Europejska stolica betonu, stali i szkła.

Moje miasto, takie piękne, ma wielkie ambicje. A raczej mają je nasi włodarze. Wrocław musi być najbardziej, najlepiej i najszybciej w każdej dziedzinie.

Kosztem dziewięciu zer prowadzonych przez jedynkę, zbudowaliśmy stadion na zadupiu o elewacji co-to-się-miała-nie-brudzić-podobno, aby staropolskiemu „zastaw się, a postaw się” stało się zadość. Stadion rozbrzmiał okrzykami 100 tysięcy widzów 5 lat temu a następnie zamilkł na lata i dalej milczy z zażenowania, gdy nasi lokalni kopacze z trudem utrzymują się w ekstraklasie.  Mieliśmy stolicę kultury, będziemy mieć Igrzyska. Miało być expo, EIT, metro. Miały być elektryczne autobusy i tramwaj na… (a gdzie nie miał ?) Złożyliśmy nawet aplikację o tytuł Zielonej Stolicy Europy. Miało być tak pięknie a wyszło… no właśnie.

Wrocław zielony jest umiarkowanie. Jak grzyby po deszczu w miejsce trawników powstają nowe biurowce, z przebudowanych ulic znikają drzewa a z odremontowanych placów znikają klomby. Bo tak jest bardziej, ale czy lepiej? Wrocław poza deklaracjami robi niewiele.

Na pierwszy ogień – tory tramwajowe. Kiedyś, w Poznaniu będąc, zakochałam się w zielonych torowiskach poprzerastanych trawą. Potem takie same klimaty wpadły mi w oko w Pradze i w Warszawie. A Wrocław? Tłumaczy się, że u nas to nie możliwe, bo torowiska są współdzielone z samochodami. Czy aby na pewno? Obecnie trawkę pomiędzy torami można spotkać w kilku miastach. Podobno wśród nich jest Pępek Świata. Prym wiedzie Kraków z 25 km, co stanowi ok. 12,9% toru pojedynczego w tym mieście. Kolejne pozycje zajmują Łódź (24 km i udział 10,9%) oraz Warszawa (16,1 km i udział 6,2%).

Takie rozwiązanie możnaby zaproponować mieszkańcom Nowego Dworu, którzy nie chcą tramwaju, bo będzie za głośny – zielenina obniża hałas nawet o 8 dB! A tak na marginesie to owi mieszkańcy kilka lat lobbowali za tramwajem (chociaż mają ponad 10 linii autobusowych kursujących w każdą część miasta), a jak go dostali to się obrazili. Polakowi nie dogodzisz.

W Warszawie na utrzymanie takiej fanaberii wydaje się rocznie ok 220 tysiaków. Koszt stadionu to 4500 lat utrzymania trawki w stanie golfowej zieloności (zakładając, że będzie jej tyle ile w stolycy).

O ile torowiska można uznać za zielone gdy porastają sobie nieproszonym mchem i chwaściorem to jest kilka miejsc w centrum mojego miasta, które zasługują na wątpliwie szczytne miano „patelni wszechświata”. Urzędnicy miejscy, zasiedli, myśleli, myśleli i wymyślili, że jak jest jakiś kawałek wolnej przestrzeni bez domów, ulic i straganów, to gawiedź na pewno będzie chciała się tam tłumnie gromadzić, niekoniecznie w jakimś celu. A skoro tak chcą, to trzeba im to umożliwić! A jak umożliwić, to trawkę zaorać, żeby się nie zadeptała, krzaki wyciąć, żeby pospólstwo nie połamało, a ścieżki wybetonować, bo czemu nie. I ciężko się z tym tokiem myslenia nie zgodzić, gdyby nie fakt, że trawników mamy w city niewiele a wybetonowanych przestrzeni ogrom. Tylko czy naród faktycznie aż tak bezładnie i tłumnie się gromadzi? Czy Rynek nie jest wystarczająco duży na wszystkie imprezy? A plac Solny? A tereny wystawowe? A wreszcie – Pola Marsowe? Czy trzeba zabetonować połowę centrum, tak na wszelki wypadek?

