Wesołych ekoświąt!

Prezenty kupione ? Dobrze! Czas na ich pakowanie, bo choć nikt nie zaprzeczy, że w prezentach i ludziach liczy się wnętrze, to każdy skrycie przyzna, że opakowanie też jest ważne.  Jeśli czasem nie ważniejsze. Bo jak lepiej można schować nieciekawą zawartośc niż pod przemyślaną i pracochłonną kompozycją? Niektórzy przez wiele lat potrafią pozostawać pod wrażeniem opakowania nie zaprzątając sobie głowy zawartością. Jak to w życiu…

Ale do prezentów 😉 Kiedyś, „za moich czasów”, papier do pakowania był wielorazowy, bo co roku krył całkiem inną zawartość. Kluczowe było delikatne odpakowywanie w świątecznej euforii, aby nie uszkodzić cennego papieru, bo za rok znowu miał sie przydać. Mami trzymała go zawsze w szafie pod sufitem, poza zasięgiem małych drących łapek. Wyobraźcie sobie popłoch jaki następował w rodzinie, gdy nie daj losie trzeba było zapakowac prezent na czyjeś urodziny w lipcu. W choinki i Mikołaje… Potem nastała era papierów we wszystkie wzory i kolory, nowoczesnych, tradycyjnych, mało kiczowatych, pieknych, cudownych, absolutnie uroczych. A potem mi sie odwidziało. Bo wszystko pięknie, ale ten cudowny, lakierowany papier ma nieprzyzwoicie krótki i marny żywot. Bielony chemikaliami, barwiony chemikaliami, nabłyszczany z dwóch stron, zwijany w roleczkę i foliowany. Później poleży to to pod choinką godzinę lub dwie, nacieszy oczy nowego właściciela raptem kilka sekund po czym ginie śmiercią tragiczną rozdarty na strzępy i ląduje w koszu. Słabo.

„Ludzie mówio”, że u Brytoli co roku przed świętami w Anglii zużywa się tyle papieru do pakowania prezentów, że można byłoby czterema warstwami przykryć królewski Hyde Park. A to – 160 hektarów! Sporo. Nie wiem ile to jest u nas, ale myślę, że pododnie.

W zeszłym roku rodzina się uparła, że Wigilia ma byc u mnie. A jak u mnie – to ekologicznie. A jak ekologicznie to pakowanie prezentów poszło na drugi ogień (na pierwszy poszedł lniany, naturalny obrus a nie śnieżno biały poliester). Swoje paczki popakowałam w szary papier z… poczty i paczki świąteczne stały sie paczkami pocztowymi. Dostały też, jak prawdziwe paczuchy, adres, znaczki (z allegro 100 szt znaczków z róznych stron świata za 5 pln) i zostały zawinięte bawełniano-papierowym szaro-czerwonym sznurkiem. Do tego nad każdą paczką się napracowałam, bo każda dostała ręczną ozdobę z suszonych plasterków pomarańczy, liści i owoców ostrokrzewu i lasek cynamonu. Każda paczka była unikatowa i w każdą włożyłam siebie 🙂 Zawartość, oczywiście, pozostała bardzo ważna ale opakowanie równie ważne. Pracochłonne, ale bez przesady i orginalne aż do przesady.

W tym roku skonczyły mi sie znaczki, a skoro Wigilia tym razem nie u mnie, to jakoś słabiej przygotowana jestem do świętowania. Prezent mam dopiero jeden. Dwa idą jeszcze pocztą, trzeciego nie zamówiłam bo nie wiem jaki konkretnie i jakoś tak wszystko na ostatnią chwilę wychodzi (dobrze, że za pamięci kupiłam ser na sernik).

A ponieważ nie mam co pakować, to mam czas pouczać Was 🙂

Każdy ma w chacie masę nieprzydatnych rzeczy, które najchętniej by wyrzucił, ale szkoda tak po prostu wziąć i wyrzucić: przedmiotów nie używanych, zapomnianych, resztek wstążek, guzików bez pary, duperelków, które kupiło się bo były urocze, po czym schowało do szuflady, starych plakatów, stron powycinanych z gazet, bo takie ładne itp. Jest czas, pora i miejsce aby się ich kulturalnie pozbyć. Boże Narodzenie.

