Stek z umarlaka w żelu z pomarańczA

Bawi mnie zawsze do łez jak ktoś chce być strrrasznie „ą” „ę”, a słoma wychodzi z butów aż skrzypi. Mistrzem słomy jest… winogron oraz pomarańcz. Obaj stają zawsze na pierwszym miejscu podium mistrzów ojczystej mowy w kategorii Januszy biznesu. Na winogronA i pomarańczA nadziewam się zawsze wtedy kiedy się nie spodziewam, bo występują w iście sarmackim towarszystwie. Winogron i pomarańcz są jak kupa na środku wykrochmalonego obrusa, jak włos wyciągnięty z potrawy MasterSzefa.

Nie żebym czuła się bardzo pewnie w „to piszemy razem a to osobno” ale końcówki Ą, Ę, OM, EM to moja mega silna strona, nie zagnie mnie w tym nikt. W końcu nie od czapy w liceum przeszłam parę etapów olimpiady z poprawnej polszczyzny. A więc „bezpieczĘsto”, „kliĘtom”, „klientĄ”, „kontrahentĘ” to dla mnie kaszka z mleczkiem.

Kopnął mnie zaszczyt ostatnio, co rzadko się zdarza, korpo kolacji z szefami wszystkich szefów. Kolacji w knajpie, której nazwa nigdy mi sie o uszy nawet nie obiła, a skoro się nie obiła to na pewno nie bez powodu. I to raczej gorzej niż lepiej.

Żeby nie wyjść na buraka i mieć ogólne pojęcie o cenach i menu, rzuciłam okiem na stronkę internetową lokalu.
Em, żem zdębła! Nie skończyłam jeszcze listy przystawek a już nie zrozumiałam co najmiej kilku składników każdej z nich.

  • coulis wiśniowy – kto zgadnie bez żenującego googlania na smartfonie pod stołem?
  • puder z marchwi – cukier puder … hmm.. z buraków, to tak jakby się da…
  • piklowany złoty burak – blehh burak w occie. Gdzie tu arcydzieło kulinariów?
  • żel z buraków – interesujące nawet to.
  • verrine z musem z koziego sera – terrina to taki galaretko-pasztet, a verrine?
  • puder z buraków – o! cukier puder!
  • szczawik – to taki mały szczaw, jakim się karmi króliki?
  • crostini – to wiem!
  • grillowany ser halloumi – damn! dziewczyno! w końcu na coś się to twoje jeżdżenie po świecie przydało!
  • mus z topinambura – puree z bulwy. Pisałam o niej pracę magisterską. Na cos się przydała…praca w sensie.
  • nasturcja – taki kwiatek
  • POMARAŃCZ – jest! Pomarańcz!
  • olej rydzowy – a przepraszam.. jak się go robi? topi rydze w rzepakowym, czy jakoś te rydze wykręca?
  • żółtko sous vide – ?
  • piana chrzanowa – nie mam dzieci, ale jakoś dziwnie mi się kojarzy
  • kataifi – …. kill me…
  • puder z orzechów włoskich – co wy macie z tym pudrem?!
  • oliwa truflowa – o wow… pewnie podobnie się robi jak rydzową
  • wędzona sól morska – proces produkcyjny tejże musi być szalenie ciekawy. Dostajesz bryłę osmolonej soli do lizania
  • kaszanka z niemczy – przeczytałam kaszTanka. To pewnie przez tego 11 listopada, Piłsudski i w ogóle.
  • chips ze skorzonery – …yyy…. ale, że jeden?
  • pomarańcz – Znowu!
  • coppa – to jakaś wędlina, bo była na desce wędlin
  • reblochon – to dla odmiany ser, bo był na serach
 

Ok, dobra to jesteśmy po przystawkach. Trochę mi już gorąco, więc przejdźmy dalej. Dalej są Sałaty. Tu niby nic trudnego, bo co może być trudnego w sałacie. A jednak:

  • croutons
  • płĄtki migdałów – taaa, czepiam się
To przejdźmy do dań głównych, bo nic nie zjadłam jeszcze.

