O jajku prosto od kury i mleku prosto od krowy

Będzie to pierwsza część poradnika „Jak być dobrym człowiekiem”. Poważnie 🙂 Ale o ile na cechy charakteru nie bardzo potrafię wpływać (jeszcze) to na zachowania czyjeś czasem mi się uda (o ile ktoś bardzo się nie opiera, nie kopie i nie gryzie).

Obserwuję od jakiegoś czasu pewną stronkę na fejsbuniu. Profil ten traktuje o kupowaniu polskich produktów, co wnoszę po jego nazwie (nie zdradzę nazwy, bo nie będzie to tekst pochwalny dla tegoż profilu) i jest pewnego rodzaju deklaracją. Ostatnio pojawił się na nim wpis: „MOJE PRAKTYKI ZAKUPOWE, CZYLI JAK UDAŁO MI SIĘ OBNIŻYĆ WYDATKI NA ŻYWNOŚĆ BEZ SZUKANIA KOMPROMISÓW MIĘDZY CENĄ A JAKOŚCIĄ”, o tym jakie autorka ma sposoby na oszczędzanie. Wpis zostanie na długo w mojej głowie i pewnie będę do niego jeszcze często wracać, bo wprawił mnie, może nie w osłupienie, ale w zadziwienie i zadumę nad światem i ludźmi.

Rodzina autorki prowadzi szczegółową ewidencje wszystkiego co kupuje: zapisują KAŻDY paragon i wzajemnie się rozliczają (ja odpowiadam za żarcie a ty za rachunki, ale jak nie zrobię ci obiadu albo śniadanka w domu, a nazajutrz ty sobie go kupisz, to ja ci oddam hajs- WTF???). Ale ok, niech będzie. Chcą mieć kontrolę nad wszystkimi wydatkami co do grosza? Ich sprawa. Chcą się rozliczać z każdej słodkiej bułki, każdego Maca i każdej frytki? Ich sprawa. Rozumiem, że jak jedno wróci do domu 2h później niż zazwyczaj to dostaje zwrot monet bo nie zużyło tyle prądu i wody co zwykle (światło mniej się świeciło itp). Dalej jednak, jako punkt pierwszy sposobów oszczędzania, jest coś co mnie zwaliło z nóg. Ze śmiechu. Coś co jest hejtowane przeze mnie od wieków i lat, coś czego nigdy nie mogłam zrozumieć (teraz bedzie cytat):

#1 / Zakupy robię tam, gdzie jest najtaniej.
To chyba oczywiste. Dokładnie zapoznałam się z cenami kupowanych produktów w najczęściej odwiedzanych przeze mnie sklepach. Wiem, w którym z nich najtaniej kupię kostkę masła, sery czy moją ulubioną herbatę. Czasami różnice w cenie potrafią wynieść nawet kilka złotych (np. w jednym sklepie syrop Premium Rosa potrafi kosztować niecałe 9 złotych, w innym – ponad 11 złotych).

Umarłam. Ze śmiechu. Może jestem jakaś niedzisiejsza, ale gazetkowe promocje były tematem numer jeden na każdej „imprezie u cioci” oraz w mojej poprzedniej pracy (przez to nie było ze mną o czym pogadać, bo w opinii współpracowników niczym się nie interesowałam…). Promocja „2 pln taniej na kilogramie schabu” ma sens wtedy kiedy zamierzam kupić tego schabu 30 kg. Ale dla jednego kotleta? A 50gr oszczędności na kostce masła gdy muszę po nie drałować w mrozie, po 8h pracy, na drugi koniec osiedla, kiedy marzę tylko o tym zeby walnąć się na kanapę? Bezsens. Jeśli kiedyś to zrobię to proszę mnie od razu zastrzelić i dla pewności przebić kołkiem osinowym.

