszonych plasterków pomarańczy, liści i owoców ostrokrzewu i lasek cynamonu. Każda paczka była unikatowa i w każdą włożyłam siebie 🙂 Zawartość, oczywiście, pozostała bardzo ważna ale opakowanie równie ważne. Pracochłonne, ale bez przesady i orginalne aż do przesady.

W tym roku skonczyły mi sie znaczki, a skoro Wigilia tym razem nie u mnie, to jakoś słabiej przygotowana jestem do świętowania. Prezent mam dopiero jeden. Dwa idą jeszcze pocztą, trzeciego nie zamówiłam bo nie wiem jaki konkretnie i jakoś tak wszystko na ostatnią chwilę wychodzi (dobrze, że za pamięci kupiłam ser na sernik).

A ponieważ nie mam co pakować, to mam czas pouczać Was 🙂

Każdy ma w chacie masę nieprzydatnych rzeczy, które najchętniej by wyrzucił, ale szkoda tak po prostu wziąć i wyrzucić: przedmiotów nie używanych, zapomnianych, resztek wstążek, guzików bez pary, duperelków, które kupiło się bo były urocze, po czym schowało do szuflady, starych plakatów, stron powycinanych z gazet, bo takie ładne itp. Jest czas, pora i miejsce aby się ich kulturalnie pozbyć. Boże Narodzenie.

Pakowanie prezentu w papier z marketu i przewiązywanie wstążką z marketu to pójście na mało ekologiczną łatwiznę. A tak – same korzyści:

  1. Oszczędzamy kasę, bo nie trzeba co roku kupowac papieru ozdobnego (wieeeelu sztuk, bo w każdym sklepie znajdzie się jakiś prześlicznusi a do tego nigdy nie wiadomo jakiej są te papiery wielkości…);
  2. Przewietrzamy szuflady z zakamarków i dajemy drugie życie tym wszystkim torebuniom, skrawkom tkanin, kolorowym czasopismom i starym komiksom (ale nie Thorgala!!), resztkom włóczek i tasiemek, starym lakierom do paznokci (do malowania wzorków – idealne);
  3. Ograniczamy ilość śmieci, bo w końcu to wszystko i tak miało prędzej czy później tam trafić, a tak, trafi tam szczęśliwe, że do czegoś się przydało na końcu swojego życia;
  4. Opakowania z szarego papieru pakowego są przeurocze i jednocześnie całkowicie recyklingowalne. A jak ktoś ma kominek, to może sobie zostawić na podpałkę (eh… kominek);
  5. Podejdziecie trochę bardziej „osobiście” do prezentów i poczujecie taki  świąteczny sentyment.

A skoro prezenty są juz zapakowane to nie może obejśc się bez choinki. No właśnie. U mnie póki co nie ma żadnej, bo nie ma. Bo przedostatnio zamówiłam „małą”, a dostałam ciętą sztukę jodły po sam sufit, już nie wspominając ile bombek trzeba było nabyć do ich ozdobienia. I ile światełek. W zeszłym roku choinkę zastąpił mi umierający bonsai zawinięty w lampki oraz kilka słoików wypełnionych takimi właśnie lampkami. Okazały się one jednak nie być LEDowe, nagrzewały się okropnie i ze względu na ryzyko pożaru (tego jeszcze u mnie nie było), co kilka godzin trzeba było je zwyczajnie zgasić. W tym roku chciałam choinkę sztuczną, ale zamkneli mi Praktikera i do najbliższego takiego sklepu mam z 10 km. Gdzie sie kupuje sztuczne choinki?

Choinki naturalnej z obciętym pniem nie będzie. Po moim trupie. Co roku włodarze miejscy przekonują mnie, że wyrzuconymi choinkami najadają sie po świętach świniaki. Jasne, już w to uwierzę. Prędzej uwierzę w to, że większość drzewek pochodzi ze świątecznych plantacji, ale multum z tych sprzedawanych, to ofiary leśnych kradzieży. Pod moim rodzinnym domem do dzisiaj stoi choinka, która kiedyś była przepięknym świerkiem, do czasu, gdy jakiś idiota przed świętami nie uznał, że będzie się ona lepiej prezentować w pokoju, między kaloryferem a meblościanką. I uciął choinkę. 2 metry nad ziemią. Ciekawe jakby ten czub zareagował gdyby jego obciąć w 2/3 wysokości.

Dlatego też w tym roku celuję w coś 100% ekologicznego i recyklingowalnego. Co prawda góra kartonów i tektury z przedpokoju magicznie wylądowała na smietniku, ale w pracy przechowuję drugi, nieco mniejszy zapas 😉 Coś sobie wyrzeźbię, nie za dużego, takiego w sam raz do poświętowania i wyrzucenia na makulaturę za kilka tygodni. Bez męczącego poczucia winy.

Nie zapominajcie, żeby w Wigilię NIE rozmawiać o polityce i chorobach 🙂 Rozmawiajcie o tym wszystkim jak mozna zmienić podejście do codziennych czynności, aby były bardziej przyjazne naturze i Wam samym 🙂

Wesołych ekoświąt!

This Christmas, Santa decided to use an energy saving light globe.

źródła:

http://www.nanowosmieci.pl/pakowanie-prezentow/

Stek z umarlaka w żelu z pomarańczA

Bawi mnie zawsze do łez jak ktoś chce być strrrasznie „ą” „ę”, a słoma wychodzi z butów aż skrzypi. Mistrzem słomy jest… winogron oraz pomarańcz. Obaj stają zawsze na pierwszym miejscu podium mistrzów ojczystej mowy w kategorii Januszy biznesu. Na winogronA i pomarańczA nadziewam się zawsze wtedy kiedy się nie spodziewam, bo występują w iście sarmackim towarszystwie. Winogron i pomarańcz są jak kupa na środku wykrochmalonego obrusa, jak włos wyciągnięty z potrawy MasterSzefa.

Nie żebym czuła się bardzo pewnie w „to piszemy razem a to osobno” ale końcówki Ą, Ę, OM, EM to moja mega silna strona, nie zagnie mnie w tym nikt. W końcu nie od czapy w liceum przeszłam parę etapów olimpiady z poprawnej polszczyzny. A więc „bezpieczĘsto”, „kliĘtom”, „klientĄ”, „kontrahentĘ” to dla mnie kaszka z mleczkiem.

Kopnął mnie zaszczyt ostatnio, co rzadko się zdarza, korpo kolacji z szefami wszystkich szefów. Kolacji w knajpie, której nazwa nigdy mi sie o uszy nawet nie obiła, a skoro się nie obiła to na pewno nie bez powodu. I to raczej gorzej niż lepiej.

Żeby nie wyjść na buraka i mieć ogólne pojęcie o cenach i menu, rzuciłam okiem na stronkę internetową lokalu.
Em, żem zdębła! Nie skończyłam jeszcze listy przystawek a już nie zrozumiałam co najmiej kilku składników każdej z nich.

