O jajku prosto od kury i mleku prosto od krowy

Będzie to pierwsza część poradnika „Jak być dobrym człowiekiem”. Poważnie 🙂 Ale o ile na cechy charakteru nie bardzo potrafię wpływać (jeszcze) to na zachowania czyjeś czasem mi się uda (o ile ktoś bardzo się nie opiera, nie kopie i nie gryzie).

Obserwuję od jakiegoś czasu pewną stronkę na fejsbuniu. Profil ten traktuje o kupowaniu polskich produktów, co wnoszę po jego nazwie (nie zdradzę nazwy, bo nie będzie to tekst pochwalny dla tegoż profilu) i jest pewnego rodzaju deklaracją. Ostatnio pojawił się na nim wpis: „MOJE PRAKTYKI ZAKUPOWE, CZYLI JAK UDAŁO MI SIĘ OBNIŻYĆ WYDATKI NA ŻYWNOŚĆ BEZ SZUKANIA KOMPROMISÓW MIĘDZY CENĄ A JAKOŚCIĄ”, o tym jakie autorka ma sposoby na oszczędzanie. Wpis zostanie na długo w mojej głowie i pewnie będę do niego jeszcze często wracać, bo wprawił mnie, może nie w osłupienie, ale w zadziwienie i zadumę nad światem i ludźmi.

Rodzina autorki prowadzi szczegółową ewidencje wszystkiego co kupuje: zapisują KAŻDY paragon i wzajemnie się rozliczają (ja odpowiadam za żarcie a ty za rachunki, ale jak nie zrobię ci obiadu albo śniadanka w domu, a nazajutrz ty sobie go kupisz, to ja ci oddam hajs- WTF???). Ale ok, niech będzie. Chcą mieć kontrolę nad wszystkimi wydatkami co do grosza? Ich sprawa. Chcą się rozliczać z każdej słodkiej bułki, każdego Maca i każdej frytki? Ich sprawa. Rozumiem, że jak jedno wróci do domu 2h później niż zazwyczaj to dostaje zwrot monet bo nie zużyło tyle prądu i wody co zwykle (światło mniej się świeciło itp). Dalej jednak, jako punkt pierwszy sposobów oszczędzania, jest coś co mnie zwaliło z nóg. Ze śmiechu. Coś co jest hejtowane przeze mnie od wieków i lat, coś czego nigdy nie mogłam zrozumieć (teraz bedzie cytat):

#1 / Zakupy robię tam, gdzie jest najtaniej.
To chyba oczywiste. Dokładnie zapoznałam się z cenami kupowanych produktów w najczęściej odwiedzanych przeze mnie sklepach. Wiem, w którym z nich najtaniej kupię kostkę masła, sery czy moją ulubioną herbatę. Czasami różnice w cenie potrafią wynieść nawet kilka złotych (np. w jednym sklepie syrop Premium Rosa potrafi kosztować niecałe 9 złotych, w innym – ponad 11 złotych).

Umarłam. Ze śmiechu. Może jestem jakaś niedzisiejsza, ale gazetkowe promocje były tematem numer jeden na każdej „imprezie u cioci” oraz w mojej poprzedniej pracy (przez to nie było ze mną o czym pogadać, bo w opinii współpracowników niczym się nie interesowałam…). Promocja „2 pln taniej na kilogramie schabu” ma sens wtedy kiedy zamierzam kupić tego schabu 30 kg. Ale dla jednego kotleta? A 50gr oszczędności na kostce masła gdy muszę po nie drałować w mrozie, po 8h pracy, na drugi koniec osiedla, kiedy marzę tylko o tym zeby walnąć się na kanapę? Bezsens. Jeśli kiedyś to zrobię to proszę mnie od razu zastrzelić i dla pewności przebić kołkiem osinowym.