Pakowanie prezentu w papier z marketu i przewiązywanie wstążką z marketu to pójście na mało ekologiczną łatwiznę. A tak – same korzyści:

  1. Oszczędzamy kasę, bo nie trzeba co roku kupowac papieru ozdobnego (wieeeelu sztuk, bo w każdym sklepie znajdzie się jakiś prześlicznusi a do tego nigdy nie wiadomo jakiej są te papiery wielkości…);
  2. Przewietrzamy szuflady z zakamarków i dajemy drugie życie tym wszystkim torebuniom, skrawkom tkanin, kolorowym czasopismom i starym komiksom (ale nie Thorgala!!), resztkom włóczek i tasiemek, starym lakierom do paznokci (do malowania wzorków – idealne);
  3. Ograniczamy ilość śmieci, bo w końcu to wszystko i tak miało prędzej czy później tam trafić, a tak, trafi tam szczęśliwe, że do czegoś się przydało na końcu swojego życia;
  4. Opakowania z szarego papieru pakowego są przeurocze i jednocześnie całkowicie recyklingowalne. A jak ktoś ma kominek, to może sobie zostawić na podpałkę (eh… kominek);
  5. Podejdziecie trochę bardziej „osobiście” do prezentów i poczujecie taki  świąteczny sentyment.

A skoro prezenty są juz zapakowane to nie może obejśc się bez choinki. No właśnie. U mnie póki co nie ma żadnej, bo nie ma. Bo przedostatnio zamówiłam „małą”, a dostałam ciętą sztukę jodły po sam sufit, już nie wspominając ile bombek trzeba było nabyć do ich ozdobienia. I ile światełek. W zeszłym roku choinkę zastąpił mi umierający bonsai zawinięty w lampki oraz kilka słoików wypełnionych takimi właśnie lampkami. Okazały się one jednak nie być LEDowe, nagrzewały się okropnie i ze względu na ryzyko pożaru (tego jeszcze u mnie nie było), co kilka godzin trzeba było je zwyczajnie zgasić. W tym roku chciałam choinkę sztuczną, ale zamkneli mi Praktikera i do najbliższego takiego sklepu mam z 10 km. Gdzie sie kupuje sztuczne choinki?

Choinki naturalnej z obciętym pniem nie będzie. Po moim trupie. Co roku włodarze miejscy przekonują mnie, że wyrzuconymi choinkami najadają sie po świętach świniaki. Jasne, już w to uwierzę. Prędzej uwierzę w to, że większość drzewek pochodzi ze świątecznych plantacji, ale multum z tych sprzedawanych, to ofiary leśnych kradzieży. Pod moim rodzinnym domem do dzisiaj stoi choinka, która kiedyś była przepięknym świerkiem, do czasu, gdy jakiś idiota przed świętami nie uznał, że będzie się ona lepiej prezentować w pokoju, między kaloryferem a meblościanką. I uciął choinkę. 2 metry nad ziemią. Ciekawe jakby ten czub zareagował gdyby jego obciąć w 2/3 wysokości.

Dlatego też w tym roku celuję w coś 100% ekologicznego i recyklingowalnego. Co prawda góra kartonów i tektury z przedpokoju magicznie wylądowała na smietniku, ale w pracy przechowuję drugi, nieco mniejszy zapas 😉 Coś sobie wyrzeźbię, nie za dużego, takiego w sam raz do poświętowania i wyrzucenia na makulaturę za kilka tygodni. Bez męczącego poczucia winy.

Nie zapominajcie, żeby w Wigilię NIE rozmawiać o polityce i chorobach 🙂 Rozmawiajcie o tym wszystkim jak mozna zmienić podejście do codziennych czynności, aby były bardziej przyjazne naturze i Wam samym 🙂

Wesołych ekoświąt!

This Christmas, Santa decided to use an energy saving light globe.

źródła:

http://www.nanowosmieci.pl/pakowanie-prezentow/

Reklamy

Zamkowe (nie)zwyczaje

No i przyszło lato, a jak lato to wakacje a jak wakacje to… no właśnie. Co przywozicie z wakacji? Zdjęcia, wspomnienia, opaleniznę i… pamiątki.

O ile z zagranicznych wojaży coś tam jeszcze czasem można przywieźć (o czym było poprzednio), to z wycieczek krajowych mam problem. Nie pamiętam kiedy ostatni raz nabyłam coś w lokalnych atrakcjach turystycznych, ani co to było. Pytanie – czemu? Nie dlatego, że sklepiki lokalnych atrakcji nie obfitują w różnego rodzaju wyroby i duperelki, problem w tym, że są to wyroby pamiątko-podobne.  Albo w tym, że tych sklepików nie ma.