oszczedzanie

I żeby jasność była – liczę się z kasą, bo na niej zwyczajnie nie śpię. Ale nie należę do tej grupy ludzi, która potrafi, z dokładnością do 2 miejsc po przecinku, powiedzieć ile kosztuje masło łaciate w Społem, ile w Żabce a ile w Piotrze i Pawle. Serio. Mam inne hobby i swoją mózgową pamięć podręczną i operacyjną wykorzystuję na nieco inne dane. I zwyczajnie mnie to nie interesuje. Nie uważam również, żeby zdrowe było przeliczanie ile oszczędza się na jedzeniu, karmiąc piersią, pijąc kawę „w gościach”, bo jest droga i nie niezbędna do życia, pijąc wodę z filtra a nie mineralną czy odmawiając sobie wszystkiego na co ma sie akurat ochotę, żeby zaoszczędzić 2 czy 5 plnów (nie wymyślam sobie tych rzeczy, wszystko tam było). Nie uważam również, żeby fajne było spędzenie połowy lata na słoikowaniu wszystkiego co się da w ilościach hurtowych. Sama czasem coś zasłoikuję, ogóra jakiegoś, czy maliny i chętnie przyjmuję słoiki od babci. Ale w ilości detalicznej. Nie w hurcie. Nie kiszę 10 kilogramów kapusty i 50 kg ogórków (nie wymyślam ilości, bo wszystkie słyszałam w opowieściach w tej robocie co mnie nie lubili, bo nie było o czym ze mną pogadać :)). Przypomniał mi się jeden osobnik rodzaju męskiego, z którym kiedyś studiowałam. Nie można było z nim iść normalnie, po studencku, na przyodrzańskie wały na browarka, bo osobnik ów, musiał odwiedzić najpierw 5 sklepów porównując ceny, by ostatecznie wrócić do tego najtańszego. Wyprawa trwała godzinę i dopiero w trzecim sklepie z kolei spostrzegłam się w czym rzecz (myślałam, że koneser czy coś….). Krótka znajomość to była. I pouczająca.

Ale żeby nie było, że nie interesuję się tym co, gdzie i za ile kupuję. Zwyczajnie kieruję swoją uwagę nieco w inną stronę:

  • staram się kupować żarełko w polskim sklepie. Najczęściej jest to Piotr i Paweł, bo mam w miarę blisko, do tego jest tam porządek, dość czysto i całkiem spory wybór wszystkiego. Nie jest prawdą, że to przeokrutnie drogie delikatesy. Ceny sa tam ok 2-3% wyższe niż w tesco (sprawdziłam to na koszyku o wartości ok 300pln z produktami każdej kategorii, tych samych producentów)
  • kupując, niech będzie, masło wybieram oczywiście to tańsze, ale naszego producenta. Jogurty kupuję tylko naturalne Bakoma, Piątnica, Krasnystaw (tu się zaparłam – choćby Zott był za półdarmo, to nie wezmę)
  • ostatnio niektóre rzeczy zamawiam od LokalnyRolnik.pl. To taka platforma łącząca rolników z indywidualnymi odbiorcami. Produkty tam oferowane, są sezonowe i niekomercyjne, często w opakowaniach, które „nieprzystoją” marketom. Są również oczywiście nieco droższe niż sklepowe, ale czasem na prawdę warto.

Teraz pozachwalam trochę Lokalnego Rolnika 🙂 Zakupy zrobiłam tak raptem 3 razy (jestem świeżakiem) i z reguły są to produkty, o których krąży obiegowa opinia, że „wiejskie są najlepsze, a więc:

  • jajka – jakoś nigdy nie wierzyłam, że jajko od kury z trawy smakuje inaczej od takiego od kury z klatki. Badania i moje prywatne doświadczenia empiryczne dowodzą, że żółtka w jajkach ekologicznych nie są bardziej  żółte niż te klatkowe. Jajka ekologiczne nie są też smaczniejsze. Wszystkie smakują tak samo. Jednak wybieram te ekologiczne czy od chłopa, bo tak. Bo nie podoba mi się chów klatkowy ani żaden inny niewolniczy. Pozatym jajka klatkowe pomimo takiego samego smaku i koloru jak eko mogą mieć nieco inny skład i nie do końca dobry wpływ na zjadacza;
  • mleko – przerzuciłam się jakiś czas temu za działaniem mojego T, z mleka UHT na świeże, pasteryzowane w temperaturze ok 60 stopni. Dzięki temu w mleku jest jeszcze trochę barterii a nie same trupy pływające po powierzchni zabielonej wody. Czy takie mleko smakuje inaczej? Nie wiem, wydaje mi się, że nie. Zamówiłam ostatnio od rolnika mleko surowe całkiem, dojone od krowy prosto do butelki. I..? Smakuje tak samo jak to świeże po pasteryzacji. Może dlatego, że piłam zimne, a wtedy mało co ma smak;
  • kefir – na wakacjach byłam na Kaszubach. Jadąc do Malborka na zamek, wpadlismy po drodze do knajpy o nazwie „Papudajnia” na szybkie, domowe żarełko. Obiadek bardzo smaczny, ale maślanka…. no niebo! I kefir od rolnika mi tą maślankę przypomniał – w ogóle nie wodnisty, aksamitny, gęsty, delikatny w smaku, troche śmietankowy. Mniam.
  • chleb – każdy chleb nieprzemysłowy, tylko taki na zakwasie z listą składników ograniczoną do 4 – jest dobry. Ja, pomimo szczerych chęci, nie odkryłam jeszcze tajemnicy chleba doskonałego, więc przepadam za kupnym 😉 Jesli odbieram chlebek z zamówieniem to na dzień dobry zjadam pół bochenka…
  • ryby – moja lista ryb, które kupuję jest ograniczona przez wytyczne wwf. Ryb morskich we Wrocławiu jest mało (żądamy dostępu do morza!), ale z jakiejś przyczyny łatwiej dostać halibuta z lodu niż świeżego śledzia. Od rolnika kupuję pstrągi, bo są jedyną rybą, którą potrafię przyrządzić, a wierzcie, że koło Gessler nie leżałam. Pstrągi są zapakowane próżniowo, bardzo świeże no i smaczne!
  • owoce i warzywa – nie próbowałam zbyt wielu, bo tu bardzo daje się we znaki sezonowość. W zimie mogę dostać marchewkę, buraki czy ziemniory (kilka gatunków), zdaża się jarmuż, do którego się nie przekonałam. Z owoców próbowałam jabłek (jest wiele odmian i w końcu mogłam spróbowac, które lubię a które nie).
  • masło – zostało bohaterem posta… Kupiłam ostatnio masło od chłopa. Drogie. Bardzo. Ale z drugiej strony ile zużywam masła w miesiącu? Nie zbiednieję. Pozatym, w przeciwieństwie do jajek, jest absolutnie fantastyczne. Masło jest tłuściutkie i takie hmm.. mleczne. Miastowa jestem to takiego wiejskiego masła jeszcze nie jadłam. Na prawdę warto.

Próbowałam też miodów, ale te, z zasady, mają mały „nakład”. W zasadzie większość miodów to produkty lokalne z rodzinnych pasiek.

IMG_20170201_184655_resized_20170208_074323832.jpg

Czemu to robię? Czemu tak się upieram przy tej lokalności zakupów i zwracam szczególną uwagę na miejsce pochodzenia tego co kupuję? Bo mało rzeczy mnie tak smieszy jak narzekania małych polskich przedsiębiorców, że jest ciężko, że nie mają klientów, że ludzie wolą tańszy chłam, gdy sami robią zakupy w NETTO czy LIDLu bo tanio i blisko i kupują jogurt Zott bo był tańszy o 20gr od tego z Piątnicy. Nie ma tu sprzeczności? Jeśli marudzimy, że jest nam źle, to na pewno nie jesteśmy osamotnieni, ale może sami wpływamy na to, że tak jest i możemy temu łatwo zaradzić?

Widziałam ostatnio taki obrazek: kiedy kupujesz coś od małego przedsiębiorcy, ktoś odstawia mały taniec radości. Prawda. Dajmy trochę radości naszym, bo to fajne. I dobre 🙂 W końcu chcemy być dobrymi ludźmi, prawda?

15665700_1276871519044258_5527755123611363653_n

 

Reklamy

Jestem bohaterem w swoim domu!