oszczedzanie

I żeby jasność była – liczę się z kasą, bo na niej zwyczajnie nie śpię. Ale nie należę do tej grupy ludzi, która potrafi, z dokładnością do 2 miejsc po przecinku, powiedzieć ile kosztuje masło łaciate w Społem, ile w Żabce a ile w Piotrze i Pawle. Serio. Mam inne hobby i swoją mózgową pamięć podręczną i operacyjną wykorzystuję na nieco inne dane. I zwyczajnie mnie to nie interesuje. Nie uważam również, żeby zdrowe było przeliczanie ile oszczędza się na jedzeniu, karmiąc piersią, pijąc kawę „w gościach”, bo jest droga i nie niezbędna do życia, pijąc wodę z filtra a nie mineralną czy odmawiając sobie wszystkiego na co ma sie akurat ochotę, żeby zaoszczędzić 2 czy 5 plnów (nie wymyślam sobie tych rzeczy, wszystko tam było). Nie uważam również, żeby fajne było spędzenie połowy lata na słoikowaniu wszystkiego co się da w ilościach hurtowych. Sama czasem coś zasłoikuję, ogóra jakiegoś, czy maliny i chętnie przyjmuję słoiki od babci. Ale w ilości detalicznej. Nie w hurcie. Nie kiszę 10 kilogramów kapusty i 50 kg ogórków (nie wymyślam ilości, bo wszystkie słyszałam w opowieściach w tej robocie co mnie nie lubili, bo nie było o czym ze mną pogadać :)). Przypomniał mi się jeden osobnik rodzaju męskiego, z którym kiedyś studiowałam. Nie można było z nim iść normalnie, po studencku, na przyodrzańskie wały na browarka, bo osobnik ów, musiał odwiedzić najpierw 5 sklepów porównując ceny, by ostatecznie wrócić do tego najtańszego. Wyprawa trwała godzinę i dopiero w trzecim sklepie z kolei spostrzegłam się w czym rzecz (myślałam, że koneser czy coś….). Krótka znajomość to była. I pouczająca.

Ale żeby nie było, że nie interesuję się tym co, gdzie i za ile kupuję. Zwyczajnie kieruję swoją uwagę nieco w inną stronę:

  • staram się kupować żarełko w polskim sklepie. Najczęściej jest to Piotr i Paweł, bo mam w miarę blisko, do tego jest tam porządek, dość czysto i całkiem spory wybór wszystkiego. Nie jest prawdą, że to przeokrutnie drogie delikatesy. Ceny sa tam ok 2-3% wyższe niż w tesco (sprawdziłam to na koszyku o wartości ok 300pln z produktami każdej kategorii, tych samych producentów)
  • kupując, niech będzie, masło wybieram oczywiście to tańsze, ale naszego producenta. Jogurty kupuję tylko naturalne Bakoma, Piątnica, Krasnystaw (tu się zaparłam – choćby Zott był za półdarmo, to nie wezmę)
  • ostatnio niektóre rzeczy zamawiam od LokalnyRolnik.pl. To taka platforma łącząca rolników z indywidualnymi odbiorcami. Produkty tam oferowane, są sezonowe i niekomercyjne, często w opakowaniach, które „nieprzystoją” marketom. Są również oczywiście nieco droższe niż sklepowe, ale czasem na prawdę warto.

Teraz pozachwalam trochę Lokalnego Rolnika 🙂 Zakupy zrobiłam tak raptem 3 razy (jestem świeżakiem) i z reguły są to produkty, o których krąży obiegowa opinia, że „wiejskie są najlepsze, a więc:

  • jajka – jakoś nigdy nie wierzyłam, że jajko od kury z trawy smakuje inaczej od takiego od kury z klatki. Badania i moje prywatne doświadczenia empiryczne dowodzą, że żółtka w jajkach ekologicznych nie są bardziej  żółte niż te klatkowe. Jajka ekologiczne nie są też smaczniejsze. Wszystkie smakują tak samo. Jednak wybieram te ekologiczne czy od chłopa, bo tak. Bo nie podoba mi się chów klatkowy ani żaden inny niewolniczy. Pozatym jajka klatkowe pomimo takiego samego smaku i koloru jak eko mogą mieć nieco inny skład i nie do końca dobry wpływ na zjadacza;
  • mleko – przerzuciłam się jakiś czas temu za działaniem mojego T, z mleka UHT na świeże, pasteryzowane w temperaturze ok 60 stopni. Dzięki temu w mleku jest jeszcze trochę barterii a nie same trupy pływające po powierzchni zabielonej wody. Czy takie mleko smakuje inaczej? Nie wiem, wydaje mi się, że nie. Zamówiłam ostatnio od rolnika mleko surowe całkiem, dojone od krowy prosto do butelki. I..? Smakuje tak samo jak to świeże po pasteryzacji. Może dlatego, że piłam zimne, a wtedy mało co ma smak;
  • kefir – na wakacjach byłam na Kaszubach. Jadąc do Malborka na zamek, wpadlismy po drodze do knajpy o nazwie „Papudajnia” na szybkie, domowe żarełko. Obiadek bardzo smaczny, ale maślanka…. no niebo! I kefir od rolnika mi tą maślankę przypomniał – w ogóle nie wodnisty, aksamitny, gęsty, delikatny w smaku, troche śmietankowy. Mniam.
  • chleb – każdy chleb nieprzemysłowy, tylko taki na zakwasie z listą składników ograniczoną do 4 – jest dobry. Ja, pomimo szczerych chęci, nie odkryłam jeszcze tajemnicy chleba doskonałego, więc przepadam za kupnym 😉 Jesli odbieram chlebek z zamówieniem to na dzień dobry zjadam pół bochenka…
  • ryby – moja lista ryb, które kupuję jest ograniczona przez wytyczne wwf. Ryb morskich we Wrocławiu jest mało (żądamy dostępu do morza!), ale z jakiejś przyczyny łatwiej dostać halibuta z lodu niż świeżego śledzia. Od rolnika kupuję pstrągi, bo są jedyną rybą, którą potrafię przyrządzić, a wierzcie, że koło Gessler nie leżałam. Pstrągi są zapakowane próżniowo, bardzo świeże no i smaczne!
  • owoce i warzywa – nie próbowałam zbyt wielu, bo tu bardzo daje się we znaki sezonowość. W zimie mogę dostać marchewkę, buraki czy ziemniory (kilka gatunków), zdaża się jarmuż, do którego się nie przekonałam. Z owoców próbowałam jabłek (jest wiele odmian i w końcu mogłam spróbowac, które lubię a które nie).
  • masło – zostało bohaterem posta… Kupiłam ostatnio masło od chłopa. Drogie. Bardzo. Ale z drugiej strony ile zużywam masła w miesiącu? Nie zbiednieję. Pozatym, w przeciwieństwie do jajek, jest absolutnie fantastyczne. Masło jest tłuściutkie i takie hmm.. mleczne. Miastowa jestem to takiego wiejskiego masła jeszcze nie jadłam. Na prawdę warto.

Próbowałam też miodów, ale te, z zasady, mają mały „nakład”. W zasadzie większość miodów to produkty lokalne z rodzinnych pasiek.

IMG_20170201_184655_resized_20170208_074323832.jpg

Czemu to robię? Czemu tak się upieram przy tej lokalności zakupów i zwracam szczególną uwagę na miejsce pochodzenia tego co kupuję? Bo mało rzeczy mnie tak smieszy jak narzekania małych polskich przedsiębiorców, że jest ciężko, że nie mają klientów, że ludzie wolą tańszy chłam, gdy sami robią zakupy w NETTO czy LIDLu bo tanio i blisko i kupują jogurt Zott bo był tańszy o 20gr od tego z Piątnicy. Nie ma tu sprzeczności? Jeśli marudzimy, że jest nam źle, to na pewno nie jesteśmy osamotnieni, ale może sami wpływamy na to, że tak jest i możemy temu łatwo zaradzić?

Widziałam ostatnio taki obrazek: kiedy kupujesz coś od małego przedsiębiorcy, ktoś odstawia mały taniec radości. Prawda. Dajmy trochę radości naszym, bo to fajne. I dobre 🙂 W końcu chcemy być dobrymi ludźmi, prawda?

15665700_1276871519044258_5527755123611363653_n

 

Reklamy

Stek z umarlaka w żelu z pomarańczA

Bawi mnie zawsze do łez jak ktoś chce być strrrasznie „ą” „ę”, a słoma wychodzi z butów aż skrzypi. Mistrzem słomy jest… winogron oraz pomarańcz. Obaj stają zawsze na pierwszym miejscu podium mistrzów ojczystej mowy w kategorii Januszy biznesu. Na winogronA i pomarańczA nadziewam się zawsze wtedy kiedy się nie spodziewam, bo występują w iście sarmackim towarszystwie. Winogron i pomarańcz są jak kupa na środku wykrochmalonego obrusa, jak włos wyciągnięty z potrawy MasterSzefa.