  • coulis wiśniowy – kto zgadnie bez żenującego googlania na smartfonie pod stołem?
  • puder z marchwi – cukier puder … hmm.. z buraków, to tak jakby się da…
  • piklowany złoty burak – blehh burak w occie. Gdzie tu arcydzieło kulinariów?
  • żel z buraków – interesujące nawet to.
  • verrine z musem z koziego sera – terrina to taki galaretko-pasztet, a verrine?
  • puder z buraków – o! cukier puder!
  • szczawik – to taki mały szczaw, jakim się karmi króliki?
  • crostini – to wiem!
  • grillowany ser halloumi – damn! dziewczyno! w końcu na coś się to twoje jeżdżenie po świecie przydało!
  • mus z topinambura – puree z bulwy. Pisałam o niej pracę magisterską. Na cos się przydała…praca w sensie.
  • nasturcja – taki kwiatek
  • POMARAŃCZ – jest! Pomarańcz!
  • olej rydzowy – a przepraszam.. jak się go robi? topi rydze w rzepakowym, czy jakoś te rydze wykręca?
  • żółtko sous vide – ?
  • piana chrzanowa – nie mam dzieci, ale jakoś dziwnie mi się kojarzy
  • kataifi – …. kill me…
  • puder z orzechów włoskich – co wy macie z tym pudrem?!
  • oliwa truflowa – o wow… pewnie podobnie się robi jak rydzową
  • wędzona sól morska – proces produkcyjny tejże musi być szalenie ciekawy. Dostajesz bryłę osmolonej soli do lizania
  • kaszanka z niemczy – przeczytałam kaszTanka. To pewnie przez tego 11 listopada, Piłsudski i w ogóle.
  • chips ze skorzonery – …yyy…. ale, że jeden?
  • pomarańcz – Znowu!
  • coppa – to jakaś wędlina, bo była na desce wędlin
  • reblochon – to dla odmiany ser, bo był na serach
 

Ok, dobra to jesteśmy po przystawkach. Trochę mi już gorąco, więc przejdźmy dalej. Dalej są Sałaty. Tu niby nic trudnego, bo co może być trudnego w sałacie. A jednak:

  • croutons
  • płĄtki migdałów – taaa, czepiam się
To przejdźmy do dań głównych, bo nic nie zjadłam jeszcze.

  • coulis żurawinowy z maliną
  • marynowana słonina z Niemczy – nie wiem… słonina to tak jakby na skwarki i do smalcu. Chyba, że słonina jako mięso ze słonia. Gdzie w Niemczy hodują słonie na steki?
  • pęczotto – ok, wiem
  • soliród – nie wiem.. woda z dna rzeki z mułem? Soliród jest z wędzoną solą, to ta sól to taka lizawka dla konia a wędzona, bo po pożarze stajni. Soliród będzie tu wędzoną koniną…
  • stek z różowego tuńczyka – wiem co to jest. Ale korci mnie zapytać kelnera czy wie z jakich łowisk ten tuńczyk i czy przypadkiem nie zjadam ostatniej sztuki ever.
  • biała trufla – rrrrrrr, ale że w sensie to to, do szukania czego szkoli się świniaki?
  • piana z jabłek – znowu jakaś piana. Tak, kojarzy mi się to z kupą.
  • biodrówka jagnięca – ajjjjć, chyba skłaniam się ku wegatarianizmowi
  • ziemniaki fondant – W googlach fondant jest czekoladowym, rozpływającym się ciasteczkiem. Ciasteczko z ziemniaka.
  • STEK WOŁOWY, MŁODE ZIEMNIAKI, RUKOLA, SOS DO WYBORU:GORGONZOLA / PIEPRZOWY – wszystko wiem! Ale nie zamówię, bo najdroższe ze wszystkiego 😦

Tradycyjna polska kuchnia. Nie ma co.

Miałam sobie przygotować jakieś inteligentne tematy rozmów, żeby mieć o czym z szefami konwersować. Boję się, że tematów mi nie zabraknie, ale będą one dotyczyły głównie jedzenia, kuchni regionalnej z lokalnych, sezonowych składników. Ryb przełowionych, ultra rzadkich. Będę mówić o tym, że zamawianie tuńczyka to nie szczyt snobizmu ale głupoty, że większość światowych upraw kukurydzy jest modyfikowana genetycznie i chcę wiedzieć czy te kukurydzine chrupki  w zupie są modyfikowane czy nie. Chcę znać pochodzenie białych trufli. Chcę wiedzieć czym są te wszystkie dziwne rzeczy i czy na pewno nie można było ich zamienić na inne, bardziej swojsko brzmiące. Będę uważnie obserwować czy wszyscy znają każdy składnik zamówionej potrawy. Może jestem inna ale jakoś nie jaram się jak zapałka na widok tych wszystkich dziwactw. Jarałabym się na widok ekologicznej, wyrafinowanej kuchni bazującej na świeżych, regionalnych specjałach.

I korci mnie, żeby zapytać o tego pomarańcza  Co to takiego? Taki gorszy brat pomarańczy? Taka moja cicha zemsta za tą katorgę przedzierania się przez szalone menu. Przez menu, które ma zrobić z normalnego zjadacza frytek debila. Menu, stworzone po to aby pokazać wielkość właściciela, jego znajomośc sztuki kulinarnej, znajomość słownika wyrazów trudnych, znajomość technologii zmiany stanu ziemniaków, buraków, marchwii na półpłynny i pyłowy. I nieznajomośc ortografii. Podstawowej.

Kurtyna opada.
forcing-kids-to-eat-their-food-dinner-meme

Tym stukaniem to mi Pani ryby płoszy!

Mam dwóch nowych chłopaków. Do tego obaj są skadynawami i obaj mają na imię… Kijek. Lewy i Prawy. Zostali mi przedstawieni przez mojego ortopedę (więc to taka miłość z rozsądku), bo poprzednia moja miłość z wyboru do łuku sprowadziła mnie na drogę ciemności, bólu i rozpaczy.

Mam zakaz strzelania z łuku, zakaz ćwiczeń ze sztangą, zakaz robienia czegokolwiek ręką co wymaga podniesienia jej powyżej 90 stopni w jakimkolwiek kierunku. Mam zakaz spania na brzuchu. Stwierdzam ze smiechem, że jestem pierwszym człowiekiem na świecie, któremu będzie szkodził sen. I sport. Każdy. Oprócz… Nordic Walking. Nie jest on co prawda idealny, bo po 10 km czuję jak coś mi się podwija pod łopatkę i ogólnie bark tak dziwnie tężeje jak galaretka w lodówce, ale i tak jest fun!

nordic-walking

Moich nowych chłopaków poznałam bliżej na zajęciach z trenerem, organizowanych co jakiś czas przez moją firmę (to jedna z zalet korpo). Nieświadome nowych wyzwań udałyśmy się z kumpelą K na trening. W ogóle to obie mamy talent do wybierania zajęć „dla dziadków” bo idziemy tam nieprzygotowane mentalnie i wychodzimy zlane potem (dałyśmy się tak zakatować na Zdrowym Kręgosłupie). Podobnie było na kijkach 😉 biegałyśmy po parku jak opętane machając rękami. To wydłużało krok a to z kolei powodowało, że prawie biegłyśmy. Po godzinie uznałyśmy zgodnie „było suuuuuper”. A skoro było super, to nie był to ostatni raz ! Po kilku razach stwierdzam, że kijkowanie jest na prawdę super i na prawdę dla mnie. Nie umiem biegać i nie chcę, zabija mnie przebiegnięcie 500m a kiedyś, jeszcze w szkole, na teście Coopera albo wahadle robiłam minimum okrążeń na zaliczenie. Po 10km z kijkami  nie jestem nawet zmachana. Najlepsze jest to, że po treningu chodzenia na nogach bolą… ręce.

Od czego zacząć?