  • coulis żurawinowy z maliną
  • marynowana słonina z Niemczy – nie wiem… słonina to tak jakby na skwarki i do smalcu. Chyba, że słonina jako mięso ze słonia. Gdzie w Niemczy hodują słonie na steki?
  • pęczotto – ok, wiem
  • soliród – nie wiem.. woda z dna rzeki z mułem? Soliród jest z wędzoną solą, to ta sól to taka lizawka dla konia a wędzona, bo po pożarze stajni. Soliród będzie tu wędzoną koniną…
  • stek z różowego tuńczyka – wiem co to jest. Ale korci mnie zapytać kelnera czy wie z jakich łowisk ten tuńczyk i czy przypadkiem nie zjadam ostatniej sztuki ever.
  • biała trufla – rrrrrrr, ale że w sensie to to, do szukania czego szkoli się świniaki?
  • piana z jabłek – znowu jakaś piana. Tak, kojarzy mi się to z kupą.
  • biodrówka jagnięca – ajjjjć, chyba skłaniam się ku wegatarianizmowi
  • ziemniaki fondant – W googlach fondant jest czekoladowym, rozpływającym się ciasteczkiem. Ciasteczko z ziemniaka.
  • STEK WOŁOWY, MŁODE ZIEMNIAKI, RUKOLA, SOS DO WYBORU:GORGONZOLA / PIEPRZOWY – wszystko wiem! Ale nie zamówię, bo najdroższe ze wszystkiego 😦

Tradycyjna polska kuchnia. Nie ma co.

Miałam sobie przygotować jakieś inteligentne tematy rozmów, żeby mieć o czym z szefami konwersować. Boję się, że tematów mi nie zabraknie, ale będą one dotyczyły głównie jedzenia, kuchni regionalnej z lokalnych, sezonowych składników. Ryb przełowionych, ultra rzadkich. Będę mówić o tym, że zamawianie tuńczyka to nie szczyt snobizmu ale głupoty, że większość światowych upraw kukurydzy jest modyfikowana genetycznie i chcę wiedzieć czy te kukurydzine chrupki  w zupie są modyfikowane czy nie. Chcę znać pochodzenie białych trufli. Chcę wiedzieć czym są te wszystkie dziwne rzeczy i czy na pewno nie można było ich zamienić na inne, bardziej swojsko brzmiące. Będę uważnie obserwować czy wszyscy znają każdy składnik zamówionej potrawy. Może jestem inna ale jakoś nie jaram się jak zapałka na widok tych wszystkich dziwactw. Jarałabym się na widok ekologicznej, wyrafinowanej kuchni bazującej na świeżych, regionalnych specjałach.

I korci mnie, żeby zapytać o tego pomarańcza  Co to takiego? Taki gorszy brat pomarańczy? Taka moja cicha zemsta za tą katorgę przedzierania się przez szalone menu. Przez menu, które ma zrobić z normalnego zjadacza frytek debila. Menu, stworzone po to aby pokazać wielkość właściciela, jego znajomośc sztuki kulinarnej, znajomość słownika wyrazów trudnych, znajomość technologii zmiany stanu ziemniaków, buraków, marchwii na półpłynny i pyłowy. I nieznajomośc ortografii. Podstawowej.

Kurtyna opada.
forcing-kids-to-eat-their-food-dinner-meme
Reklamy

Nie rajskie palmy

Miało nie być o jedzeniu, ale w przypadku tego tematu wyjątkowo się nie da. Na początek zagadka The Guardian: „You wash it, you brush with it, u apply it, toast is, cook with it, spread it, eat it, its in 50% of what you buy. The story that ends in your cupboard but begins in rain forest”

Palm_oil

Gdzieś mi się obiło o uszy, że do 2022 roku (za 6 lat!) zostanie zniszczonych 98% powierzchni lasów deszczowych Sumatry i Borneo – zostaną wykarczowane pod plantacje palmy olejowej. Ja, jak to ja, zrobiłam dochodzenie „co to, skąd to, do czego to” i… oniemiałam. Olej palmowy, niczym Agata Młynarska, jest wszędzie.  Niczym arabski uchodźca zmienia twarze, imiona, postacie, wkrada się niepostrzeżenie do moich zakupów i wie, że go nie nakryję, bo się go nie spodziewam. Dopiero w trakcie przeszukania domu odkryłam jego gniazdo w szufladzie w kuchni. I jeszcze bezczelnie twierdził, że był tu zawsze a ja nagle zaczęłam robić z tego tytułu wielki problem.

Tak…  tyle lat przyczyniałam się to wycinania sumatrzańskiej dżungli. Tak samo jak moja mama przede mną i jej mama przed nią, i, co gorsza, jej mama przed nią! (4 pokolenia inteligentnych, wykształconych notabene wyższo babeczek, potrafiących, czytać, pisać i rachować i tak się dały nabrać!).