Nie żebym czuła się bardzo pewnie w „to piszemy razem a to osobno” ale końcówki Ą, Ę, OM, EM to moja mega silna strona, nie zagnie mnie w tym nikt. W końcu nie od czapy w liceum przeszłam parę etapów olimpiady z poprawnej polszczyzny. A więc „bezpieczĘsto”, „kliĘtom”, „klientĄ”, „kontrahentĘ” to dla mnie kaszka z mleczkiem.

Kopnął mnie zaszczyt ostatnio, co rzadko się zdarza, korpo kolacji z szefami wszystkich szefów. Kolacji w knajpie, której nazwa nigdy mi sie o uszy nawet nie obiła, a skoro się nie obiła to na pewno nie bez powodu. I to raczej gorzej niż lepiej.

Żeby nie wyjść na buraka i mieć ogólne pojęcie o cenach i menu, rzuciłam okiem na stronkę internetową lokalu.
Em, żem zdębła! Nie skończyłam jeszcze listy przystawek a już nie zrozumiałam co najmiej kilku składników każdej z nich.

  • coulis wiśniowy – kto zgadnie bez żenującego googlania na smartfonie pod stołem?
  • puder z marchwi – cukier puder … hmm.. z buraków, to tak jakby się da…
  • piklowany złoty burak – blehh burak w occie. Gdzie tu arcydzieło kulinariów?
  • żel z buraków – interesujące nawet to.
  • verrine z musem z koziego sera – terrina to taki galaretko-pasztet, a verrine?
  • puder z buraków – o! cukier puder!
  • szczawik – to taki mały szczaw, jakim się karmi króliki?
  • crostini – to wiem!
  • grillowany ser halloumi – damn! dziewczyno! w końcu na coś się to twoje jeżdżenie po świecie przydało!
  • mus z topinambura – puree z bulwy. Pisałam o niej pracę magisterską. Na cos się przydała…praca w sensie.
  • nasturcja – taki kwiatek
  • POMARAŃCZ – jest! Pomarańcz!
  • olej rydzowy – a przepraszam.. jak się go robi? topi rydze w rzepakowym, czy jakoś te rydze wykręca?
  • żółtko sous vide – ?
  • piana chrzanowa – nie mam dzieci, ale jakoś dziwnie mi się kojarzy
  • kataifi – …. kill me…
  • puder z orzechów włoskich – co wy macie z tym pudrem?!
  • oliwa truflowa – o wow… pewnie podobnie się robi jak rydzową
  • wędzona sól morska – proces produkcyjny tejże musi być szalenie ciekawy. Dostajesz bryłę osmolonej soli do lizania
  • kaszanka z niemczy – przeczytałam kaszTanka. To pewnie przez tego 11 listopada, Piłsudski i w ogóle.
  • chips ze skorzonery – …yyy…. ale, że jeden?
  • pomarańcz – Znowu!
  • coppa – to jakaś wędlina, bo była na desce wędlin
  • reblochon – to dla odmiany ser, bo był na serach
 

Ok, dobra to jesteśmy po przystawkach. Trochę mi już gorąco, więc przejdźmy dalej. Dalej są Sałaty. Tu niby nic trudnego, bo co może być trudnego w sałacie. A jednak:

  • croutons
  • płĄtki migdałów – taaa, czepiam się
To przejdźmy do dań głównych, bo nic nie zjadłam jeszcze.

  • coulis żurawinowy z maliną
  • marynowana słonina z Niemczy – nie wiem… słonina to tak jakby na skwarki i do smalcu. Chyba, że słonina jako mięso ze słonia. Gdzie w Niemczy hodują słonie na steki?
  • pęczotto – ok, wiem
  • soliród – nie wiem.. woda z dna rzeki z mułem? Soliród jest z wędzoną solą, to ta sól to taka lizawka dla konia a wędzona, bo po pożarze stajni. Soliród będzie tu wędzoną koniną…
  • stek z różowego tuńczyka – wiem co to jest. Ale korci mnie zapytać kelnera czy wie z jakich łowisk ten tuńczyk i czy przypadkiem nie zjadam ostatniej sztuki ever.
  • biała trufla – rrrrrrr, ale że w sensie to to, do szukania czego szkoli się świniaki?
  • piana z jabłek – znowu jakaś piana. Tak, kojarzy mi się to z kupą.
  • biodrówka jagnięca – ajjjjć, chyba skłaniam się ku wegatarianizmowi
  • ziemniaki fondant – W googlach fondant jest czekoladowym, rozpływającym się ciasteczkiem. Ciasteczko z ziemniaka.
  • STEK WOŁOWY, MŁODE ZIEMNIAKI, RUKOLA, SOS DO WYBORU:GORGONZOLA / PIEPRZOWY – wszystko wiem! Ale nie zamówię, bo najdroższe ze wszystkiego 😦

Tradycyjna polska kuchnia. Nie ma co.