Kto choć raz w życiu zaczynał jakikolwiek sport przyzna mi rację – na pierwszy trening najlepiej wybrać się z …trenerem. Z pracy z Multisportem, z ogłoszenia osiedlowego, z ogłoszenia w googlach. Podstawową zaletą takich zajęć jest to, że trener zrobi wszystko za nas – dobierze kijki, pokaże technikę, rozgrzewkę i będzie czuwał czy nikt nie robi sobie krzywdy (np wbija kijek koleżance w noge). Ten dobry człowiek przygotuje nas mentalnie i fizycznie na baty. Reszte trzeba zrobić samemu 😉

Można też potrenować z jutubem, ale sprawdzi się to tylko w przypadku chodzenia przed lustrem lub wzdłuż sklepowych witryn. Inaczej nie ma opcji przyjrzeć się swoim błędom… Chodząc teraz po parku spotykam wielu kijkarzy i niestety nie spotkałam jeszcze żadnego „technicznego”. Ot taki szybki marsz ze stukaniem kijkami w ziemię i juz jest +5 do lansu. Ale i tak uważam, że fajnie, że w ogóle są w tym parku i zasuwają. Mogliby siedzieć na obiedzie u cioci i żreć schabowego…

Chodzenie po parku z trenerem jest jakoś uzasadnione, bo widac, że robimy z siebie wariatów ale jest obok ktoś kto instruuje więc wygląda to profesjonalnie. Pierwszy raz, samodzielny, w parku był trudny bo:

Chodzenie z kijkami jest głupie…

Jasne. Każda aktywnośc, której nie oddaje się 90% społeczeństwa jest dziwne. Ludzi nie dziwi tylko zamulanie na kanapie i oglądanie 358 odcinka „na dobre i złe”. Więc będą się gapić, to normalne. Wystarczy nie patrzyć się na nich, wtedy nie widzi się tego, że się gapią.

nordic_walker

Kijki hałasują…

Fakt – kijki stukają. Nie znalazłam na to złotej metody, a chodzenie po błocie odpada. Jak jest twardo to będą stukać, nawet w gumowych bucikach na asfalt. Nie ma jednak opcji, żeby stukające kijki obudziły jakieś śpiące w wózku dziecko, bez przesady, pozatym przechodzi się obok wózka raptem 2 sekundy. Jedyną osobą, która uważała kijkowe puk-puk-puk za moja wrodzoną złośliwość był wędkarz w parku – „ryby pani płoszy!”. Po złośliwości przeszłam koło niego jeszcze parę razy 😀

Nikt nie chodzi z kijkami, bo teraz wszyscy biegają…

Tak myślałam, jak pierwszy raz poszłam do parku przetestować czy chłopaki działają jak trzeba. Owszem – sporo ludzi biega, ale za każdym razem spotykam kijkarzy. Mówimy sobie „dzień dobry”, jak słodko… (tzn ja im mówię, a oni, zaskoczeni, odpowiadają).

W co się ubrać?

Nie za ciepło. Tak, żeby po wyjściu z domu było nam trochę chłodno. Na październik/listopad z 10-11 stopniami, na zasuwanie tempem 1 km/9-10 min polecam :

  • termo-koszulkę z długim rękawem (po 2 km podciągam rękawy jak Justyna Kowalczyk :P)
  • bezrękawnik (dośc ciepła sztuka pozostała mi z łucznictwa – nie wieje po plecach. Sięga za tyłek, ma kaptur i dośc obszerne kieszenie)
  • leginsy (tak, żeby było po sportowemu, jak ktoś ma kompleks „wielkiego tyłka” to polecam lekkie spodnie trekkingowe. Dżinsy odpadają! Osobiście nie założyłabym też dresów…)
  • sportowa bielizna (nie lubię jak mi się wszystko majta, tu się zsuwa, tam ciśnie. Pozatym to w końcu sport)
  • buty (mam 3 pary butów do biegan.. ekhm… fitnesu. W internetach piszo, że lepsze byłyby buty trekingowe, bo lepiej amortyzują piętę. Na zimę muszę znaleść coś na wyprzedażach – nieprzemalkalnego i odpowiedniego)

Co zabrać na „spacer”?

Jest pare rzeczy, które zawsze się przydają 😉

  •  kijki (haha) – modeli jest milion. Są z regulowana długością i bez. Są takie za 15 zeta i za 3 stówy. Ja mam, może nie najtańsze, Propulse Walk 500 z Decathlonu za 170pln (prezent urodzinowy). Mają wypinane, bardzo wygodne pętle, buciki na groty i gumowe łapki. Można je spiąć razem. Polecam.

Nie zamierzam podróżować z kijkami samolotem więc zdecydowałam się na model bez regulowanej długości. Dlatego polecam, polecam, polecam, pierwszy trening zorganizowany, żeby przetestować różne długości i modele. Ostatecznie źle dobraną długość można komuś oddać, lub spieniężyć na allegro.

  • chusteczki – taka moja przypadłość, co 500m muszę się zatrzymać wytrzeć nos. W tym konkretnym przypadku w poprzednim wcieleniu byłam chyba psem 😐
  • smartfona – nie po to, żeby sweet focie wrzucac na fejsa – nie bedzie na to czasu 😉 Warto jednak odpalić jedną z aplikacji treningowych (ja mam Endomondo Sports Tracker – ma kilka super zalet. Pokazuje przejsznięte kilometry i co kilometr pewien miły anglik informuje mnie o postępach, czasie „okrążenia” itp. Pokazuje spalone kalorie (nic tak nie motywuje jak 1,5h spacer i 700kcal w plecy 😉 ), predkość, czas na kilometr (ja zasuwam tak 9-11 min / km) i współpracuje z gpsem). Zawsze było mi szkoda kasy albo punktów HP na fitbanda mierzącego kroki, tętno, sen na jawie i inne pierdoły. Nie biegam, nie trenuję crossfitu = nie mam aż tak wygórowanych potrzeb. Moje podstawowe zaspokaja darmowa aplikacja na telefon. Oprócz endomondo można włączyć jutuba, audiobuki, co kto lubi. Włączenie obu aplikacji zabija mój telefon w 2h 😛 na trening wystarczy.
  • buciki na kijki – do parku mam ok 1,5km po chodniku. Buciki trochę się ślizgają, ale chronią groty i zapobiegają „straszeniu ryb”.
  • plecak, wodę – jeśli ktoś nie wytrzyma 1,5-2h bez picia to można. Ja nie lubię nosić. Wyłoję butlę jak wrócę do domu i zagryzę bananem

Więcej nie trzeba (klucze do chaty mogą się jeszcze przydać)

Pierwszy samotny raz po parku był tak niesamowity, że wróciłam do domu tramwajem. To dlatego, że głupio mi było wracać chodnikiem przy ruchliwej ulicy (już nigdy nie pomyślę o biegaczu biegnącym wzdłuż ulicy „staaaary, ale biega to się po parku”. Jasne, ale do chaty nie wraca się na miotle…) Więcej nie powtórzyłam tego dziwngo zachowania 😛 Niech się napatrzą jak Justyk Kowalczyk zasuwa. Pozatym to zawsze 3 km więcej na liczniku.

Chodząc sobie po moim parku nie ma zbyt wielu opcji trasy. Jest jedna wyznaczona dla biegaczy (tą się głównie poruszam), albo nieco dłuższa wzdłuż rzeczki, opodal krzaczków, przechodząca obok najładniejszego miejsca w parku, ale częściowo prowadząca po (daję głowę) żydowskich płytach nagrobnych (historia mojego parku nie jest taka super świetlana). Ostatnio wyczaiłam, że w najładniejszym miejscu tej drugiej opcji trasy powstało całkiem fajne miejsce na grilla. Jest ławka i solidny grill na wybrukowanym kawałku trawki. W pażdzierniku wygląda to na nowe a w każdym razie na niezniszczone i rzadko używane. Obstawiam, że huligaństwo specjalnie musiałoby się przejść na spacer do parku i to nieobleganą ścieżką, żeby to miejsce znaleść. Mało prawdopodobne. W sumie super pomysł! Ciekawe ile wytrzyma…

park_labedziepark_grilownica

Tak na dobrą sprawę taki Nordic jest świetnym pomysłem na jesienną imprezę w parku. Chciałam tutaj napisac „dla rodzin”, ale dla mnie to jest jedno z najbardziej zniechęcających haseł na imprezy. „Festyn dla rodzin”. To znaczy, że jak przyjdę bez dzieci i dziadków to umrę z nudów, a jeśli nie z nudów to pod oskarżycielskim spojrzeniem mamusiów i tatusiów „a gdzie jest twoja RODZINA”.