Ale niech będzie – sklepik jest, jest otwarty w niedzielę i można w nim zapłacić kartą (to już trzy na plus). Co kupuję? Kartkę, widokówkę, pocztówkę, jak zwał tak zwał, z widoczkiem ładnym z drona, w sam raz do popatrzenia i wrzucenia do szuflady w domu. Ale nie, załóżmy, że chcę tą kartkę zapisać krótkimi pozdrowieniami i wysłać, w końcu do tego została stworzona.
– Poproszę znaczek, taki na kartkę.
– Nie ma.
Kartka ląduje w plecaku, w zapomnieniu. A przecież mogłaby być świetną reklamą tegoż miejsca! „Pozdrowienia z Zamku X, jest super, pogoda ładna, mają tu znaczki i salę tortur”. Ale nie będzie, bo nie mają znaczków, a nawet jakby mieli to najbliższa skrzynka pocztowa jest 4 km stąd, na pewno nie na zamku ani na parkingu pod zamkiem…
Byłam jakiś czas temu z Mamuśką na wystawie w Naszym Pięknym Mieście (7 cudów Dolnego Śląska czy coś). W jednym z pomieszczeń cała ściana kartek ze zdjęciami dawnego Wrocławia, kopiami projektów istniejących, lub nie, budowli, znanymi miejscami bez charakterystycznych budynków (bo wojna, bo nie zbudowali jeszcze itp.). Nieśmiało pytamy Pani muzealnej czy możemy jedną skubnąć do domu, na pamiątkę. „Ależ oczywiście, można je też zaadresować i wrzucić do skrzynki a my, po zakończeniu wystawy, wyślemy je do adresata. Za darmo oczywiście”. Co my paczymy! Skrzynka przeszklona, znalazła wielu amatorów, krótka szukanina długopiśnika i jest – Kartki wysłane! (nawet dotarły do adresatów :))

I teraz pytam ja się – nie można by tak na tym zamku? Nie mamy znaczków, bo nie ma takiej potrzeby – niech Pani zaadresuje, a my wyślemy. No Problem! („Kochana mamusiu, pozdrawiamy z Zamku X, jest super, wysyłają kartki za darmo, mam nadzieję, że ją dostaniesz – koniecznie musisz tu przyjechać i wysłać taką samą do mnie”). I po problemie, reklama szeptana poszła w ruch, nie trzeba rozkminiać skąd są turyści, wysyłać im folderów, ulotek, reklamować się za słupach – sami przyjadą, bo ktoś im powiedział że jest ekstra. A jak przyjadą to może nawet coś kupią. No właśnie, tylko co?
Z zamkowego asortymentu zapamiętałam:
– wyblakły przewodnik po Zamku (mam google, dziękuję, poza tym jest Pan przewodnik – opowie mi to samo milion razy krócej, 3 razy ciekawiej i w cenie biletu);
– plastikowe bransoletki z kolorowych paciorków (…serio? myślałam, że na to nabierali się Indianie za Kolumba i Cortesa)
– pluszowe obręcze mające udawać korony
– pseudo monety zamkowe z automatu (w XVI wieku mieli pomysł na zagospodarowanie takich pamiątek – wklejali je w kufle, pozłacane wazy i puchary i przekazywali dalej… taki dar przechodni)
– kamyki z wizerunkiem zamku (jak wyżej…)
– drewniany mieczyk ze sklejki, chlapnięty farbą (korona była dla dziewczynek to mieczyk dla chłopców jak mniemam).
Notabene identyczny zestaw pamiątkowy do zamku, sztolni, pałacu, ZOO, jaskiń, ruin, podziemi, ogrodów – jednym słowem do wszystkiego. Aha – zapomniałam – ekspozycja asortymentu za szybą budy z biletami, coś mogłam przeoczyć.