Miałam sobie przygotować jakieś inteligentne tematy rozmów, żeby mieć o czym z szefami konwersować. Boję się, że tematów mi nie zabraknie, ale będą one dotyczyły głównie jedzenia, kuchni regionalnej z lokalnych, sezonowych składników. Ryb przełowionych, ultra rzadkich. Będę mówić o tym, że zamawianie tuńczyka to nie szczyt snobizmu ale głupoty, że większość światowych upraw kukurydzy jest modyfikowana genetycznie i chcę wiedzieć czy te kukurydzine chrupki  w zupie są modyfikowane czy nie. Chcę znać pochodzenie białych trufli. Chcę wiedzieć czym są te wszystkie dziwne rzeczy i czy na pewno nie można było ich zamienić na inne, bardziej swojsko brzmiące. Będę uważnie obserwować czy wszyscy znają każdy składnik zamówionej potrawy. Może jestem inna ale jakoś nie jaram się jak zapałka na widok tych wszystkich dziwactw. Jarałabym się na widok ekologicznej, wyrafinowanej kuchni bazującej na świeżych, regionalnych specjałach.

I korci mnie, żeby zapytać o tego pomarańcza  Co to takiego? Taki gorszy brat pomarańczy? Taka moja cicha zemsta za tą katorgę przedzierania się przez szalone menu. Przez menu, które ma zrobić z normalnego zjadacza frytek debila. Menu, stworzone po to aby pokazać wielkość właściciela, jego znajomośc sztuki kulinarnej, znajomość słownika wyrazów trudnych, znajomość technologii zmiany stanu ziemniaków, buraków, marchwii na półpłynny i pyłowy. I nieznajomośc ortografii. Podstawowej.

Kurtyna opada.
forcing-kids-to-eat-their-food-dinner-meme

Ekotarianizm

Wegetarianizm nie jest eko. Mówię to z pełnym przekonaniem, patrząc na wege burgery rumieniące się w piekarniku.
Nie jest ani ekologiczny ani tym bardziej lokalny. Nie jest też specjalnie smaczny, aczkolwiek w burgerach pokładam pewne nadzieje.

Możliwe, że u podstaw roslinnej diety leżą szlachetne przesłanki: niechęć do zabijania zwierząt, zadawania bólu otaczającej nas przyrodzie ożywionej czy życie „zgodnie z naturą” i tym podobne pomysły. Wątpię, żeby jakikolwiek przedstawiciel wczesnych gatunków homo zawracał sobie głowę takimi tezami. Najbardziej pierwotne ludy były tak zabiegane, że zmieniały adres zawsze gdy w okolicy nie bylo już co jeść. Przy niekończącej się walce o przetrwanie trudno było żywić się wyłącznie trawą czy owocami wypielęgnowanych, sezonowych upraw. W obliczu czających się wszędzie dzikich zwierząt i obcych plemion, pilnowanie kawałka lasu z krzakiem jagód czy malin byłoby niezwykłą fanaberią prowadzącą do szybkiego upadku takiej cywilizacji.

Z czasiem szanowni przodkowie doszli do większej wprawy w kontrolowaniu upraw, zbudowali szałasy i osiedli w najkorzystkiejszej lokacji w okolicy z widokiem na rzekę, pola i las. Ale nie wykreślili z menu pieczonego udźca baraniego, smalcu ze skwarkami, kopy jaj czy bańki mleka. Z lenistwa udomowili kilka co głupszych gatunków i pare inteligentniejszych a ciepłe i suche łóżko skutecznie zmiechęciło chłopów-agronomów do buszowania po lesie z dzidami.

