Na ryby!

Ostatnio także WWF bije w dzwon mojej zakupowej świadomości. A konkretnie chodzi o ryby i owoce morza. Cóż – przepadam za łososiem. Jestem wręcz łososioholikiem, i wiem, że ten dostępny w moim mobilnym tesco jest łososiem norweskim, hodowlanym, poławianym w okolicach portów wymalowanych farbą zawierającą dioksyny (brawo Monsanto, jesteście wszędzie!). Uwielbiam też pstrąga, ale tylko tego ze smażalni – chrupiącego i tłuściutkiego. W domu zawsze mi wychodzi rozgotowany, nawet z piekarnika (jak? nie wiem… Koło Perfekcyjnej Pani Domu najwidoczniej nigdy nie leżałam).

Ale wracając do tematu. WWF sporządził listę-poradnik jakie ryby kupować należy a jakich, ze względów czysto ekologicznych, należy unikać (http://ryby.wwf.pl/poradnik/). „Moje rybki” znalazły się na żółtej liście gatunków, „których hodowla i połowy szkodzą środowisku i wpływają negatywnie na różnorodność mórz i oceanów”. Krótko mówiąc – nie musisz – nie jedz. Ja, jak to ja, zaczęłam zgłębiać temat, dlaczego nie można, gdzie znaleźć właściwe oznaczenia, co jeść w zamian i gdzie to kupić.

A więc…

1. Dlaczego?

Podobno co 20 minut jeden gatunek zwierząt znika bezpowrotnie. 90% poławianych komercyjnie gatunków ryb i owoców morza jest lub było poławianych poza granicą zdrowego rozsądku, ze znaczną ingerencją w liczebność gatunku i zdolność do odnawiania populacji. Przy niektórych metodach połowu, w sieci rybackie wpadają także morświny, delfiny, żółwie i mewy, naruszając równowagę biologiczną i niszcząc lokalną faunę. Co ciekawe gatunki uważane za pospolite, jak dorsz bałtycki, krewetka, tuńczyk błękitnopłetwy czy halibut, pomimo tego, że można je kupić praktycznie wszędzie, na skutek nadmiernych połowów są skrajnie zagrożone wyginięciem. Pamiętacie oburzenie naszych rybaków, kiedy Unia Europejska ograniczyła połowy dorsza na Bałtyku, argumentując to skrajnym przełowieniem? Łodzie rybackie, sieci, świeża rybka i smażalnie to w końcu ikona Pomorza. I miało tego tak po prostu zabraknąć? Co ci biedni rybacy mieli począć? Natomiast kwestie bałtyckiego dramatu ekologicznego zostały jakoś medialnie pominięte…

2. Oznaczenia

Certyfikat MSC (Marine Stewardschip Council) gwarantuje, że ryba, którą kupujemy została złowiona w sposób przyjazny dla środowiska. Gwarantuje, że sposób połowu minimalizuje lub wyklucza przypadkowe „wyłapywanie” innych zwierząt, jak foki, czy żółwie, oraz eliminuje połów osobników zbyt młodych, czyli takich, które nie brały jeszcze udziału w odtwarzaniu populacji.

MSC

3. Co jeść i gdzie kupić

WWF przygotowało listę najpopularniejszych gatunków (niestety tylko morskich, a i to nie wszystkich) z podziałem na trzy kategorie (kliknij obrazek, aby powiększyć):

rybyZ poradnika wynika jasno, że lista gatunków „bezpiecznych” jest krótka i niespecjalnie ciekawa, a dodatkowo sprawę utrudnia fakt, że część łowisk, nawet zagrożonych gatunków, jest certyfikowana, a więc np krewetki z certyfikatem można kupować hurtowo…

Chwila namysłu i kierunek… zamrażarka. Oto co znalazłam:

WP_20150705_002 1

Morszczuk argentyński. Bardzo zły wybór 😦 nie dość, że morszczuk (czerwona lista!), to jeszcze bez certyfikatu, metoda produkcji „złowiona w morzu” (a niby gdzie?!). A wydawałoby się, że morszczuk czy mintaj to najpopularniejsze ryby, królujące w supermarketowych mroźniach. Przepraszam rybo!WP_20150705_001 1Krewetki grenlandzkie w skorupkach. Lepiej. Chociaż gatunek jest na żółtej liście to pochodzi z certyfikowanych łowisk. Jest więc ekologiczny a jego połów nie zagraża środowisku.

Tylko chyba data minęła rok temu…(Nie tylko nie leżałam koło Perfekcyjnej Pani Domu, ale nie miałam też z nią, najwidoczniej, kontaktu wzrokowego 😉 )

Co do krewetek to, jako, że „ryba psuje się od głowy” większość robaczków dostępnych w formie mrożonej jest bez głów, żeby nie było widać, że przez zamrożeniem trochę straciły na świeżości. Proste. Dlatego kupuję tylko te z głową i niestety stwierdzam, że w 500g opakowaniu ledwie połowa nadaje się do jedzenia. Taki mamy klimat niestety. To już może lepsze te bez głów, przynajmniej nie wiadomo co się je.

OK – pozostaje pytanie gdzie kupić. Wszędzie. Gatunki z zielonej tabelki oraz ryby z certyfikatem można dostać pewnie wszędzie. Na opakowaniach, jak widać na załączonych obrazkach, jest informacja skąd pochodzą, a dokładniejsze info o sposobie połowu jest choćby na stronie mobilnego tesco (w informacjach o produkcie – przeglądnęłam sporo gatunków, wybrałam dorsza ze Spitzbergenu, a więc M.Barentsa, poławianego sieciami oskrzelowymi). Lidl na swojej stronie chwali się, że wycofał z obrotu mięso z rekina i miecznika, a oferuje jedynie gatunki nie przeławiane (http://www.lidl.pl/pl/2793.htm), podobnie Kaufland i Makro.  Od 2014r. wszystkie produkty Frosty posiadają (podobno – www.msc.org) niebieski certyfikat (nie wszystkie – sprawdziłam, ale intencje chwalebne). Swój udział w ochronie łowisk ma też Ikea. Przodownik ekologii w każdej prawie dziedzinie od września serwuje i sprzedaje tylko ryby z certyfikatem. Możliwości są, wystarczy poszukać.

Kwestia tylko gustu. Za karpiem nie przepadam, chyba, że od święta i to tylko raz w roku, Langustynki czy Plamiaka to nie wiem gdzie kupić. Makrela występuje u nas tylko wędzona (ah… Chorwacja…), albo w sosie pomidorowym ,szprot w oleju w puszce a śledź marynowany z cebulką. Ciężko z tego coś usmażyć. Podobno śledzie można kupić świeże, ale sama nigdy nie znalazłam (może słabo szukałam) i ledwie raz jadłam jako postny obiad, ale w mleku z ziemniakami był obrzydliwy. Ostrygi, przegrzebki i omułki, jak na gatunki mające się całkiem nieźle, cena jest chyba nieco wygórowana.

Warto się przyjrzeć z bliska temu problemowi, aby za kilka lat filet z dorsza nie był tylko wspomnieniem niczym stek z mamuta.

Reklamy