Zostawmy więc imprezę „dla wszystkich”. Kto chce to przychodzi kto nie to nie. Mile widziany jest każdy kto chodzi sam, każdy kto chodzi z kimś, każdy kto przyciągnął tu kogoś na siłe. Esencja zielonego wydarzenia. Na powietrzu w środku dnia (nocą…po parku.. nie bardzo…). Promująca zdrowy tryb życia, nie powodująca nadmiernej produkcji odpadów (jakie śmieci można wyprodukować idąc z kijkami? Butelkę po wodzie? Ostatnio widziałam takie w 90% z recyklingu. Pozatym można wziąc swój bidon i uzupełniać).

Nie wiem czy to moje obserwacje czy ktoś to naukowo potwierdził, ale jak człowiek jest bardziej ruchliwy i bardziej dba o siebie, to i ekologia na tym nie cierpi, więc wydarzenia dla aktywnych są też mniej dotykające środowisko i bardziej zielone. Taka impreza będzie się musiała obejśc bez konfetti na cześć zwycięzcy (można go obrzucić furą liści, albo płatkami kwiatów), bez balonów w każdym kształcie (sorry dzieci), bez waty cukrowej i gofrów. Zamiast tego stoiska z regionalnymi sezonowymi owocami (umytymi), prosto do łapki albo papierowej torebki.

Z atrakcji dla wszystkich – sadzenie roślinek, szukanie parkowych zwierzątek, gra terenowa z odkrywanim tajemnic parku (a mój ma to ma ich sporo… jak choćby tablice nagrobne wmurowane w schody). Dla chodziarzy stoiska z activ-szejkami, przygotowywanymi na bierząco i rozlewanymi wprost do bidonów uczestników.Dla dzieci – rozpoznawanie roślin, zbieranie liści i tworzenie z nich tymczasowych kompozycji, liczenie kaczek i łabędzi.

Gadżety i nagrody w postaci ręczników z mikrofibry, koszulek termoaktywnych wysokiej jakości (tych nigdy mało) i bonów do sklepów sportowych, na pewno ucieszą każdego. Jednak koszulki z wielkim logiem organizatora eventu i jego datą zawsze bawią mnie do łez. Taka koszulka niczego nie promuje, bo dostaje się ją z reguły na imprezie, więc nikogo nią nie przyciągnę, bo wszyscy tu już są, a jutro będzie dawno po musztardzie. Nawet jeśli dostałabym taką koszulkę przed imprezą i chodziła w niej po parku, to aby doczytać, co, kiedy i gdzie, ktoś musiałby się gapić na mój biust wystarczająco długo, żeby dostać w zęby (te loga i napisy zawsze są na biuście…). Nie założę takiej koszulki za 2 lata bo będzie widać ze ma dwa lata (ah ta data).

Ehh marzy mi się. Pozatym jesienią jest tak pięknie…

O kubku słów kilka

Kupiłam sobie ostatnio, turystą będąc, kubek na drezdeńskim dworcu. Wielka rzecz. Kto nigdy nie przywiózł kubka z wakacji ręka w górę!

Dla mnie rzecz wielka, choć kubek, oceną babci, żadnych super mocy nie miał. Nie ma podwójnych ścianek, nie trzyma ciepła i parzy łapki, nie jest super kolorowy tylko bury, logo z Drezna to ma i owszem ale maciupkie, więc lans znikomy. Wieczko-nakrywka ma dziurę, więc jak się odwróci do góry nogami to wszystko się wyleje. Kicha. No super cech super kubek nie ma. Poza jedną.

Jest w całości recyklingowalny i ekologiczny, wykonany z włókien bambusowych i miału kukurydzianego a burość zawdzięcza brakowi barwników. Koniec kropka. Tyle w temacie super kubka. Nie mogłam go nie mieć.

WP_20160515_004

Ale wracając do logo – wygooglałam sobie kubek i znalazłam całą serię „Dresden eDition”, spójną, jednolitą graficznie, zwyczajnie ładną i nawet trochu z ekologicznym zacięciem (w tym tekturowe długopisy, bawełniane torby i kredki w kartonowym kubku). Prawdę mówiąc liczyłam jednak na więcej, w końcu Niemcy odzyskują ponad 45% odpadów – najwięcej w Europie i niemal w ogóle nie korzystają ze składowisk. Czemu tego nie wykorzystać? Nie pochwalić się całemu światu i tysiącom turystów: „Hej, jesteś w Niemczech! A my jesteśmy ultra ekologiczni i połowę tego co wyrzucasz przerabiamy na … to co trzymasz w ręce!” ?

Nie robią tego bo dla nich to oczywiste, tak oczywiste, że nie ma się czym chwalić. Szkoda, bo większość krajów UE mogłaby im zazdrościć bycia eko-supermenem gdyby tylko o tym wiedziała. Ja, eko mgr inż. przeczytałam o tym przy okazji przeglądania jakichś peanów o tym jaka Polska jest super bo zwiększyła dwukrotnie ilość przetwarzanych odpadów (z 10% do niecałych 20%, to wzrost o stówe…)

Ale nie chwalą się. W sumie to rzadko jakiś kraj czy region czymś się chwali i wykorzystuje swoje zalety w napędzaniu turystycznego boomu. Zamiast tego wszędzie są te same koszulki z tym samym motywem, te same czarne torby z ciągiem liter, te same kubki, czapki, ręczniki. Zmienia sie tylko nazwa miasta / kraju / zabytku. A czasem chciałoby się przywieść coś zwyczajnie ładnego i orginalnego bez przekopywania się przez sterty „staroci”, które tak na prawdę są chińskim odlewem, jednym z miliona. Fajnie byłoby miec też coś, co będzie wskazywać na konkretne miejsce i identyfikować to z lokalnym producentem. Fajnie byłoby mieć coś ekologicznego.

Mój tato kupił sobie kiedyś, milion lat temu, skórzane sandały u greckiego chłopa, jeszcze ciepłe, świeżo zszyte w dłoniach rękodzielnika. Kupił je nie dlatego, że były ładne, regionalne, ekologiczne, czy dlatego, że chciał wesprzeć akurat tego konkretnego Greka. Kupił bo rozpadły mu się stare. Teraz po 20 latach od tamtego wydarzenia na każdą „regionalną” budę patrzę z podejrzliwością. Bo skórzane sandałki poznały greckiego producenta na lotnisku jak wyjeżdżały ze skrzyni z napisem „made in China”. Wszędzie widzę spisek 😉

DSC_1023

W Chorwacji uparłam się, żeby przywieźć ser z Pagu. Nie kupiłam go w sklepiku w centrum turystycznego kurortu, ale na Pagu, w przydrożnej budzie pośród skał, trawy i chorwackiej nicości. Kazałam sobie odkroić połowę krążka a jak zobaczyłam cenę na kalkulatorku trzymanym przez krzakową babcię, to usłyszałam krążące nad głową sępioły, czekające na moje poćwiartowane zwłoki porzucone na poboczu przez Prywatnego Kierowcę, gdy zobaczył jaka suma ubyła z portfela (ostatecznie na końcu był przecinek i kwota cudownie zmalała 100 krotnie oszczędzając mi tortur bo w bagażniku zamiast tasaka była no najwyżej plastikowa łyżeczka). W sumie z CRO nie przywieźliśmy nic więcej, poza dwoma flaszkami gruszkowej berbeluchy – jedna poszła jako „zaliczka” przy wyrabianiu chińskiej wizy a druga czeka… Some say, że można ją dodać do ciasta, bo w smaku jest jak odkażacz narzędzi chirurgicznych.

pag-cheese-1

Potem były Chiny, ale tam produkują wszystko dla wszystkich, więc cokolwiek bym nie kupiła (chińskie Audi, BMW, kein problem!), to wsparłabym lokalny przemysł 🙂

Skoro jednak ów kubek rzucił mi się w oczy od razu, w pierwszym sklepie, bez szukania, to dlaczego nie zrobić całej serii eko gadżetów dla turystycznych eko-freaków?