Przykład pierwszy – mistrzostwo świata pod każdym względem – Plac Nowy Targ. W centrum miasta, ale trochę na uboczu i wystarczająco blisko Wyspy Słodowej (gdzie odbywają się wszystkie imprezy niegodne Rynku). Nie ma tu żadnych atrakcji, ostatnią fontannę zburzono w czasie wojny a konkurs na nową jest podejrzanie nierozstrzygnięty od 50 lat. Plac otaczają rozpadające się bloki i Urząd Miasta Stołecznego Wrocławia, ot kuriozum. Tylko kto miałby tu deptać trawnik i łamać drzewka? Ale przetarg wygrany, prace skończone, nowy plac odebrany. Betonowe płyty jak okiem sięgnąć plus kilka granitowych leżanek – dla miejskich śpiochów ławkowych jak znalazł. Kratka z ciemnejszego bruku podobno wyznacza średniowieczny układ straganów. Jak nietrudno się domyślić obecnie jest zakaz handlu wszelakiego. Jest również zakaz sadzenia trawki, drzewek, krzaczków i czegokolwiek co mogłoby nieco natlenić mózgi miejskich myślicieli (Plac jest notabene obok urzędu).

Kolejnym „dziełem” dzierżącym palmę pierwszeństwa w głupości jest patelnia przy Forum Muzyki. Kiedyś, za dawnych czasów, był tam jedyny w mieście skatepark a teraz jest plac o idealnych parametrach do wojskowych defilad, albo bicia rekorku Guinessa w smażeniu jajek na granitowych płytach. Pod placem jest parking podziemny, więc ok, rozumiem, że nie może być tutaj lasu sekwoi. Ale trawka jakaś? Krzaczek? Ławeczka? Kwiatuszek?

IMG_20170529_125406

Forum ratuje połowicznie fakt, że zaraz obok jest Park Staromiejski i jak się dobrze to miejsce zaatakuje to może ono wyglądać tak:

forum7

ale jak sie ma pecha, to widok jest nieszczególny:

forum5

Ratunek połowiczny, bo park słuzy do przemieszczania się z punktu A do punktu B, slalomem pomiędzy Cygańskimi królowymi tarota. Brakuje tu miejsca do celowego i spokojnego „usiąścia”. Knajpy tu żadnej nie uraczysz, a i rowerem można dostać niespodziewanie, bo ktoś kawałek parku ogrodził sobie murem a scieżka rowerowa przebiega tuż pod bramką z tegoż muru…

Wrocław nie należy do szczególnie zielonych miast. Parków mamy jak na lekarstwo a parków w centrum to jak na lekarstwo dla ptaszka. Kawałek „plant” przy fosie, ale w trakcie przerwy w pracy można co najwyżej przejśc się dookoła budynku i ewentualnie postać chwilę na słońcu na trawie, konkurując o każdy jej centumetr z okolicznymi posiadaczami psów…

A można inaczej.

Małe przestrzenie można zaplanować z głową i pomysłem, zielono i ekologicznie. Tak aby było przyjemniej usiąść, popatrzeć i posłuchać. Bez gigantycznych kosztów i niekonczących się przetargów (choć co do tego mam wątpliwości).

Można jak w Barcelonie, gdzie okna mojego pokoju wychodziły na niespecjalnie ładny placyk. I nie było by w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że cały skwer przy San Ramon, w środku dość „czerwonej” dzielni, był wysadzony drzewami. Można jak w Pradze, gdzie ichniejszy rynek jest w połowie zadrzewiony. Można jak na Malcie czy w Splicie, gdzie zaułki pomiędzy kamienicami są ostoją dla maleńkich ogródków cieszących oczy kolorami, cieniem i przyjemnym chłodem.