Absolutnym hitem i mistrzem kamuflażu okazała się margaryna Kasia & Palma. Palma jest chyba najbardziej zakorzenionym w kulturze PL produktem wypiekowym a do tego na opakowaniu Pan Murzynek i.. palma, aż krzyczą „tu jesteśmy a ty patrzysz i nie widzisz”. Margaryna jest utwardzonym tłuszczem roślinnym, a właściwie ich miksem – wystarczy przeczytać skład – olej rzepakowy, słonecznikowy, palmowy w różnych ilościach.  Margaryna jest w przepisie mojej prababci (!) na spód sernika. W przepisie wykaligrafowanym ręcznie milion lat temu, którego skan mam na tablecie… (świąteczny sernik był z majonezem – babcia uznała go za hit, oczywiście nieświadoma świętokradztwa. Dla równowagi dodałam szafran, bo nie miałam pojęcia do czego go użyć).

Nutella poleciała jako druga. Z bólem, bo już nigdy nic. Poleciała, bo oleju palmowego jest tam więcej niż orzechów. Pod lupę poszło też masło orzechowe 98% z fistaszków. Nutellę odżałuję, ale masła mi szkoda, bo jest świetne przed i po treningu, a mój blender prędzej umrze niż zmiksuje orzechy na masło.

Trzecią rzeczą był, i tu uwaga, kolejny „żelazny” punkt mojego kuchennego wyposażenia. Rosołki. Rosołków mam milion, w każdym smaku i w każdym kolorze. W końcu to podstawowa „przyprawa”, która z wody wyczaruje rosół, gulasz, sos do mięska – wszystko. W „rosołku” z kury, kura jest na 27 miejscu spośród 39 składników i jest jej 0,02g. Na górze jest palma i glut(animian). Zrobiłam ostatnio gulasz bez rosołka – gotował się 3h zamiast 30 minut i był taki dobry jak nigdy, ale do szybkiego, nieweekendowego, gotowania to mu daaaaleko. Szkoda, ale na moim nowym, ulubionym, jadłoblogu pojawił się przepis na domowy bulion, który potem się kostkuje jak lód – mistrzostwo.

Kolejnym nielegalnym imigrantem były frytki. Wszystkie. Frytki w fastfoodach są smażone na wielkiej bryle smalcu vel oleju palmowego (skąd wiem? – Paaanie, czego ja w życiu nie robiłam…). Odpadają też frytki gotowe, zapakowane, we wszelkich fikuśnych kształtach do domowego użytku. Bo są nasączone palm oilem jak gąbki. Podejrzliwie przyglądałam się poczciwym ziemniakom z oskarżycielskim „na pewno coś ukrywacie!”.

Z mojego śledztwa wynika, że olej palmowy jest w chipsach i batonikach, w panierowanych paluszkach rybnych, w gotowych musli, w chińskich zupkach, w kosmetykach bo są bardziej… kremowe. Jest wszędzie tam, gdzie się nie spodziewałam. Pocieszam się, że raczej na pewno nie ma go w produktach „nagich”, naturalnych, „z pierwszego tłoczenia”, we wszystkich, które są sobą w 100% – np w sałacie, albo mące żytniej. Ale ten Kitkat Peanut Butter.. boli ;).

Nie przyczepiam się do oleju palmowego bo zawiera nasycone kwasy tłuszczowe, albo ich nie zawiera w zależności od opracowania i kto za nie zapłacił. Nie przyczepiam się że dodaje się go do produktów do których z powodzeniem można by dodać oleju z rzepaku czy słonecznika wspierając lokalny rynek producentów. Nie przyczepiam się z zawiścią, że się świetnie przechowuje, jest łatwy i tani w pozyskiwaniu i można go wykorzystać do wszystkiego.

Przyczepiam się, bo Borneo i Sumatra od dziecka kojarzyły mi się z lasami deszczowymi, orangutanami, rajska labą na rajskiej wyspie. Za 7 lat nie będzie ani lasów ani małp ani raju. Będzie wielka plantacja.

Jak wszystko, sprawa oleju nie jest czarno – biała, ale ma bardzo wiele szarych odcieni i jest pełna moralnych dylematów. Pomiędzy moim oburzeniem pierwszego świata, nakarmionego i ogrzanego konsumenta są problemy trzeciego świata – głodnego i niedoinwestowanego producenta. Obecny system światowej gospodarki nie jest w stanie zaspokoić przeciwstawnych potrzeb wszystkich.

Do dalszych rozważań i dociekań polecam:

  1. Multimedialna stronę The Guardian – świetnie rozrysowane wykresy i mapy
  2. Artykuł The Economist – wyjątkowo interesujący w stylu dziennikarstwa śledczego, podejmujący m.in. tematy ekologicznego oleju i stanowiska koncernów spożywczych i kosmetycznych

palm oil and orangutans copy