Jestem bohaterem w swoim domu!

Odniosłam małe zwycięstwo nad swoim domem i samą sobą. Rozmroziłam zamrażarkę. Tak. Brawo ja! Mycie zamrażarki jest dla mnie wyzwaniem iście heroicznym, zasługującym na peany i szczerze mówiąc podjęłam się go sama raz albo dwa razy w życiu, zawsze po głębokim namyśle i kompleksowym przygotowaniu logistycznym i mentalnym. Nigdy nie udało mi się nie narobić bałaganu, uniknąć spuchniętych paneli, wody lejącej się w niekontrolowanym tempie. A za mroźnik zabieram się równie chętnie jak za pisanie maila do hinduskiego IT albo za telefon do fachowca. Po moim trupie…

Dodatkowo wszelkie internetowe manuale rozmrażacza przypominają instrukcję zakładania łańcuchów śniegowych na koła. Zmagałam się z nią kiedyś po ciemku, w środku lasu, w padającym śniegu i trzaskającym mrozie, w rękawicach snowboardowych, na klęczkach w świetle samochodowych świateł. Obrazki w instrukcji przedstawiały pana w krótkim rękawku, który w ciepłym i oświetlonym garażu demonstrował zakładanie łańcuchów na czyściutkim, ściągniętym kole. Nie miało to wiele wspólnego z rzeczywistością. Przypomniał mi się wtedy doktor Herriot i jego „Wszystkie stworzenia małe i duże”, który leżąc na zamarzniętej podłodze ciemnej obory z ręką po łokieć w krowiej macicy stwierdza „nie, w książkach o tym nie pisali”. W książkach było, że weterynarz się uśmiecha, farmer się uśmiecha… nawet krowa sie uśmiecha. Tak, to mi się przypomniało kiedy klęczałam na śniegu w nocy oświetlając sobie instrukcję światłami auta.

Podobnie wyglądały internetowe instrukcje rozmrażania lodówki – usmiechnięta pani w pełnym makijażu klęczy w wymuskanej kuchni, przed lodówą, w koszuluni i dżinsach. Ja klęczę w dresie, dwóch różnych skarpetkach, zdmuchując włosy z czoła. Starając się rozpaczliwie nie dopuścić do powodzi. Ale ok, już raz to przerabiałam w środku zimy. Nie dam się pokonać. Nie tym razem!

Powód mojego domowego heroizmu był prozaiczny i wielki zarazem. Postanowiłam ogarnąć całą lodówkę, bo nie raz zaskakiwała mnie swoją zawartością i możliwościami podstępnego trucia użykowników. Z reguły rozprawiała się z nami gwałtownie, skutecznie i równie niespodziewanie jak śnieg w listopadzie we Wrocławiu.

Jakiś czas temu zmieniłam swoje nawyki zakupowo – żywieniowe. Przyznaję, że korzystam z gotowych, interentowych jadłospisów, które owszem, trochę kosztują, ale jednocześnie pozwalają mi sporo zaoszczędzić na zakupach, bo kupuję dokładnie to co potrzebuję i w ilościach takich jakie potrzebuję na tydzień. Kupuję świeże produkty i jem świeże. Mało rzeczy wyrzucam, bo nie przechowuję 10 jogurtów z myślą, że na pewno kiedyś po nie sięgnę. Mam dokładnie rozpisane kiedy i co jem. Unikam kupowania rzeczy z przeznaczeniem na jakąś wymyśloną potrawę, która nigdy nie powstanie z braku czasu, ochoty, z braku składników, bo już zdążyły się rozejść. Planowanie zakupów i jadłospisu z rozpisaną „dietą” pozwala na uniknięcie marnotrastwa jedzenia a w tym i kasy. Więc pomimo wydatku jest oszczędność.

Nie oznacza to jednak, że moja lodówka jest pusta i uporządkowana jak u Perfekcyjnej Pani Domu. Co to to nie! Perfekcyjną Panią Domu nie jestem, ale czasem zmuszę się do jej umycia (lodówki, nie Rozenek…), szczególnie gwałtownej epidemii albo próbie uśmiercenia ledwo żywego człowieka w połowie odchorowanej anginy… . Wpadły mi ostatnio w ręce pomysły na porządek w lodówce. Genialne. Zabrałam się za to od razu.

Najciekawszym miejscem w lodówie jest zawsze górna półka. Jest to przechowalnia pełna niespodziewanych niespodziewanek, miliona słoików, w tym 3 otwartych, takich samych dżemów, słoików z magicznymi miksturami i jeszcze bardziej magicznymi zwierzątkami uwięzionymi w środku (strach otwierać, bo nie wiadomo czy nie wybuchają i nie plują trującym jadem; mogą też złośliwie się zassać i nie otwierać nikomu). To miejsce przechowywania wszystkiego co powinno być w lodówce ale jak najdalej od ludzi: napoczętych opakowań wszystkiego, sosów, przetworów, ćwikły ze świąt, dżemu z porzeczki, który przysięgam, że miał etykietkę „jagody”, zapomnianego słoika przecieru pomidorowego, do któego nie chciała się zmieścić łyżka itp.