Można tak jak w Berlinie, czy Dublinie, można jak w gigantycznych metropoliach, skoro chcemy już niedługo za taką uchodzić. Zamiast plażo-patelni w sercu miasta można posadzić… park:

W takim na przykład Cleveland, powstały trzy zielone koncepcje na tą samą przestrzeń. Pod każdą sie popisuję, każda jest doskonała:

Da się. Ale skoro mowa o centrum miasta to nie może w nim zabraknąć Mordoru. Centrów usług wszelakich dla biznesu, miejsca pracy 20 tysięcy wrocławskich hipsterów, porażkowców, millenialsów i korpoludków. W jednym z takich miejsc miałam swoje biurko pod oknem 😉 W czarnym klocku przy najruchliwszym skrzyżowaniu w mieście, z jakiejś przyczyny ochrzczonym paskudnym mianem Dominikański Skanska Building. Nazwa absolutnie sprzeczna z doskonale modną oczywistością. W końcu coś co powstaje na miejscu 200-letniej drukarni powinno nazywać się „Starą drukarnią”. Skąd tak okropne imię? No idea…

Ale do rzeczy. Klocek jak klocek: windy, okna, open space jak okiem sięgnąć. Wykonawca chwalił się, że nasz budynek ma jakieś super moce „bardziej” niż inni, ale mi najbardziej doskwierał brak otwieranych okien i fakt, że patio, na które miałam okno, było kompletnie bezpłciowe.

Stała tam jedna biedna ławka oraz dość mocno modernistyczna rzeźba jelenia (interpretację pozostawiam Wam). Dodatkowo bryła budynku była w kilku miejscach dość nieregularna, przez co powstało kilka „tarasów”, jednak na żaden nie można było wyjść (brak otwieranych okiem), a nawet jakby była taka opcja, to tarasy były wysypane żwirkiem i ogólnie mało przstępne. Czarno, szaro, szklano, grafitowo. Nijako okrutnie, Nudno do bólu. Ostatecznie ktoś podjął próby zbudowania zielonej ściany na patio, ale z dość mizernym rezultatem. O „fenomenie” tego obiektu jeszcze coś skrobnę 😉 Aha – dodam tylko, że jeleń od razu otrzymał tabliczkę „nie przypinać rowerów” oraz został opasany czerwono-białą taśmą, żeby mu się nie pętać pod nogami. Ktoś najwyraźniej był nieostrożny i oberwał jelenią racicą a potem się poskarżył, że zwierz kopie…

A skoro o ścianach zielonych i dachach, to jest we Wrocławiu jedna, całkiem udana inwestycja i dla niepoznaki zlokalizowana… w niebezpiecznej bliskości Urzędu Miasta (miasto to samo, ale Urząd w nieco innym miejscu). Ładnie tu i zielono, nie ma się czego przyczepić 🙂 Brawo wy!

zielone-ściany-wrocław-7

Jest też druga zielona ściana, a raczej ściany, a raczej cały budynek. Mój ulubieniec 🙂 Muzeum Narodowe we Wrocławiu. Patrzcie i podziwiajcie, bo jest co:

Żeby jednak nie było tak całkiem fajnie, to mamy też swojego miejskiego potwora. Potwór ten, znalazł sobie całkiem sympatyczną miejscówkę z przepięknym widokiem na rzekę, na Muzeum, na Ostrów Tumski. Potwór ma swoje tajemnice, pewnie tylko on wie czemu jego budowa ciągnęła się latami i ostatecznie w wielkich bólach udało się ją dokończyć. Tylko on wie jak nazywa się duch, który tam straszy i jęczy w pustych korytarzach, pomiędzy pustymi regałami. Biblioteka Uniwersytecka. Miejsce dość smutne, ciche i nieładne, a przy tym kompletnie bez wyrazu. Gołe betonowe mury generujące okropne przeciągi. W całej bibliotece jest tylko jedna ładna rzecz – ławka w przejściu pomiędzy budynkami z jakiejś przyczyny stojąca bokiem do Odry.