Tamten sposób odżywiania miał jedną, podstawową przewagę nad obecnym pseudo-eko weganizmem. Był lokalny. Aby Pani Domu mogła naszykować kolację nie musiała sprowadzać z drugiego końca świata składników o nazwach nie do wymówienia a na pewno nie do zapamiętania. Nikt nie musiał sie głowić nad wymyśleniem i legalizacją modyfikowanej genetycznie soi czy kukurydzy – podstawą wege żywienia. Uprawa i zbiory zieleniny nie musiały być okupione pracą nieznanych ludzi i degradacją środowiska na końcu świata. Setki napędzanych ropą kontenetowców nie musiało przemierzyć tysięcy kilometrów morskimi szlakami, a tysiące ton roślin o dziwnie brzmiących imionach nie musiały zostać zutylizowane bo nie przetrwały trudów wielomiesięcznego zamknięcia.
Na kolację były miejscowe, sezonowe produkty, owoce pracy małych gospodarstw i rąk własnych Pani Domu. Ekonimicznie i ekologicznie.

Do wieczornych przemyśleń nad kotletem (burger bądź co bądź palce lizac) skłoniła mnie zupełnie przypadkowa lektura jadło-bloga. Skądinąd, podobno, bardzo znanego i, podobno, bardzo smacznego.  Jako super korpo-ludka otaczają mnie weganie (oczywistość), więc bywam również testerem serników bez sera, brownie bez czekolady i budyniów bez mleka. Doskonałe przykłady wynalazków potwierdzających tezę, że „prawie robi wielką różnicę”, ale mimo wszystko jadalnych. W chwili namysłu pt: „Co jutro na obiad?” zdecydowałam – to może coś na wegańską modłę? Okazało się to jednak nie być takie proste! W pieczonych buraczkach z czymśtam, jednym ze składników były płatki drożdzowe, mające podobno udawać posmak sera, w curry z dyni – masło nerkowcowe, w curry z młodych ziemniaków – świeże łodygi trawy cytrynowej, w curry z cukinii – 7 liści kafiru (myślałam, że może kEfiru, ale on nie ma liści); dalej królowały orzeszki piniowe w ogromnej ilości, nasiona chia, jagody goiji, szafran, korab, pasta tahini, orzeszki zatar, spirulina i quinoa. Już nie mówiąc, że wszędzie występuje mleko sojowe na hektolitry. Czy któremuś z Was, wegetarian, znany jest FAKT, że 80% upraw kukurydzy na świecie jest modyfikowanych genetycznie (w USA 90%), a soi 100%? Czy nie pomyśleliście nigdy, że zebrane niedojrzałe, przechowywane miesiącami w chłodniach – kontenerach i sztucznie „dojrzewane” awokada i inne egzotyczne, ale niezbędne w wegańskim menu składniki już dawno straciły wszelkie super moce, o ile kiedykolwiek je miały? Czy nie przyszło Wam do głowy, że wybierając miód manuka zamiast lipowego, nasiona chia zamiast siemienia lnianego, owoce goiji zamiast żurawiny, orzechy nerkowca zamiast włoskich nie wspieracie lokalnych producentów a wręcz przeciwnie – działacie na ich niekorzyść?

Owszem, Kolumb od Amerykanów przywiózł ziemniaki i kukurydzę i choć początkowo dostępne były one tylko dla arystokracji, z czasem okazały się być gatunkami stworzonymi dla naszego klimatu – odporne na szkodniki, szybkorosnące, mogące wyżywić ogromne populacje. Przyznaję, że pieprz, herbata czy kawa, bez których nie wyobrażamy sobie codziennego funkcjonowania nie rosną w kraju gdzie „zimno i pada i zimno i pada” i raczej nigdy nie będą, ale czy na pewno nie da się zastąpić składników modnych, które dobrze mieć w swoim lunch boxie składnikami swojskimi?  Dlaczego używając argumentu, że kupując mleko przyczyniamy się do pogarszania warunków życia krów, do jeszcze większego ich ścisku i niekończących się ciąż nie zauważacie małych ekologicznych gospodarstw? Dlaczego gardzicie jajkami z eko hodowli, bez klatek, antybiotyków i karmienia sondą? Dlaczego wreszcie moda na eko torby, eko auta i eko żarówki idzie u Was w parze z modą na jedzenie rzeczy o niezwykłych nazwach i pospolitym smaku, całkowicie kłócącą się z klasykiem „Polacy nie gęsi…”?

 1379524032_by_Angelika23 _500