Nie żebym znała się na biznesie zamkowym, ale nie może on się bardzo różnić od każdego innego biznesu z gadżetami w tle. Więc czemu nie nadać zamkowym pamiątkom drugiego życia rodem z zielonych wydarzeń? Pomysłów łączących średniowieczny klimat z lokalnością, ekologią i pragmatyzmem mam milion (poza kartkami), bo w ogóle klimat zamku, gdzie wszystko było „pierwotne” świetnie wpasowuje się w obecne ekologiczne podejście do życia:
– chleb pieczony na miejscu, lub ważone na zamku trunki – piwa, miody, jabole;
– miody pszczele leśne i polne, konfitury z leśnych owoców z ładnymi lnianymi nakrywkami, lub nawet w glinianych naczynkach;
– roślinki z zamkowej szklarni w ładnych doniczkach;
– małe płócienne torbo-plecaczki (na te wszystkie duperele);
– kuchenne akcesoria w kształcie narzędzi tortur (drżyj o schaboszczaku!);
– ładnie wydane zamkowe legendy dla dzieciaków;
– ładowarki samochodowe z logiem zamku (pozdrawiam wszystkich którym skończył się prąd w nawigacji 2 km przed tym superważnym zjazdem, od którego zależy dotarcie do celu w 10 minut albo w 4 godziny);
– magnesy na lodówkę ręcznie wykonane przez miejscowe dzieci – słodkie;
– termiczne eko-kubki (tylko ja jeżdżę do atrakcji autem?);
– seria plastrów uniwersalnych z wzorem w smoki, księżniczki, rycerzy (dzieci mają w  zwyczaju obdzieranie sobie wszystkiego na zamkowych dziedzińcach i niekończących się schodach)

Dawni mieszkańcy zamku mieli też wiele ciekawych rozrywek: nieposłuszne panny zamurowywali żywcem w katakumbach, strzelali do leniwych chłopów z zamkowych murów, przebijali się kopiami na turniejach – to były czasy! Do zestawu turysty proponuję więc rycerskie gry planszowe i karciane. Z braku bieżącej wody i oczywistych problemów z kanalizacją dorzucam dla równowagi pachnące, ekologiczne prysznicowe utensylia oraz papier toaletowy (ten przyda się w zamkowych tojkach – z tego co pamiętam na Zamku X dalej obowiązywały średniowieczne zwyczaje).

Trochę reklamy z klimatycznym zacięciem i każdy praktyczny zamkowy gadżet znajdzie nowego właściciela. A do tego będzie faktycznie promował atrakcję i pochodził od miejscowych artystów. Zapakowany w szkło, len i papier idealnie wpasuje się w ekologiczny gadżet typowy dla „zielonego wydarzenia” no i przybliży nieco dawne zwyczaje.

Do tego mała rycerska kawiarenka, gdzie można wypić kawę, wodę, napar z pokrzywy, zjeść średniowieczny sernik czy tartę z leśnymi grzybami i dzikiem. I czemu temu wszystkiemu nie dać logotypu, wspólnego designem z wszystkimi zamkami w regionie?

Chyba właśnie opatentowałam „Zamek totalny” 😉 bo zamek to nie same stare mury i zardzewiałe zbroje. Każdy stary zamek potrzebuje nowoczesnego pociągnięcia pędzlem i nowoczesnych pamiątek. Nowoczesnego podejścia do zwiedzania (trzymaliście kiedyś średniowieczny miecz? Zakładaliście zbroję? Macie stylizowane zdjęcia w strojach z epoki?)

Na koniec zamkowy dowcip, (nie)stety autentyczny:
Znajomy chciał zwiedzić stare mury jednego z okolicznych zamków. Na miejscu okazało się, że jest tam tylko on z dziewczyną oraz trzech zamkowych przewodników, a zwiedzanie ruin jest możliwe TYLKO z przewodnikiem.
– Dzień dobry, chcieliśmy obejrzeć zamek.
– Ale zwiedzanie jest przy minimum trzech osobach.
-Dobrze, to poproszę trzy bilety.
– To niestety nie możliwe, bo wstęp jest darmowy.

Pozdrawiam.

'Made in Australia?'

O kubku słów kilka

Kupiłam sobie ostatnio, turystą będąc, kubek na drezdeńskim dworcu. Wielka rzecz. Kto nigdy nie przywiózł kubka z wakacji ręka w górę!

Dla mnie rzecz wielka, choć kubek, oceną babci, żadnych super mocy nie miał. Nie ma podwójnych ścianek, nie trzyma ciepła i parzy łapki, nie jest super kolorowy tylko bury, logo z Drezna to ma i owszem ale maciupkie, więc lans znikomy. Wieczko-nakrywka ma dziurę, więc jak się odwróci do góry nogami to wszystko się wyleje. Kicha. No super cech super kubek nie ma. Poza jedną.