I ogólnie klocek jak klocek, gdyby nie fakt, że nie trzeba daleko szukać genialnego pomysłu na Uniwersytecką Bibliotekę. Warszawa. Zakochałam się w mgnieniu oka, w tej zieleni, w secesyjnych detalach doskonale współgrającyh z nowoczesnymi rozwiązaniami, w bajkowej niezwykłości. W Ogrodzie można podziwiać nie tylko widoki. Posadzono w nim różnorodne gatunki i odmiany roślin, posadzone w trzech odmiennie skomponowanych częściach. Bezpośrednio przy budynku znajdują się krzewy okrywowe, kwitnące oraz pnącza. Największymi ozdobami otwartej przestrzeni dolnego ogrodu są, połączone strumieniem, sztuczny kamień z kaskadą i zarybiony staw, nad którym zamieszkały kaczki. Posadzono tu drzewa, krzewy i byliny utrzymane w tonacji niebiesko-białoróżowej. Czy tak wiele trzeba aby paskudny betonowy moloch zamienić w zieloną perełkę przyciągającą ludzi jak magnes? Nie, nie studentów głodnych wiedzy, ale zwykłych ludzi pragnących bliskiego kontaktu z naturą w sercu miasta. Boli mnie to podwójnie, bo z Dominikańskiego przenoszę się do Green Day’a (zielonego tylko z nazwy), jednak leżącego nad samą Odrą tuż obok Biblioteki. Posiadanie takiej mikro oazy na wyciągnięcie ręki w porze lunchu byłoby rzeczą absolutnie fantastyczną… Ale mogę o tym tylko pomarzyc, bo prędzej bibliotekę wyburzą niż zrobią z niej piękne i przyjazne miejsce. A tak przy okazji – zamiast stadionu, moglibyśmy mieć 3 takie ogrody jak w Warszawie.

Wrocław ma też jednak kilka całkiem przyjemnych miejsc, jak na przykład odnowiony Dworzec Główny z całkiem ładnie zaplanowanym terenem przed wejściem:

Dworzec Wrocław.jpg

ale ma też sporo za uszami. Pretendujemy do miana „miasta spotkań”, ale czy to oznacza, że każdą wolną przestrzeń trzeba przeznaczyć na miejsce do wielotysięcznych zgromadzeń? Wydaje mi się, że hasło „spotkajmy się we Wrocławiu” miało nieco inny kontekst. Tak! Spotkajmy się we Wrocławiu, oby jeszcze było gdzie 🙂

P.S. te wszystkie budynki / obiekty / koszmarki / cudeńka to nie ludzie zbudowali, to statki kosmiczne są. Jest szansa, że odlecą 😉

stadion luca

żródła tramwajowe i inne:

http://e-czytelnia.abrys.pl/zielen-miejska/2016-2-902/temat-numeru-10746/zazielenianie-torowisk-okiem-praktyka-21057

http://www.transport-publiczny.pl/wiadomosci/zielone-torowiska-znane-od-stu-lat-gonimy-europe-52050.html.

http://www.buw.uw.edu.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=286&itemid=91

http://wawalove.pl/Ogrod-na-BUW-ie-otwarty-od-1-kwietnia-ZDJECIA-sl13340/foto_1 

http://wroclawfantastyczny.blogspot.com/search/label/Kosmostumost%C3%B3w

http://www.archdaily.com/550810/take-a-walk-on-the-high-line-with-iwanbaan/5421a859c07a800de50000fa-take-a-walk-on-the-high-line-with-iwan-baan-photo

pozostałe zdjęcia – Google

Reklamy

Stek z umarlaka w żelu z pomarańczA

Bawi mnie zawsze do łez jak ktoś chce być strrrasznie „ą” „ę”, a słoma wychodzi z butów aż skrzypi. Mistrzem słomy jest… winogron oraz pomarańcz. Obaj stają zawsze na pierwszym miejscu podium mistrzów ojczystej mowy w kategorii Januszy biznesu. Na winogronA i pomarańczA nadziewam się zawsze wtedy kiedy się nie spodziewam, bo występują w iście sarmackim towarszystwie. Winogron i pomarańcz są jak kupa na środku wykrochmalonego obrusa, jak włos wyciągnięty z potrawy MasterSzefa.