Co trzymasz pod zlewem ?

Przyznaję się bez bicia, że nie segreguję odpadów. Dlaczego? bo… bo nie. Bo leniwa jestem, bo mi się nie chce, bo to dużo zabawy, bo pomimo starnnego, 5-letniego wykształcenia w ww zakresie nie wiem w sumie co gdzie wrzucać, bo nie wierzę, że faktycznie segregowanie jest równoznaczne z odzyskiem, ba, widzę co środę jak śmieciara wrzuca zawartośc każdego kubła do swojego (jednego) brzucha. No chyba , że w środku jest armia małych rączek, które to na bierząco przerabiają. Wątpię. Ale niech będzie. Mamuśka segreguje, to co, gorsza nie będę!

Obejrzałam swój podzlewowy otwór inżynierskim okiem. Póki co stoi tu wieeeelki potwór, połykający wszystko i wszystkich – głównie moje poczucie estetyki. Połyka wszystko co się do niego wrzuca (czasem łącznie z workiem) po czym elegancko co kilka dni wypluwa pojedyncze rzeczy – znak, że się najadł i więcej nie wejdzie. Trza opróżnić.

Trash_can_monster

Pomierzyłam, pomacałam, zaglądnęłam w każdy kąt – może da się tu coś wepchnąć, jakąś segregowarkę, najlepiej z Ikei. Bez wahania wrzuciłam na niebieskiej stronie w wyszukiwarkę „segregowanie odpadów” i jest to o co mi chodziło – biały pojemnik z uchylnym wieczkiem i w dwóch rozmiarach, o pięknym imieniu Sortera (no jasne…). . Sortera jednak nie będzie nowym modelem mojego potwora,bo jest za długa i zwyczajnie się w dziurę nie zmieści. Szkoda 😦 Ale obok Sortery stoi jej czarna siostra Variera. Kubeł jak kubeł, szału nie ma, ale do szafki zmieszczą mi się tylko dwa. Decyzja, jeden na odpady ogólnorozwojowe (czyli te gdzie mgr inż inżynierii środowiska przyznaje, że nie wie gdzie to wrzucić) i Plastik – po wygooglaniu (o mój dyplomie!) wciągający również puszki po browarze i kartony po mleku i soku.

Tu przypomina mi się historia, cały czas aktualna i problematyczna – kawa w kapsułkach, a konkretniej same kapsułki. O ile kartony po mleku da się podobno rozłożyć na części pierwsze i odzyskać papier i plastik, o tyle kapsułki są puszką Pandory XXI wieku. Sam producent tejże kawy przyznał, że „mamy pełną świadomość, że odpady powstające podczas korzystania z jednorazowych nabojów K-Cup, są dla nas jednym z najważniejszych wyzwań ekologicznych”. Takie miło brzmiące frazesowe bzdety – wiemy, że coś jest na rzeczy a jak nie będziemy mieli co robić to może pomyślimy jak sobie zwiększyć koszty.

Kapsułki – zarówno z kawą, jak i herbatą – praktycznie nie nadają się do recyklingu, bo produkowane są z trzech materiałów: plastikowy kubeczek zgrzewany z papierowym filtrem, zamykany jest aluminiową przykrywką powlekaną polietylenem. Kawa w takiej kapsułce ma pewnie termin przydatności: następne zlodowacenie na równiku.

Ale skoro wszystkie mądre głowy twierdzą, że kartony po napojach są ok, to niech im będzie. Tu mam jasnośc, a co z resztą? Gdzie wrzucać całe stosy opakowań ze wszystkiego? Co z folią otulającą butelkę z szamponem, która przydaje się chyba tylko do przyklejenia metki? Co z opakowaniem po sushi, które składa się z 6 części (kartonika, plastikowego pudełka, plastikowej tacki, papierka na pałeczki, 3 opakowań na sos sojowy, wasabi i marynowany imbir)? Gdzie wrzucić pałeczki po sushi? Czy ze słoika po dżemie mam zerwać etykietkę? W końcu to papier… Czy wieczko z jogurtu razem z kubeczkiem? Czy siatka po cebuli i ziemniakach do plastików?  Czy jak umyję butelkę po oleju to już jest odzyskiwalna? A co ze słoiczkiem po oleju kokosowym? Ten zatłuszczony jest nie ok? A opakowanie po twarogu składające się z folii i pergaminu? A milion innych rzeczy z czego, jak się okazuje może z 10% mam pewnośc a reszta nie nadaje się ani do plastików ani do papieru ani do szkła?

Nie twierdzę, że ludzie są głupi i nie poradzą sobie z butelką po winie czy po Coca-Coli, ale nawet ekspert od tego jak ulżyć środowisku ma czasem zagwozdkę.

A gdyby tak… zobowiązać wszystkich producentów wszystkiego, żeby na opakowaniach swoich super produktów umieszczali kolorowy symbol identyfikujący opakowanie z odpowiednim kubło-połykaczem? Gdyby za każde opakowanie z gatunku „nie wiem”, takie które w sumie nie pasuje do żadnej z kategorii była kara/podatek/ograniczenia w obrocie/sankcja jakaś ?

Na każdym opakowaniu z żywnością jest konieczność dodatkowych oznaczeń: kaloryczność, zawartośc białek, cukrów, trójkącik z oznaczeniem stosowanego tworzywa sztucznego, pan „zgniatacza” albo rączka „zgniatarki”, która informuje mnie, że fajnie by było jakbyś jednak zgniotła mnie przed nakarmieniem potwora, czasem są zielone strzałeczki „posortuj mnie!”. Skoro dało się to wszystko umieścić na podstawie dyrektyw, ustaw i ustaleń to dodanie dodatkowego znaczka czy dwóch nie powinno być bardzo trudne. Chyba.

Nie byłbym sobą, gdybym nie zrobiła małego przeszukania chaty. Na pierwszy ogień poszła kuchnia. Na produktach spożywczych zielone strzałki czasem są a czasem, na absolutnie oczywistej szkalnej butelce po soku, ich nie ma (a może jest, ale chyba oznaczenia nie są zunifikowane). Na produktach „trudnych” jak twaróg nie było nic, na sushi zielone strzałki (spoko, dam sobie rade co gdzie, poza pałeczkami. Może to bio? Ale na bio nie mam kubła).

Przeszłam do łazienki – na obu płynach do prania – zaskoczenie. Strzałki ying yang + kolorowe loga ekologicznych akcji „cleanright” i „our home our planet” z odnośnikiem do strony (ciekawe ilu osób na świecie w ogóle było na tej stronie… ja bylam 😉 na której jednak nie ma nic ciekawego – ot jakaś akcja HRowa czy BHPowa, żeby metryki się zgadzały i prezes był zadowolony).

Dalej był sprzęt elektroniczny (spokojnie, nie trzymam pudeł po lodówce) i karton od laptopa. HA! Mistrzostwo! Pudło w 80% wykonane z materiałów „post-konsumenckich” i całkowicie odzyskiwalne. Do tego wszystkie nadruki wykonano tuszem z soi (tu akurat się nie wypowiem). ASUS się przyłożył. W końcu to opakowanie jest dość istotne, choć myslę, że niewiele osób je faktycznie wyrzuca (na szczęście w PL już można i nie wpływa to na gwarancję).