Jest w całości recyklingowalny i ekologiczny, wykonany z włókien bambusowych i miału kukurydzianego a burość zawdzięcza brakowi barwników. Koniec kropka. Tyle w temacie super kubka. Nie mogłam go nie mieć.

WP_20160515_004

Ale wracając do logo – wygooglałam sobie kubek i znalazłam całą serię „Dresden eDition”, spójną, jednolitą graficznie, zwyczajnie ładną i nawet trochu z ekologicznym zacięciem (w tym tekturowe długopisy, bawełniane torby i kredki w kartonowym kubku). Prawdę mówiąc liczyłam jednak na więcej, w końcu Niemcy odzyskują ponad 45% odpadów – najwięcej w Europie i niemal w ogóle nie korzystają ze składowisk. Czemu tego nie wykorzystać? Nie pochwalić się całemu światu i tysiącom turystów: „Hej, jesteś w Niemczech! A my jesteśmy ultra ekologiczni i połowę tego co wyrzucasz przerabiamy na … to co trzymasz w ręce!” ?

Nie robią tego bo dla nich to oczywiste, tak oczywiste, że nie ma się czym chwalić. Szkoda, bo większość krajów UE mogłaby im zazdrościć bycia eko-supermenem gdyby tylko o tym wiedziała. Ja, eko mgr inż. przeczytałam o tym przy okazji przeglądania jakichś peanów o tym jaka Polska jest super bo zwiększyła dwukrotnie ilość przetwarzanych odpadów (z 10% do niecałych 20%, to wzrost o stówe…)

Ale nie chwalą się. W sumie to rzadko jakiś kraj czy region czymś się chwali i wykorzystuje swoje zalety w napędzaniu turystycznego boomu. Zamiast tego wszędzie są te same koszulki z tym samym motywem, te same czarne torby z ciągiem liter, te same kubki, czapki, ręczniki. Zmienia sie tylko nazwa miasta / kraju / zabytku. A czasem chciałoby się przywieść coś zwyczajnie ładnego i orginalnego bez przekopywania się przez sterty „staroci”, które tak na prawdę są chińskim odlewem, jednym z miliona. Fajnie byłoby miec też coś, co będzie wskazywać na konkretne miejsce i identyfikować to z lokalnym producentem. Fajnie byłoby mieć coś ekologicznego.

Mój tato kupił sobie kiedyś, milion lat temu, skórzane sandały u greckiego chłopa, jeszcze ciepłe, świeżo zszyte w dłoniach rękodzielnika. Kupił je nie dlatego, że były ładne, regionalne, ekologiczne, czy dlatego, że chciał wesprzeć akurat tego konkretnego Greka. Kupił bo rozpadły mu się stare. Teraz po 20 latach od tamtego wydarzenia na każdą „regionalną” budę patrzę z podejrzliwością. Bo skórzane sandałki poznały greckiego producenta na lotnisku jak wyjeżdżały ze skrzyni z napisem „made in China”. Wszędzie widzę spisek 😉

DSC_1023

W Chorwacji uparłam się, żeby przywieźć ser z Pagu. Nie kupiłam go w sklepiku w centrum turystycznego kurortu, ale na Pagu, w przydrożnej budzie pośród skał, trawy i chorwackiej nicości. Kazałam sobie odkroić połowę krążka a jak zobaczyłam cenę na kalkulatorku trzymanym przez krzakową babcię, to usłyszałam krążące nad głową sępioły, czekające na moje poćwiartowane zwłoki porzucone na poboczu przez Prywatnego Kierowcę, gdy zobaczył jaka suma ubyła z portfela (ostatecznie na końcu był przecinek i kwota cudownie zmalała 100 krotnie oszczędzając mi tortur bo w bagażniku zamiast tasaka była no najwyżej plastikowa łyżeczka). W sumie z CRO nie przywieźliśmy nic więcej, poza dwoma flaszkami gruszkowej berbeluchy – jedna poszła jako „zaliczka” przy wyrabianiu chińskiej wizy a druga czeka… Some say, że można ją dodać do ciasta, bo w smaku jest jak odkażacz narzędzi chirurgicznych.

pag-cheese-1

Potem były Chiny, ale tam produkują wszystko dla wszystkich, więc cokolwiek bym nie kupiła (chińskie Audi, BMW, kein problem!), to wsparłabym lokalny przemysł 🙂

Skoro jednak ów kubek rzucił mi się w oczy od razu, w pierwszym sklepie, bez szukania, to dlaczego nie zrobić całej serii eko gadżetów dla turystycznych eko-freaków?