Nie żebym czuła się bardzo pewnie w „to piszemy razem a to osobno” ale końcówki Ą, Ę, OM, EM to moja mega silna strona, nie zagnie mnie w tym nikt. W końcu nie od czapy w liceum przeszłam parę etapów olimpiady z poprawnej polszczyzny. A więc „bezpieczĘsto”, „kliĘtom”, „klientĄ”, „kontrahentĘ” to dla mnie kaszka z mleczkiem.

Kopnął mnie zaszczyt ostatnio, co rzadko się zdarza, korpo kolacji z szefami wszystkich szefów. Kolacji w knajpie, której nazwa nigdy mi sie o uszy nawet nie obiła, a skoro się nie obiła to na pewno nie bez powodu. I to raczej gorzej niż lepiej.

Żeby nie wyjść na buraka i mieć ogólne pojęcie o cenach i menu, rzuciłam okiem na stronkę internetową lokalu.
Em, żem zdębła! Nie skończyłam jeszcze listy przystawek a już nie zrozumiałam co najmiej kilku składników każdej z nich.

  • coulis wiśniowy – kto zgadnie bez żenującego googlania na smartfonie pod stołem?
  • puder z marchwi – cukier puder … hmm.. z buraków, to tak jakby się da…
  • piklowany złoty burak – blehh burak w occie. Gdzie tu arcydzieło kulinariów?
  • żel z buraków – interesujące nawet to.
  • verrine z musem z koziego sera – terrina to taki galaretko-pasztet, a verrine?
  • puder z buraków – o! cukier puder!
  • szczawik – to taki mały szczaw, jakim się karmi króliki?
  • crostini – to wiem!
  • grillowany ser halloumi – damn! dziewczyno! w końcu na coś się to twoje jeżdżenie po świecie przydało!
  • mus z topinambura – puree z bulwy. Pisałam o niej pracę magisterską. Na cos się przydała…praca w sensie.
  • nasturcja – taki kwiatek
  • POMARAŃCZ – jest! Pomarańcz!
  • olej rydzowy – a przepraszam.. jak się go robi? topi rydze w rzepakowym, czy jakoś te rydze wykręca?
  • żółtko sous vide – ?
  • piana chrzanowa – nie mam dzieci, ale jakoś dziwnie mi się kojarzy
  • kataifi – …. kill me…
  • puder z orzechów włoskich – co wy macie z tym pudrem?!
  • oliwa truflowa – o wow… pewnie podobnie się robi jak rydzową
  • wędzona sól morska – proces produkcyjny tejże musi być szalenie ciekawy. Dostajesz bryłę osmolonej soli do lizania
  • kaszanka z niemczy – przeczytałam kaszTanka. To pewnie przez tego 11 listopada, Piłsudski i w ogóle.
  • chips ze skorzonery – …yyy…. ale, że jeden?
  • pomarańcz – Znowu!
  • coppa – to jakaś wędlina, bo była na desce wędlin
  • reblochon – to dla odmiany ser, bo był na serach
 

Ok, dobra to jesteśmy po przystawkach. Trochę mi już gorąco, więc przejdźmy dalej. Dalej są Sałaty. Tu niby nic trudnego, bo co może być trudnego w sałacie. A jednak:

  • croutons
  • płĄtki migdałów – taaa, czepiam się
To przejdźmy do dań głównych, bo nic nie zjadłam jeszcze.