Półka niżej to zbiorowisko wszystkiego, bo najłatwiej tu coś wsadzić. Są tu gotowe obiady, napoczęte śmietany, jogurty, kilka rodzajów serów, częściowo obeschniętych, bo gdzieś zabrakło folii. Są oliwki, w dwóch napoczętych słoikach. Jest kilka opakowań serka wiejskiego, przepychanych w głębię lodówy, już dośc blisko daty przydatności. Są nieforemne kabanosy, bo za długie, żeby je położyć wzdłuż i leżą wygodnie na całej reszcie. Jest tu kilka pudełek, nieco zaparowanych, więc nie widać co jest w środku. Jest hodowla kilku odmian owocującego grzybka, zapełnie nie planowana.

Dalej są dwa piętra, królestwo warzyw. Główka sałaty cały czas czeka na litość, jakoś zawsze jest za dużo z nią roboty (w końcu nie potrzebuję całej, tylko raptem kilka listków). Jest kilka marchewek (zawsze o nich zapominam), są pomidory w fioliowej torebce razem z ogórem, jest szczypiorek, który umościł się podobnie jak kabanosy. Generalnie jest wszystko co powinno być, co wynika z jadłospisu, ale przede wszystkim jest bałagan.

Dawno temu zrobiłam porządek w szafkach. Wszystko mieszka teraz wygodnie w pojemnikach ikei, więc żeby wyciągnąć coś z tyłu, nie trzeba grzebać w szafce jak górnik, wystarczy wyciągnąć cały pojemnik. Mam osobne pudełko na dodatki do wypieków, budynie, galaretki, osobne na pestki i wszystko co można dodać do musli, osobne na mąki, osobne na dżemy i miody (będę je jeść najbliższe 10 lat… jacyś chętni do pomocy?) i osobny na słoiki „słone”, puszki itp. W szafce mam porządek. Lodówka to pobojowisko.

Dzięki radom mojego byłego szefa, z kompletnej nogi z ustalania priorytetów, stałam się w tym mistrzem. Najlepsza rada: jeśli możesz coś zrobić od razu, to zrób to od razu! Proste. Więc jak popatrzyłam na przykłady organizacji lodówki – od razu wzięłam się do roboty, bo jutro to będzie…futro.

Wyciągnęłam wszystko. Przy okazji przyjrzałam się słoikom z górnej półki i ich zawartości – tak powstały dwa pojemniki: „dżemy” oraz „papryczki, ogóreczki, grzybki”. Wiem ile mam otwartych dżemów i wiem jakie. Żeby wybrać jeden wyciągam całe pudełko a nie grzebię pomiędzy słoikami. Pudełko z piklami to królestwo mojego T. Koniec z otwieraniem trzeciego słoika z grzybkami, bo poprzednie dwa gdzieś zagineły (półki na drzwiach potrafią być zdradzieckie!), albo klikaniem nowego słoika z papryczkami, skoro stary jeszcze się nie opróżnił. Obok nich będą stały pudełka z przekąskami (obrana marchewka, pokrojone jabłko, kawałki warzyw, które trzeba zjeść, a na kanapke nie wejdą – wszystko to będzie jak będę miec drugie natchnienie).

Piętro niżej zamieszkały trzy pojemniki: „twarogi i jogurty” na świeże białe, ale jeszcze nie ruszane. Ręka w górę kto nigdy nie otworzył jogurtu „bo tylko potrzebuję łyżeczkę” i zapomniał o reszcie na wieczność. Obok stoi „mięsko i sery żółte” na wszystko co może trochę poleżeć, oraz „zjedz mnie!”, pomiędzy nimi, z czerwoną tabliczką na wszystko co musi zostać zjedzony szybko, na wszystko co należy położyć rano na kanapkę, na wszystko co zostało otwarte i długo nie pociągnie. Jest to też pierwszy punkt lodówkowych porządków. „Zjedz mnie!” zrobiło ze mnie Neila Armstronga lodówkowych porządków. Jest moim największym sukcesem i największym krokiem naprzód w kwestii niemarnowania żarcia a jednocześnie tak niewielką rzeczą (in your face Neil!).

Dalej w lodówie zamieszkały dwa pudełka z umytą, osuszoną i pociętą sałatą oraz kapustą pekińską. Teraz wystarczy tylko nabrać, dodać pomidora czy ogórka i sałatka gotowa. Bez porannego szaleństwa w kuchni z nożami. Obok stoją pojemniki z gotowymi obiadkami, albo składnikami do obiadków (jabłka w słoiku). Wystarczy wrzucić rano do torby i jest obiadek w pracy. Bez porannego przerzucania szafek i zmywarki w poszukiwaniu „tego konkretnego pudełka, co go lubie”, przepakowywania, babrania nowej łyżki, akurat jak zatrzasnęły się drzwiczki zmywarki z nowym praniem itp. Mam tu też pokrojony szczypiorek w pudełku, oraz otwarte, puszkowane warzywa, przerzucone do słoików, żeby nie zapomnieć ich dodać do sałatki (nigdy nie znaleźliście w lodówce puszki z otwartą kukurydzą następnego dnia po zjedzeniu całej sałatki, bez tej kukurydzy oczywiście?).