Co trzymasz pod zlewem ?

Przyznaję się bez bicia, że nie segreguję odpadów. Dlaczego? bo… bo nie. Bo leniwa jestem, bo mi się nie chce, bo to dużo zabawy, bo pomimo starnnego, 5-letniego wykształcenia w ww zakresie nie wiem w sumie co gdzie wrzucać, bo nie wierzę, że faktycznie segregowanie jest równoznaczne z odzyskiem, ba, widzę co środę jak śmieciara wrzuca zawartośc każdego kubła do swojego (jednego) brzucha. No chyba , że w środku jest armia małych rączek, które to na bierząco przerabiają. Wątpię. Ale niech będzie. Mamuśka segreguje, to co, gorsza nie będę!

Obejrzałam swój podzlewowy otwór inżynierskim okiem. Póki co stoi tu wieeeelki potwór, połykający wszystko i wszystkich – głównie moje poczucie estetyki. Połyka wszystko co się do niego wrzuca (czasem łącznie z workiem) po czym elegancko co kilka dni wypluwa pojedyncze rzeczy – znak, że się najadł i więcej nie wejdzie. Trza opróżnić.

Trash_can_monster

Pomierzyłam, pomacałam, zaglądnęłam w każdy kąt – może da się tu coś wepchnąć, jakąś segregowarkę, najlepiej z Ikei. Bez wahania wrzuciłam na niebieskiej stronie w wyszukiwarkę „segregowanie odpadów” i jest to o co mi chodziło – biały pojemnik z uchylnym wieczkiem i w dwóch rozmiarach, o pięknym imieniu Sortera (no jasne…). . Sortera jednak nie będzie nowym modelem mojego potwora,bo jest za długa i zwyczajnie się w dziurę nie zmieści. Szkoda 😦 Ale obok Sortery stoi jej czarna siostra Variera. Kubeł jak kubeł, szału nie ma, ale do szafki zmieszczą mi się tylko dwa. Decyzja, jeden na odpady ogólnorozwojowe (czyli te gdzie mgr inż inżynierii środowiska przyznaje, że nie wie gdzie to wrzucić) i Plastik – po wygooglaniu (o mój dyplomie!) wciągający również puszki po browarze i kartony po mleku i soku.

Tu przypomina mi się historia, cały czas aktualna i problematyczna – kawa w kapsułkach, a konkretniej same kapsułki. O ile kartony po mleku da się podobno rozłożyć na części pierwsze i odzyskać papier i plastik, o tyle kapsułki są puszką Pandory XXI wieku. Sam producent tejże kawy przyznał, że „mamy pełną świadomość, że odpady powstające podczas korzystania z jednorazowych nabojów K-Cup, są dla nas jednym z najważniejszych wyzwań ekologicznych”. Takie miło brzmiące frazesowe bzdety – wiemy, że coś jest na rzeczy a jak nie będziemy mieli co robić to może pomyślimy jak sobie zwiększyć koszty.

Kapsułki – zarówno z kawą, jak i herbatą – praktycznie nie nadają się do recyklingu, bo produkowane są z trzech materiałów: plastikowy kubeczek zgrzewany z papierowym filtrem, zamykany jest aluminiową przykrywką powlekaną polietylenem. Kawa w takiej kapsułce ma pewnie termin przydatności: następne zlodowacenie na równiku.

Ale skoro wszystkie mądre głowy twierdzą, że kartony po napojach są ok, to niech im będzie. Tu mam jasnośc, a co z resztą? Gdzie wrzucać całe stosy opakowań ze wszystkiego? Co z folią otulającą butelkę z szamponem, która przydaje się chyba tylko do przyklejenia metki? Co z opakowaniem po sushi, które składa się z 6 części (kartonika, plastikowego pudełka, plastikowej tacki, papierka na pałeczki, 3 opakowań na sos sojowy, wasabi i marynowany imbir)? Gdzie wrzucić pałeczki po sushi? Czy ze słoika po dżemie mam zerwać etykietkę? W końcu to papier… Czy wieczko z jogurtu razem z kubeczkiem? Czy siatka po cebuli i ziemniakach do plastików?  Czy jak umyję butelkę po oleju to już jest odzyskiwalna? A co ze słoiczkiem po oleju kokosowym? Ten zatłuszczony jest nie ok? A opakowanie po twarogu składające się z folii i pergaminu? A milion innych rzeczy z czego, jak się okazuje może z 10% mam pewnośc a reszta nie nadaje się ani do plastików ani do papieru ani do szkła?