  • coulis żurawinowy z maliną
  • marynowana słonina z Niemczy – nie wiem… słonina to tak jakby na skwarki i do smalcu. Chyba, że słonina jako mięso ze słonia. Gdzie w Niemczy hodują słonie na steki?
  • pęczotto – ok, wiem
  • soliród – nie wiem.. woda z dna rzeki z mułem? Soliród jest z wędzoną solą, to ta sól to taka lizawka dla konia a wędzona, bo po pożarze stajni. Soliród będzie tu wędzoną koniną…
  • stek z różowego tuńczyka – wiem co to jest. Ale korci mnie zapytać kelnera czy wie z jakich łowisk ten tuńczyk i czy przypadkiem nie zjadam ostatniej sztuki ever.
  • biała trufla – rrrrrrr, ale że w sensie to to, do szukania czego szkoli się świniaki?
  • piana z jabłek – znowu jakaś piana. Tak, kojarzy mi się to z kupą.
  • biodrówka jagnięca – ajjjjć, chyba skłaniam się ku wegatarianizmowi
  • ziemniaki fondant – W googlach fondant jest czekoladowym, rozpływającym się ciasteczkiem. Ciasteczko z ziemniaka.
  • STEK WOŁOWY, MŁODE ZIEMNIAKI, RUKOLA, SOS DO WYBORU:GORGONZOLA / PIEPRZOWY – wszystko wiem! Ale nie zamówię, bo najdroższe ze wszystkiego 😦

Tradycyjna polska kuchnia. Nie ma co.

Miałam sobie przygotować jakieś inteligentne tematy rozmów, żeby mieć o czym z szefami konwersować. Boję się, że tematów mi nie zabraknie, ale będą one dotyczyły głównie jedzenia, kuchni regionalnej z lokalnych, sezonowych składników. Ryb przełowionych, ultra rzadkich. Będę mówić o tym, że zamawianie tuńczyka to nie szczyt snobizmu ale głupoty, że większość światowych upraw kukurydzy jest modyfikowana genetycznie i chcę wiedzieć czy te kukurydzine chrupki  w zupie są modyfikowane czy nie. Chcę znać pochodzenie białych trufli. Chcę wiedzieć czym są te wszystkie dziwne rzeczy i czy na pewno nie można było ich zamienić na inne, bardziej swojsko brzmiące. Będę uważnie obserwować czy wszyscy znają każdy składnik zamówionej potrawy. Może jestem inna ale jakoś nie jaram się jak zapałka na widok tych wszystkich dziwactw. Jarałabym się na widok ekologicznej, wyrafinowanej kuchni bazującej na świeżych, regionalnych specjałach.

I korci mnie, żeby zapytać o tego pomarańcza  Co to takiego? Taki gorszy brat pomarańczy? Taka moja cicha zemsta za tą katorgę przedzierania się przez szalone menu. Przez menu, które ma zrobić z normalnego zjadacza frytek debila. Menu, stworzone po to aby pokazać wielkość właściciela, jego znajomośc sztuki kulinarnej, znajomość słownika wyrazów trudnych, znajomość technologii zmiany stanu ziemniaków, buraków, marchwii na półpłynny i pyłowy. I nieznajomośc ortografii. Podstawowej.

Kurtyna opada.
forcing-kids-to-eat-their-food-dinner-meme

Zamkowe (nie)zwyczaje

No i przyszło lato, a jak lato to wakacje a jak wakacje to… no właśnie. Co przywozicie z wakacji? Zdjęcia, wspomnienia, opaleniznę i… pamiątki.

O ile z zagranicznych wojaży coś tam jeszcze czasem można przywieźć (o czym było poprzednio), to z wycieczek krajowych mam problem. Nie pamiętam kiedy ostatni raz nabyłam coś w lokalnych atrakcjach turystycznych, ani co to było. Pytanie – czemu? Nie dlatego, że sklepiki lokalnych atrakcji nie obfitują w różnego rodzaju wyroby i duperelki, problem w tym, że są to wyroby pamiątko-podobne.  Albo w tym, że tych sklepików nie ma.

