Nie rajskie palmy

Miało nie być o jedzeniu, ale w przypadku tego tematu wyjątkowo się nie da. Na początek zagadka The Guardian: „You wash it, you brush with it, u apply it, toast is, cook with it, spread it, eat it, its in 50% of what you buy. The story that ends in your cupboard but begins in rain forest”

Palm_oil

Gdzieś mi się obiło o uszy, że do 2022 roku (za 6 lat!) zostanie zniszczonych 98% powierzchni lasów deszczowych Sumatry i Borneo – zostaną wykarczowane pod plantacje palmy olejowej. Ja, jak to ja, zrobiłam dochodzenie „co to, skąd to, do czego to” i… oniemiałam. Olej palmowy, niczym Agata Młynarska, jest wszędzie.  Niczym arabski uchodźca zmienia twarze, imiona, postacie, wkrada się niepostrzeżenie do moich zakupów i wie, że go nie nakryję, bo się go nie spodziewam. Dopiero w trakcie przeszukania domu odkryłam jego gniazdo w szufladzie w kuchni. I jeszcze bezczelnie twierdził, że był tu zawsze a ja nagle zaczęłam robić z tego tytułu wielki problem.

Tak…  tyle lat przyczyniałam się to wycinania sumatrzańskiej dżungli. Tak samo jak moja mama przede mną i jej mama przed nią, i, co gorsza, jej mama przed nią! (4 pokolenia inteligentnych, wykształconych notabene wyższo babeczek, potrafiących, czytać, pisać i rachować i tak się dały nabrać!).

Absolutnym hitem i mistrzem kamuflażu okazała się margaryna Kasia & Palma. Palma jest chyba najbardziej zakorzenionym w kulturze PL produktem wypiekowym a do tego na opakowaniu Pan Murzynek i.. palma, aż krzyczą „tu jesteśmy a ty patrzysz i nie widzisz”. Margaryna jest utwardzonym tłuszczem roślinnym, a właściwie ich miksem – wystarczy przeczytać skład – olej rzepakowy, słonecznikowy, palmowy w różnych ilościach.  Margaryna jest w przepisie mojej prababci (!) na spód sernika. W przepisie wykaligrafowanym ręcznie milion lat temu, którego skan mam na tablecie… (świąteczny sernik był z majonezem – babcia uznała go za hit, oczywiście nieświadoma świętokradztwa. Dla równowagi dodałam szafran, bo nie miałam pojęcia do czego go użyć).

Nutella poleciała jako druga. Z bólem, bo już nigdy nic. Poleciała, bo oleju palmowego jest tam więcej niż orzechów. Pod lupę poszło też masło orzechowe 98% z fistaszków. Nutellę odżałuję, ale masła mi szkoda, bo jest świetne przed i po treningu, a mój blender prędzej umrze niż zmiksuje orzechy na masło.

Trzecią rzeczą był, i tu uwaga, kolejny „żelazny” punkt mojego kuchennego wyposażenia. Rosołki. Rosołków mam milion, w każdym smaku i w każdym kolorze. W końcu to podstawowa „przyprawa”, która z wody wyczaruje rosół, gulasz, sos do mięska – wszystko. W „rosołku” z kury, kura jest na 27 miejscu spośród 39 składników i jest jej 0,02g. Na górze jest palma i glut(animian). Zrobiłam ostatnio gulasz bez rosołka – gotował się 3h zamiast 30 minut i był taki dobry jak nigdy, ale do szybkiego, nieweekendowego, gotowania to mu daaaaleko. Szkoda, ale na moim nowym, ulubionym, jadłoblogu pojawił się przepis na domowy bulion, który potem się kostkuje jak lód – mistrzostwo.

Kolejnym nielegalnym imigrantem były frytki. Wszystkie. Frytki w fastfoodach są smażone na wielkiej bryle smalcu vel oleju palmowego (skąd wiem? – Paaanie, czego ja w życiu nie robiłam…). Odpadają też frytki gotowe, zapakowane, we wszelkich fikuśnych kształtach do domowego użytku. Bo są nasączone palm oilem jak gąbki. Podejrzliwie przyglądałam się poczciwym ziemniakom z oskarżycielskim „na pewno coś ukrywacie!”.

Z mojego śledztwa wynika, że olej palmowy jest w chipsach i batonikach, w panierowanych paluszkach rybnych, w gotowych musli, w chińskich zupkach, w kosmetykach bo są bardziej… kremowe. Jest wszędzie tam, gdzie się nie spodziewałam. Pocieszam się, że raczej na pewno nie ma go w produktach „nagich”, naturalnych, „z pierwszego tłoczenia”, we wszystkich, które są sobą w 100% – np w sałacie, albo mące żytniej. Ale ten Kitkat Peanut Butter.. boli ;).

Nie przyczepiam się do oleju palmowego bo zawiera nasycone kwasy tłuszczowe, albo ich nie zawiera w zależności od opracowania i kto za nie zapłacił. Nie przyczepiam się że dodaje się go do produktów do których z powodzeniem można by dodać oleju z rzepaku czy słonecznika wspierając lokalny rynek producentów. Nie przyczepiam się z zawiścią, że się świetnie przechowuje, jest łatwy i tani w pozyskiwaniu i można go wykorzystać do wszystkiego.

Przyczepiam się, bo Borneo i Sumatra od dziecka kojarzyły mi się z lasami deszczowymi, orangutanami, rajska labą na rajskiej wyspie. Za 7 lat nie będzie ani lasów ani małp ani raju. Będzie wielka plantacja.

Jak wszystko, sprawa oleju nie jest czarno – biała, ale ma bardzo wiele szarych odcieni i jest pełna moralnych dylematów. Pomiędzy moim oburzeniem pierwszego świata, nakarmionego i ogrzanego konsumenta są problemy trzeciego świata – głodnego i niedoinwestowanego producenta. Obecny system światowej gospodarki nie jest w stanie zaspokoić przeciwstawnych potrzeb wszystkich.

Do dalszych rozważań i dociekań polecam:

  1. Multimedialna stronę The Guardian – świetnie rozrysowane wykresy i mapy
  2. Artykuł The Economist – wyjątkowo interesujący w stylu dziennikarstwa śledczego, podejmujący m.in. tematy ekologicznego oleju i stanowiska koncernów spożywczych i kosmetycznych

palm oil and orangutans copy

Reklamy