Nie twierdzę, że ludzie są głupi i nie poradzą sobie z butelką po winie czy po Coca-Coli, ale nawet ekspert od tego jak ulżyć środowisku ma czasem zagwozdkę.

A gdyby tak… zobowiązać wszystkich producentów wszystkiego, żeby na opakowaniach swoich super produktów umieszczali kolorowy symbol identyfikujący opakowanie z odpowiednim kubło-połykaczem? Gdyby za każde opakowanie z gatunku „nie wiem”, takie które w sumie nie pasuje do żadnej z kategorii była kara/podatek/ograniczenia w obrocie/sankcja jakaś ?

Na każdym opakowaniu z żywnością jest konieczność dodatkowych oznaczeń: kaloryczność, zawartośc białek, cukrów, trójkącik z oznaczeniem stosowanego tworzywa sztucznego, pan „zgniatacza” albo rączka „zgniatarki”, która informuje mnie, że fajnie by było jakbyś jednak zgniotła mnie przed nakarmieniem potwora, czasem są zielone strzałeczki „posortuj mnie!”. Skoro dało się to wszystko umieścić na podstawie dyrektyw, ustaw i ustaleń to dodanie dodatkowego znaczka czy dwóch nie powinno być bardzo trudne. Chyba.

Nie byłbym sobą, gdybym nie zrobiła małego przeszukania chaty. Na pierwszy ogień poszła kuchnia. Na produktach spożywczych zielone strzałki czasem są a czasem, na absolutnie oczywistej szkalnej butelce po soku, ich nie ma (a może jest, ale chyba oznaczenia nie są zunifikowane). Na produktach „trudnych” jak twaróg nie było nic, na sushi zielone strzałki (spoko, dam sobie rade co gdzie, poza pałeczkami. Może to bio? Ale na bio nie mam kubła).

Przeszłam do łazienki – na obu płynach do prania – zaskoczenie. Strzałki ying yang + kolorowe loga ekologicznych akcji „cleanright” i „our home our planet” z odnośnikiem do strony (ciekawe ilu osób na świecie w ogóle było na tej stronie… ja bylam 😉 na której jednak nie ma nic ciekawego – ot jakaś akcja HRowa czy BHPowa, żeby metryki się zgadzały i prezes był zadowolony).

Dalej był sprzęt elektroniczny (spokojnie, nie trzymam pudeł po lodówce) i karton od laptopa. HA! Mistrzostwo! Pudło w 80% wykonane z materiałów „post-konsumenckich” i całkowicie odzyskiwalne. Do tego wszystkie nadruki wykonano tuszem z soi (tu akurat się nie wypowiem). ASUS się przyłożył. W końcu to opakowanie jest dość istotne, choć myslę, że niewiele osób je faktycznie wyrzuca (na szczęście w PL już można i nie wpływa to na gwarancję).

A gdyby tak… nie było opakowań. Nie było pudeł, toreb, zgrzewek, nie było niczego. Gdyby wszystko było gołe i naturalne, bez niepotrzebnego luksusu strojnego otulacza. Gdyby było nagie jak TU. To mi sie marzy, u mnie, we Wrocławiu, ale na takie pomysły trzeba miec sponsora, albo kupę siana i niekoniecznie tylko tego z ekologicznego gospodarstwa. Może kiedyś, po super podwyżce, napadzie na bank, podszyciu się pod wnuczke jakiegoś Redforda. Ale biznesplan mam 🙂

W tym cały segregowaniowym bałaganie jest jednak ukryty bonus dla mnie – będę starać się świadomie wybierać produkty ubrane w jak najmniejszą ilość zbędnego odzienia – dla własnej wygody. O ile pojadę do Ikei poznać Varierę.

'I miss the days when you could chuck stuff in the bin and not have to think about it for ten minutes.'

żródła:

http://www.latimes.com/business/la-fi-keurig-sale-20151207-story.html 

http://kobieta.onet.pl/zdrowie/zycie-i-zdrowie/kawa-z-ekspresu-to-same-klopoty/nglqr

www.nagieznatury.pl