Ale niech będzie – sklepik jest, jest otwarty w niedzielę i można w nim zapłacić kartą (to już trzy na plus). Co kupuję? Kartkę, widokówkę, pocztówkę, jak zwał tak zwał, z widoczkiem ładnym z drona, w sam raz do popatrzenia i wrzucenia do szuflady w domu. Ale nie, załóżmy, że chcę tą kartkę zapisać krótkimi pozdrowieniami i wysłać, w końcu do tego została stworzona.
– Poproszę znaczek, taki na kartkę.
– Nie ma.
Kartka ląduje w plecaku, w zapomnieniu. A przecież mogłaby być świetną reklamą tegoż miejsca! „Pozdrowienia z Zamku X, jest super, pogoda ładna, mają tu znaczki i salę tortur”. Ale nie będzie, bo nie mają znaczków, a nawet jakby mieli to najbliższa skrzynka pocztowa jest 4 km stąd, na pewno nie na zamku ani na parkingu pod zamkiem…
Byłam jakiś czas temu z Mamuśką na wystawie w Naszym Pięknym Mieście (7 cudów Dolnego Śląska czy coś). W jednym z pomieszczeń cała ściana kartek ze zdjęciami dawnego Wrocławia, kopiami projektów istniejących, lub nie, budowli, znanymi miejscami bez charakterystycznych budynków (bo wojna, bo nie zbudowali jeszcze itp.). Nieśmiało pytamy Pani muzealnej czy możemy jedną skubnąć do domu, na pamiątkę. „Ależ oczywiście, można je też zaadresować i wrzucić do skrzynki a my, po zakończeniu wystawy, wyślemy je do adresata. Za darmo oczywiście”. Co my paczymy! Skrzynka przeszklona, znalazła wielu amatorów, krótka szukanina długopiśnika i jest – Kartki wysłane! (nawet dotarły do adresatów :))

I teraz pytam ja się – nie można by tak na tym zamku? Nie mamy znaczków, bo nie ma takiej potrzeby – niech Pani zaadresuje, a my wyślemy. No Problem! („Kochana mamusiu, pozdrawiamy z Zamku X, jest super, wysyłają kartki za darmo, mam nadzieję, że ją dostaniesz – koniecznie musisz tu przyjechać i wysłać taką samą do mnie”). I po problemie, reklama szeptana poszła w ruch, nie trzeba rozkminiać skąd są turyści, wysyłać im folderów, ulotek, reklamować się za słupach – sami przyjadą, bo ktoś im powiedział że jest ekstra. A jak przyjadą to może nawet coś kupią. No właśnie, tylko co?
Z zamkowego asortymentu zapamiętałam:
– wyblakły przewodnik po Zamku (mam google, dziękuję, poza tym jest Pan przewodnik – opowie mi to samo milion razy krócej, 3 razy ciekawiej i w cenie biletu);
– plastikowe bransoletki z kolorowych paciorków (…serio? myślałam, że na to nabierali się Indianie za Kolumba i Cortesa)
– pluszowe obręcze mające udawać korony
– pseudo monety zamkowe z automatu (w XVI wieku mieli pomysł na zagospodarowanie takich pamiątek – wklejali je w kufle, pozłacane wazy i puchary i przekazywali dalej… taki dar przechodni)
– kamyki z wizerunkiem zamku (jak wyżej…)
– drewniany mieczyk ze sklejki, chlapnięty farbą (korona była dla dziewczynek to mieczyk dla chłopców jak mniemam).
Notabene identyczny zestaw pamiątkowy do zamku, sztolni, pałacu, ZOO, jaskiń, ruin, podziemi, ogrodów – jednym słowem do wszystkiego. Aha – zapomniałam – ekspozycja asortymentu za szybą budy z biletami, coś mogłam przeoczyć.