A gdyby tak… nie było opakowań. Nie było pudeł, toreb, zgrzewek, nie było niczego. Gdyby wszystko było gołe i naturalne, bez niepotrzebnego luksusu strojnego otulacza. Gdyby było nagie jak TU. To mi sie marzy, u mnie, we Wrocławiu, ale na takie pomysły trzeba miec sponsora, albo kupę siana i niekoniecznie tylko tego z ekologicznego gospodarstwa. Może kiedyś, po super podwyżce, napadzie na bank, podszyciu się pod wnuczke jakiegoś Redforda. Ale biznesplan mam 🙂

W tym cały segregowaniowym bałaganie jest jednak ukryty bonus dla mnie – będę starać się świadomie wybierać produkty ubrane w jak najmniejszą ilość zbędnego odzienia – dla własnej wygody. O ile pojadę do Ikei poznać Varierę.

'I miss the days when you could chuck stuff in the bin and not have to think about it for ten minutes.'

żródła:

http://www.latimes.com/business/la-fi-keurig-sale-20151207-story.html 

http://kobieta.onet.pl/zdrowie/zycie-i-zdrowie/kawa-z-ekspresu-to-same-klopoty/nglqr

www.nagieznatury.pl

Ubraniokling vel ekoCiuchy

Ostatnio buszując po stronie Decathlonu w poszukiwaniu „niczego konkretnego”, natknęłam się kurtki z komentarzem, że Decathlon strasznie dba o środowisko naturalne w związku z czym „Quechua postanowiła informować Klientów o długotrwałym oddziaływaniu na środowisko swoich produktów”. Wow! w sensie, że ktos zauważył, że produkcja ciuchów z tworzyw sztucznych (fitnesowe ciuszki to nie bawełna) nie jest bez wpływu na środowisko, ich użytkowanie nie jest bez wpływu na środowisko (częęęęste pranie w jakimś membranowym wynalazku) oraz ich utylizacja nie jest bez wpływu na środowisko. Taki poliestrowo-membranowy fatałeszek będzie się rozkładać z milion lat a sądząc po eksplozji mody na sport, każdy szanujący się mieszkaniec Ziemi i uczestnik fitnessmody ma w swojej szafie taki fatałaszków co najmniej kilka (ja mam conajmniej 5).Do tego szybkoschnące gatki, kurtki, plecaki i inne super przydatne akcesoria, których nie da się zrobić z bawełny i lnu, bo skończylibyśmy w wyciągniętym dresie, i szykuje się cicha bomba zegarowa. Decathlon najwidoczniej lubi dmuchać na zimne (a może już na ciepłe?) i na wszelki wypadek częściowo obarcza ciężarem tej bomby mnie. Bo oto niby mam wybór – ciuszek ekologiczny A, średnio ekologiczny C albo czarna owca D. Wybór teoretyczny, bo zaledwie kilka produktów jest oznaczonych a pozostałe nie. Co z tego, że te oznaczone mają symbol C albo D. To znaczy ze mam ich nie kupować? Marketing przewrotny niczym kobieta z okresem.

decathlon_eco6

Tak czy inaczej koncern zafundował sobie całkiem fajną stronkę z przykładowym cyklem życia mojej koszulki i wpływem poszczególnych jego etapów na środowisko. 79% sumarycznego oddzdziaływania na środowisko moja koszulka wywrze zanim do mnie trafi. Domyślam się, że pod hasłem „raw materials” jest produkcja włókien, w „production” produkcja barwników, farbowanie tkanin, suszenie, odpchlanie, szycie, tworzenie sterty odpadów – skrawków tkanin, nici, żużycie energii, wody itp. To juz 60%. Dalej jest transport i dystrybucja (19%) – kontenerowiec z drugiego końca świata, pakowanie w folie, utulizacja folii, tiry, magazyny, hale sklepowe oświetlone i klimatyzowane 24h. Pozostałe 21% to moja zasługa – pranie, suszenie, pranie, suszenie i tak 1000 razy aż nie poprują sie nitki allbo nie odklei napis. Wtedy – kubeł i składowanie kolejne milion lat.

decathlon_eco5

Zastanawiam się nad planem B. Jakby tu sprawić, żeby mój zdrowy, ostatnio, tryb życia był również mało uciążliwy dla natury? Nabyłam bawełnianą koszulkę za 1/8 ceny sportowej od lokalnego producenta (choć pewnie z Chin czy innej Birmy). I przyznaję z żalem, że po kilku praniach i po 2-3 tygodniach jest wyciągnięta jak szmaciura i nie zdała mojego eko testu. Wracam do ciuszków dedykowanych. Poszperałam trochę z wujkiem googlem i pod hasłem „ekologiczna odzież sportowa” jest pusto aż piszczy – ot wzmianka o polskiej firmie używającej do produkcji gatek alg, oraz inna firma, która w ofercie ma raptem 3 modele koszulek, wszystkie paskudne aż strach. Trochę to zaskakujące bo wszystkie liczące się firmy sportowe wprowadziły już dawno politykę zrównoważonego rozwoju i eko szycia, ale żaden z ręką na sercu nie uznaje się za ekologiczny . Smutne w tym wszystkim jest to, że pod hasłem „wszystkie firmy” są Adidas, Nike, Puma, Reebok, wszyscy, tylko nie 4F, nasza rodzinna, polska firemka… Mam  więc zagwozdkę rodem z przeboju Łony „nie ważne że są brudne, ważne że są nasze!” Kupić nasze czy „ekologiczne”?

Temat eko ciuchów przepadłby bez kontynuacji, gdyby nie spam na mojej skrzynce mailowej. Są takie chwile w życiu kobity, że zakłada różne karty zniżkowe, których głównym celem jest nabijanie kilogramów w portfelu. Wiąże się to też z toną spamu i chłamu zalewającego moją skrzynkę i kasowanego bez czytania, gdyby nie to:

M&S_recycling1

M&S_recycling2

Za oddanie starego ciucha można dostać rabat na kolejne szaleństwo. Co prawda rabat niewielki a szaleństwo musi być spore, ale jednak. Podobną akcję prowadził jakiś czas temu H&M. Za oddanie starych dżinsów można było kupić nowe 20% taniej. H&M w ogóle jest moim liderem jeśli chodzi o eko ciuchy. Od kiedy pamiętam zawsze miał w kolekcji koszulki z organicznej bawełny z fajnymi tekturowymi metkami. Taka tkanina gwarantuje, że została pozyskana z upraw wolnych od GMO, chemicznych pestycydów, z zachowaniem zrównoważonego gospodarowania wodą i godnych warunków pracy farmerów (ostatcznie wyszło, że H&M nie jest taki bez skazy, ale o tym innym razem).