Niżej, są warzywa, ale posegregowane, popudełkowane i poopisywane. Stwierdziłam, że poświęcenie 5 minut po zakupach na opisanie i przygotowanie zawartości lodówki zaoszczędza mi potem codziennie poszukiwań i nerwów. Ogranicza marnotrastwo do minimum.

Jeszcze o drzwiach lodówki – są takim samych zdrajcą i przechowalnią wszystkiego co górna półka. Milion maleńkich słoiczków ze wszystkim z niekończącą się datą przydatności. 3 słoiki z sosem meksykańskim do nachosów, 2 z oliwkami (oba otwarte!), słoik z chrzanem, otwarty chyba od zeszłej wigilii. Koniec z tym. 2 półki najrzadziej ruszane są teraz królestwem przypraw słoikowych i sosów słoikowo-butelczanych – musztardy, ketchupy, olej lniany i sezamowy, sos rybny, słoik z cytryną (ha! mam patent na cytrynę-wiórek), majonez itp. Wszystko bez opisu – opisane. Jestem Herkulesem, pokonałam Syzyfa.

Tak doszłam do zamrażarki. Tydzień po ogarnianiu sąsiadki z góry – lodówy, przyszedł czas na Panią z dołu. Musiałam się nastawić do tego mentalnie, przygotować logostycznie i sprzętowo, aby do wroga nie podchodzić bez przygotowania i bez znajomości tematu. Opracowałam własną technikę rozmrażania. Wstawianie garnka z gorącą wodą, jasne, może i działa, ale lepiej działa ręcznik wymoczony w tejże wodzie, położony na półkach. Jak się ozimni to wrzucamy do wiadra z ciepłą wodą i powtarzamy do odlodzenia wszystkiego. Mam na dnie zamrażary takie wgłębienie z którego superłatwo wybiera się wodę gąbką do drugiego wiadra albo miski (ultra łatwo to by było jakby sprzęt był no-frost… ale nie jest). Dodatkowo kilka suchych ścierek mam w zanadrzu (pod tym względem jest postęp, bo poprzednio nie miałam czym wytrzeć do sucha, bo wszystko się właśnie uprało… Jeszcze tylko szybko mycie wodą z octem, wycieranie i gotowe. Przy okazji szuflady przeszły lifting i opróżnianie.

Przyznaję ze smutkiem, że zamrażarka nie służyła mi tak jak powinna. Wrzucałam tam wszystko co mi nie smakowało, czego miałam za dużo, czego i tak bym nie zjadła, chowałam różne rzeczy o niewiadomym przeznaczeniu, rzadko coś opisywałam, uważałam, że jak coś zamrożę to czas przechowywania wydłuża się na kolejne 1000 lat. Błąd! Wywaliłam 90% zawartości. I tu dobrze, że się przygotowałam! Każde otwieranie drzwiczek powoduje uciekanie zimnego powietrza. Oczywistość. A skoro w nowej zamrażarce było głównie powietrze, to temperatura strasznie by się wahała. Wrzuciłam do szuflad 6ciopak wody mineralnej (tak wiem… miałam pić…). Będę wyciągać na bierząco i wrzucac do lodówki. Cały interent tak radzi. Pani inżynier od chłodnictwa jakoś o tym nie pomyślała…Swojego drugiego domowego inżyniera nie posłuchała bo mądrzejsza chciała być i się nie słuchać faceta. Wiadomo.

W szufladach tak samo planuję pojemniki, ale na razie niewiele tam jest. Ot to co nie poszło na wielki obiad warzywno-zamrażarkowy – zupa od babci, ketchup od babci, owoce leśne, brokuły i fasolka). Wszystko z otwartych opakowań przerzuciłam do zamykanych pojemników (tu muszę się wyposażyć w trochę lepsze ikeowe). Mroźnik bardzo wysusza żarcie (tak mi się coś wydawało parę razy, że jakieś suchary wychodzą z lodówki), więc dobrze jest wszystko przechowywać w szczelnych pojemnikach, szczególnie po otwarciu fabrycznych torebek.

Czytałam też ze warstwa szronu o grubości 7-8 mm zwiększa zużycie prądu o 20% (ale nie pamiętam gdzie to czytałam). Same plusy tego mojgo sprzątania. Dumna z siebie jestem i co najwazniejsze, po miesiącu testowania nowego rozwiązania mogę powiedzieć, że sprawdza się w 100%. Jasne, że cośtam czasem mi sie wyrzuci, ale przynajmniej wiem co mam, ile mam i gdzie mam. No i w końcu w lodówce „jest coś do jedzenia” a nie tak jak zwykle pomimo pełności, nie było niczego…

 

Reklamy