Nie żebym znała się na biznesie zamkowym, ale nie może on się bardzo różnić od każdego innego biznesu z gadżetami w tle. Więc czemu nie nadać zamkowym pamiątkom drugiego życia rodem z zielonych wydarzeń? Pomysłów łączących średniowieczny klimat z lokalnością, ekologią i pragmatyzmem mam milion (poza kartkami), bo w ogóle klimat zamku, gdzie wszystko było „pierwotne” świetnie wpasowuje się w obecne ekologiczne podejście do życia:
– chleb pieczony na miejscu, lub ważone na zamku trunki – piwa, miody, jabole;
– miody pszczele leśne i polne, konfitury z leśnych owoców z ładnymi lnianymi nakrywkami, lub nawet w glinianych naczynkach;
– roślinki z zamkowej szklarni w ładnych doniczkach;
– małe płócienne torbo-plecaczki (na te wszystkie duperele);
– kuchenne akcesoria w kształcie narzędzi tortur (drżyj o schaboszczaku!);
– ładnie wydane zamkowe legendy dla dzieciaków;
– ładowarki samochodowe z logiem zamku (pozdrawiam wszystkich którym skończył się prąd w nawigacji 2 km przed tym superważnym zjazdem, od którego zależy dotarcie do celu w 10 minut albo w 4 godziny);
– magnesy na lodówkę ręcznie wykonane przez miejscowe dzieci – słodkie;
– termiczne eko-kubki (tylko ja jeżdżę do atrakcji autem?);
– seria plastrów uniwersalnych z wzorem w smoki, księżniczki, rycerzy (dzieci mają w  zwyczaju obdzieranie sobie wszystkiego na zamkowych dziedzińcach i niekończących się schodach)

Dawni mieszkańcy zamku mieli też wiele ciekawych rozrywek: nieposłuszne panny zamurowywali żywcem w katakumbach, strzelali do leniwych chłopów z zamkowych murów, przebijali się kopiami na turniejach – to były czasy! Do zestawu turysty proponuję więc rycerskie gry planszowe i karciane. Z braku bieżącej wody i oczywistych problemów z kanalizacją dorzucam dla równowagi pachnące, ekologiczne prysznicowe utensylia oraz papier toaletowy (ten przyda się w zamkowych tojkach – z tego co pamiętam na Zamku X dalej obowiązywały średniowieczne zwyczaje).

Trochę reklamy z klimatycznym zacięciem i każdy praktyczny zamkowy gadżet znajdzie nowego właściciela. A do tego będzie faktycznie promował atrakcję i pochodził od miejscowych artystów. Zapakowany w szkło, len i papier idealnie wpasuje się w ekologiczny gadżet typowy dla „zielonego wydarzenia” no i przybliży nieco dawne zwyczaje.

Do tego mała rycerska kawiarenka, gdzie można wypić kawę, wodę, napar z pokrzywy, zjeść średniowieczny sernik czy tartę z leśnymi grzybami i dzikiem. I czemu temu wszystkiemu nie dać logotypu, wspólnego designem z wszystkimi zamkami w regionie?

Chyba właśnie opatentowałam „Zamek totalny” 😉 bo zamek to nie same stare mury i zardzewiałe zbroje. Każdy stary zamek potrzebuje nowoczesnego pociągnięcia pędzlem i nowoczesnych pamiątek. Nowoczesnego podejścia do zwiedzania (trzymaliście kiedyś średniowieczny miecz? Zakładaliście zbroję? Macie stylizowane zdjęcia w strojach z epoki?)

Na koniec zamkowy dowcip, (nie)stety autentyczny:
Znajomy chciał zwiedzić stare mury jednego z okolicznych zamków. Na miejscu okazało się, że jest tam tylko on z dziewczyną oraz trzech zamkowych przewodników, a zwiedzanie ruin jest możliwe TYLKO z przewodnikiem.
– Dzień dobry, chcieliśmy obejrzeć zamek.
– Ale zwiedzanie jest przy minimum trzech osobach.
-Dobrze, to poproszę trzy bilety.
– To niestety nie możliwe, bo wstęp jest darmowy.

Pozdrawiam.

'Made in Australia?'