Prawdę mówiąc to chyba najwyższy czas na wprowdzenie alternatywnej metody wytwarzania bawełny. Jej konwencjonalna producja zużywa najwięcej chemii na jednostkę powierzchni plantacji w porównaniu do plantacji innych gatunków roślin, a jej „wkład” w światowe zużycie pestycydów to 16%! Ale to nie wszystko – plantacje bawełny są największych źródłem wyzysku siły roboczej, w której często znajdują się dzieci. Tylko uprawy organiczne stawiają na metody przyjazne środowisku i tylko z takich czerpiemy czystą, organiczną bawełnę. Temat tak obszerny i ciekawy, że chyba poświęcę mu osobny wpis 🙂

organic-cotton

Polityka rozważnego dysponowania zasobami nie jest obca żadnej z wielkich odziezowych marek. Każda uchwala własny dokument, że są super ekologiczni, świadomie i odpowiedzialnie korzystają z materiałów i zasobów, odpowiedzialnie zatrudniaja ludzi. Życie pokazuje, że jednak nie zawsze się do swoich zapewnień stosują…

I jeszcze jedna rzecz zwróciła ostatnio moja uwagę w trakcie wiosennego odświeżania zawartości szafy. Torby na świeże nabytki. Te papierowe były głównie domeną marek ekskluzywnych. Wciąż przed oczami mam scenę z „Pretty Woman” gdy Julia wychodzi z super drogich butików obładowana papierowymi torbami z kolekcjami super modnych projektantów. Nie z plastikowymi reklamówami. Z papierowymi. Jak sie okazuje papier wkrada się też do sklepów dla zwykłych Kowalskich – Stradivarius na przykład. Kupiłam sweterek, dostałam zapakowany w eko torbę z niebielonego (!) papieru. Pamiętam jak poprzednie torby były tu jednak bielone, więc zmiana na duży plus. Sweterek ostatecznie mi się nie spodobał i wrócił do macierzy. Kwitek zwrotu podpisałam długopisem, tekturowym ! Po dwakroć brawo brawo!

stradivarius_eco1

Konkluzja jednak nie będzie zbyt optymistyczna. Może to kwestia, że znowu wzięłam sie za książkę o Monsanto i wszędzie widzę spisek. Sportowe brandy nie produkują swoich ciuchów w krajach 1 świata za średnie wynagrodzenie w kosmicznie ekologicznych ośrodkach. Produkują je w krajach 3 świata w halach bez okien i toalet za miskę ryżu, bez socjalu, płatnego urlopu i płatnych nadgodzin. Popłuczyny po praniu i farbowaniu wylewa do okolicznych rzek a przed zapakowaniem koszulek w kontenery dozuje im mamucią dawkę odrobaczaczy zeby do cywilizacji dotarły piękne, nowe i pachnące. Na bio bawełnę patrzę podejrzliwie, ale lepsza taka jak żadna. Wszelkie oświadczenia, „polityki” i deklaracje traktuję jak zasłonę dymną, bo tak trzeba i to jest dobrze widziane – napiszmy, że nam zależy i jesteśmy świadomi problemów, żeby nie było, że ktoś nam wytknie ignoranctwo. W końcu absolwenci ochrony środowiska zamiast przykuwać się do drzew z transparentami mogą miec tez pracę przy biurku.

Spot_the_difference1

źródła:

http://www.fairfashionstore.com/ekologicznie

http://global.marksandspencer.com/pl/pl/about-ms/?link=about-plan-a&utm_source=newsletter&utm_medium=email&utm_campaign=week1615ce#about-plan-a-pl

http://sustainability.decathlon.com/2014-report/products-and-services/eco-design/

http://about.hm.com/en/About/sustainability/commitments/conscious-fashion/more-sustainable-materials/cotton.html

http://www.reserved.com/pl/pl/campaign/special-campaign/organic-cotton

http://www.sustainablebrands.com/news_and_views/articles/adidas-nike-report-sustainability-progress

http://sustainabilityreport.adidas-group.com/SER2012/environment/environment-communication.html

http://www.benettongroup.com/sustainability/environment/

Nie rajskie palmy

Miało nie być o jedzeniu, ale w przypadku tego tematu wyjątkowo się nie da. Na początek zagadka The Guardian: „You wash it, you brush with it, u apply it, toast is, cook with it, spread it, eat it, its in 50% of what you buy. The story that ends in your cupboard but begins in rain forest”

Palm_oil

Gdzieś mi się obiło o uszy, że do 2022 roku (za 6 lat!) zostanie zniszczonych 98% powierzchni lasów deszczowych Sumatry i Borneo – zostaną wykarczowane pod plantacje palmy olejowej. Ja, jak to ja, zrobiłam dochodzenie „co to, skąd to, do czego to” i… oniemiałam. Olej palmowy, niczym Agata Młynarska, jest wszędzie.  Niczym arabski uchodźca zmienia twarze, imiona, postacie, wkrada się niepostrzeżenie do moich zakupów i wie, że go nie nakryję, bo się go nie spodziewam. Dopiero w trakcie przeszukania domu odkryłam jego gniazdo w szufladzie w kuchni. I jeszcze bezczelnie twierdził, że był tu zawsze a ja nagle zaczęłam robić z tego tytułu wielki problem.

Tak…  tyle lat przyczyniałam się to wycinania sumatrzańskiej dżungli. Tak samo jak moja mama przede mną i jej mama przed nią, i, co gorsza, jej mama przed nią! (4 pokolenia inteligentnych, wykształconych notabene wyższo babeczek, potrafiących, czytać, pisać i rachować i tak się dały nabrać!).

Absolutnym hitem i mistrzem kamuflażu okazała się margaryna Kasia & Palma. Palma jest chyba najbardziej zakorzenionym w kulturze PL produktem wypiekowym a do tego na opakowaniu Pan Murzynek i.. palma, aż krzyczą „tu jesteśmy a ty patrzysz i nie widzisz”. Margaryna jest utwardzonym tłuszczem roślinnym, a właściwie ich miksem – wystarczy przeczytać skład – olej rzepakowy, słonecznikowy, palmowy w różnych ilościach.  Margaryna jest w przepisie mojej prababci (!) na spód sernika. W przepisie wykaligrafowanym ręcznie milion lat temu, którego skan mam na tablecie… (świąteczny sernik był z majonezem – babcia uznała go za hit, oczywiście nieświadoma świętokradztwa. Dla równowagi dodałam szafran, bo nie miałam pojęcia do czego go użyć).

Nutella poleciała jako druga. Z bólem, bo już nigdy nic. Poleciała, bo oleju palmowego jest tam więcej niż orzechów. Pod lupę poszło też masło orzechowe 98% z fistaszków. Nutellę odżałuję, ale masła mi szkoda, bo jest świetne przed i po treningu, a mój blender prędzej umrze niż zmiksuje orzechy na masło.

Trzecią rzeczą był, i tu uwaga, kolejny „żelazny” punkt mojego kuchennego wyposażenia. Rosołki. Rosołków mam milion, w każdym smaku i w każdym kolorze. W końcu to podstawowa „przyprawa”, która z wody wyczaruje rosół, gulasz, sos do mięska – wszystko. W „rosołku” z kury, kura jest na 27 miejscu spośród 39 składników i jest jej 0,02g. Na górze jest palma i glut(animian). Zrobiłam ostatnio gulasz bez rosołka – gotował się 3h zamiast 30 minut i był taki dobry jak nigdy, ale do szybkiego, nieweekendowego, gotowania to mu daaaaleko. Szkoda, ale na moim nowym, ulubionym, jadłoblogu pojawił się przepis na domowy bulion, który potem się kostkuje jak lód – mistrzostwo.

Kolejnym nielegalnym imigrantem były frytki. Wszystkie. Frytki w fastfoodach są smażone na wielkiej bryle smalcu vel oleju palmowego (skąd wiem? – Paaanie, czego ja w życiu nie robiłam…). Odpadają też frytki gotowe, zapakowane, we wszelkich fikuśnych kształtach do domowego użytku. Bo są nasączone palm oilem jak gąbki. Podejrzliwie przyglądałam się poczciwym ziemniakom z oskarżycielskim „na pewno coś ukrywacie!”.

Z mojego śledztwa wynika, że olej palmowy jest w chipsach i batonikach, w panierowanych paluszkach rybnych, w gotowych musli, w chińskich zupkach, w kosmetykach bo są bardziej… kremowe. Jest wszędzie tam, gdzie się nie spodziewałam. Pocieszam się, że raczej na pewno nie ma go w produktach „nagich”, naturalnych, „z pierwszego tłoczenia”, we wszystkich, które są sobą w 100% – np w sałacie, albo mące żytniej. Ale ten Kitkat Peanut Butter.. boli ;).

Nie przyczepiam się do oleju palmowego bo zawiera nasycone kwasy tłuszczowe, albo ich nie zawiera w zależności od opracowania i kto za nie zapłacił. Nie przyczepiam się że dodaje się go do produktów do których z powodzeniem można by dodać oleju z rzepaku czy słonecznika wspierając lokalny rynek producentów. Nie przyczepiam się z zawiścią, że się świetnie przechowuje, jest łatwy i tani w pozyskiwaniu i można go wykorzystać do wszystkiego.

Przyczepiam się, bo Borneo i Sumatra od dziecka kojarzyły mi się z lasami deszczowymi, orangutanami, rajska labą na rajskiej wyspie. Za 7 lat nie będzie ani lasów ani małp ani raju. Będzie wielka plantacja.

Jak wszystko, sprawa oleju nie jest czarno – biała, ale ma bardzo wiele szarych odcieni i jest pełna moralnych dylematów. Pomiędzy moim oburzeniem pierwszego świata, nakarmionego i ogrzanego konsumenta są problemy trzeciego świata – głodnego i niedoinwestowanego producenta. Obecny system światowej gospodarki nie jest w stanie zaspokoić przeciwstawnych potrzeb wszystkich.

Do dalszych rozważań i dociekań polecam:

  1. Multimedialna stronę The Guardian – świetnie rozrysowane wykresy i mapy
  2. Artykuł The Economist – wyjątkowo interesujący w stylu dziennikarstwa śledczego, podejmujący m.in. tematy ekologicznego oleju i stanowiska koncernów spożywczych i kosmetycznych

palm oil and orangutans copy

Ekotarianizm

Wegetarianizm nie jest eko. Mówię to z pełnym przekonaniem, patrząc na wege burgery rumieniące się w piekarniku.
Nie jest ani ekologiczny ani tym bardziej lokalny. Nie jest też specjalnie smaczny, aczkolwiek w burgerach pokładam pewne nadzieje.

Możliwe, że u podstaw roslinnej diety leżą szlachetne przesłanki: niechęć do zabijania zwierząt, zadawania bólu otaczającej nas przyrodzie ożywionej czy życie „zgodnie z naturą” i tym podobne pomysły. Wątpię, żeby jakikolwiek przedstawiciel wczesnych gatunków homo zawracał sobie głowę takimi tezami. Najbardziej pierwotne ludy były tak zabiegane, że zmieniały adres zawsze gdy w okolicy nie bylo już co jeść. Przy niekończącej się walce o przetrwanie trudno było żywić się wyłącznie trawą czy owocami wypielęgnowanych, sezonowych upraw. W obliczu czających się wszędzie dzikich zwierząt i obcych plemion, pilnowanie kawałka lasu z krzakiem jagód czy malin byłoby niezwykłą fanaberią prowadzącą do szybkiego upadku takiej cywilizacji.

Z czasiem szanowni przodkowie doszli do większej wprawy w kontrolowaniu upraw, zbudowali szałasy i osiedli w najkorzystkiejszej lokacji w okolicy z widokiem na rzekę, pola i las. Ale nie wykreślili z menu pieczonego udźca baraniego, smalcu ze skwarkami, kopy jaj czy bańki mleka. Z lenistwa udomowili kilka co głupszych gatunków i pare inteligentniejszych a ciepłe i suche łóżko skutecznie zmiechęciło chłopów-agronomów do buszowania po lesie z dzidami.

Tamten sposób odżywiania miał jedną, podstawową przewagę nad obecnym pseudo-eko weganizmem. Był lokalny. Aby Pani Domu mogła naszykować kolację nie musiała sprowadzać z drugiego końca świata składników o nazwach nie do wymówienia a na pewno nie do zapamiętania. Nikt nie musiał sie głowić nad wymyśleniem i legalizacją modyfikowanej genetycznie soi czy kukurydzy – podstawą wege żywienia. Uprawa i zbiory zieleniny nie musiały być okupione pracą nieznanych ludzi i degradacją środowiska na końcu świata. Setki napędzanych ropą kontenetowców nie musiało przemierzyć tysięcy kilometrów morskimi szlakami, a tysiące ton roślin o dziwnie brzmiących imionach nie musiały zostać zutylizowane bo nie przetrwały trudów wielomiesięcznego zamknięcia.
Na kolację były miejscowe, sezonowe produkty, owoce pracy małych gospodarstw i rąk własnych Pani Domu. Ekonimicznie i ekologicznie.

Do wieczornych przemyśleń nad kotletem (burger bądź co bądź palce lizac) skłoniła mnie zupełnie przypadkowa lektura jadło-bloga. Skądinąd, podobno, bardzo znanego i, podobno, bardzo smacznego.  Jako super korpo-ludka otaczają mnie weganie (oczywistość), więc bywam również testerem serników bez sera, brownie bez czekolady i budyniów bez mleka. Doskonałe przykłady wynalazków potwierdzających tezę, że „prawie robi wielką różnicę”, ale mimo wszystko jadalnych. W chwili namysłu pt: „Co jutro na obiad?” zdecydowałam – to może coś na wegańską modłę? Okazało się to jednak nie być takie proste! W pieczonych buraczkach z czymśtam, jednym ze składników były płatki drożdzowe, mające podobno udawać posmak sera, w curry z dyni – masło nerkowcowe, w curry z młodych ziemniaków – świeże łodygi trawy cytrynowej, w curry z cukinii – 7 liści kafiru (myślałam, że może kEfiru, ale on nie ma liści); dalej królowały orzeszki piniowe w ogromnej ilości, nasiona chia, jagody goiji, szafran, korab, pasta tahini, orzeszki zatar, spirulina i quinoa. Już nie mówiąc, że wszędzie występuje mleko sojowe na hektolitry. Czy któremuś z Was, wegetarian, znany jest FAKT, że 80% upraw kukurydzy na świecie jest modyfikowanych genetycznie (w USA 90%), a soi 100%? Czy nie pomyśleliście nigdy, że zebrane niedojrzałe, przechowywane miesiącami w chłodniach – kontenerach i sztucznie „dojrzewane” awokada i inne egzotyczne, ale niezbędne w wegańskim menu składniki już dawno straciły wszelkie super moce, o ile kiedykolwiek je miały? Czy nie przyszło Wam do głowy, że wybierając miód manuka zamiast lipowego, nasiona chia zamiast siemienia lnianego, owoce goiji zamiast żurawiny, orzechy nerkowca zamiast włoskich nie wspieracie lokalnych producentów a wręcz przeciwnie – działacie na ich niekorzyść?

Owszem, Kolumb od Amerykanów przywiózł ziemniaki i kukurydzę i choć początkowo dostępne były one tylko dla arystokracji, z czasem okazały się być gatunkami stworzonymi dla naszego klimatu – odporne na szkodniki, szybkorosnące, mogące wyżywić ogromne populacje. Przyznaję, że pieprz, herbata czy kawa, bez których nie wyobrażamy sobie codziennego funkcjonowania nie rosną w kraju gdzie „zimno i pada i zimno i pada” i raczej nigdy nie będą, ale czy na pewno nie da się zastąpić składników modnych, które dobrze mieć w swoim lunch boxie składnikami swojskimi?  Dlaczego używając argumentu, że kupując mleko przyczyniamy się do pogarszania warunków życia krów, do jeszcze większego ich ścisku i niekończących się ciąż nie zauważacie małych ekologicznych gospodarstw? Dlaczego gardzicie jajkami z eko hodowli, bez klatek, antybiotyków i karmienia sondą? Dlaczego wreszcie moda na eko torby, eko auta i eko żarówki idzie u Was w parze z modą na jedzenie rzeczy o niezwykłych nazwach i pospolitym smaku, całkowicie kłócącą się z klasykiem „Polacy nie gęsi…”?

 1379524032_by_Angelika23 _500