Odniosłam małe zwycięstwo nad swoim domem i samą sobą. Rozmroziłam zamrażarkę. Tak. Brawo ja! Mycie zamrażarki jest dla mnie wyzwaniem iście heroicznym, zasługującym na peany i szczerze mówiąc podjęłam się go sama raz albo dwa razy w życiu, zawsze po głębokim namyśle i kompleksowym przygotowaniu logistycznym i mentalnym. Nigdy nie udało mi się nie narobić bałaganu, uniknąć spuchniętych paneli, wody lejącej się w niekontrolowanym tempie. A za mroźnik zabieram się równie chętnie jak za pisanie maila do hinduskiego IT albo za telefon do fachowca. Po moim trupie…

Dodatkowo wszelkie internetowe manuale rozmrażacza przypominają instrukcję zakładania łańcuchów śniegowych na koła. Zmagałam się z nią kiedyś po ciemku, w środku lasu, w padającym śniegu i trzaskającym mrozie, w rękawicach snowboardowych, na klęczkach w świetle samochodowych świateł. Obrazki w instrukcji przedstawiały pana w krótkim rękawku, który w ciepłym i oświetlonym garażu demonstrował zakładanie łańcuchów na czyściutkim, ściągniętym kole. Nie miało to wiele wspólnego z rzeczywistością. Przypomniał mi się wtedy doktor Herriot i jego „Wszystkie stworzenia małe i duże”, który leżąc na zamarzniętej podłodze ciemnej obory z ręką po łokieć w krowiej macicy stwierdza „nie, w książkach o tym nie pisali”. W książkach było, że weterynarz się uśmiecha, farmer się uśmiecha… nawet krowa sie uśmiecha. Tak, to mi się przypomniało kiedy klęczałam na śniegu w nocy oświetlając sobie instrukcję światłami auta.

Podobnie wyglądały internetowe instrukcje rozmrażania lodówki – usmiechnięta pani w pełnym makijażu klęczy w wymuskanej kuchni, przed lodówą, w koszuluni i dżinsach. Ja klęczę w dresie, dwóch różnych skarpetkach, zdmuchując włosy z czoła. Starając się rozpaczliwie nie dopuścić do powodzi. Ale ok, już raz to przerabiałam w środku zimy. Nie dam się pokonać. Nie tym razem!

Powód mojego domowego heroizmu był prozaiczny i wielki zarazem. Postanowiłam ogarnąć całą lodówkę, bo nie raz zaskakiwała mnie swoją zawartością i możliwościami podstępnego trucia użykowników. Z reguły rozprawiała się z nami gwałtownie, skutecznie i równie niespodziewanie jak śnieg w listopadzie we Wrocławiu.

Jakiś czas temu zmieniłam swoje nawyki zakupowo – żywieniowe. Przyznaję, że korzystam z gotowych, interentowych jadłospisów, które owszem, trochę kosztują, ale jednocześnie pozwalają mi sporo zaoszczędzić na zakupach, bo kupuję dokładnie to co potrzebuję i w ilościach takich jakie potrzebuję na tydzień. Kupuję świeże produkty i jem świeże. Mało rzeczy wyrzucam, bo nie przechowuję 10 jogurtów z myślą, że na pewno kiedyś po nie sięgnę. Mam dokładnie rozpisane kiedy i co jem. Unikam kupowania rzeczy z przeznaczeniem na jakąś wymyśloną potrawę, która nigdy nie powstanie z braku czasu, ochoty, z braku składników, bo już zdążyły się rozejść. Planowanie zakupów i jadłospisu z rozpisaną „dietą” pozwala na uniknięcie marnotrastwa jedzenia a w tym i kasy. Więc pomimo wydatku jest oszczędność.

Nie oznacza to jednak, że moja lodówka jest pusta i uporządkowana jak u Perfekcyjnej Pani Domu. Co to to nie! Perfekcyjną Panią Domu nie jestem, ale czasem zmuszę się do jej umycia (lodówki, nie Rozenek…), szczególnie gwałtownej epidemii albo próbie uśmiercenia ledwo żywego człowieka w połowie odchorowanej anginy… . Wpadły mi ostatnio w ręce pomysły na porządek w lodówce. Genialne. Zabrałam się za to od razu.

Najciekawszym miejscem w lodówie jest zawsze górna półka. Jest to przechowalnia pełna niespodziewanych niespodziewanek, miliona słoików, w tym 3 otwartych, takich samych dżemów, słoików z magicznymi miksturami i jeszcze bardziej magicznymi zwierzątkami uwięzionymi w środku (strach otwierać, bo nie wiadomo czy nie wybuchają i nie plują trującym jadem; mogą też złośliwie się zassać i nie otwierać nikomu). To miejsce przechowywania wszystkiego co powinno być w lodówce ale jak najdalej od ludzi: napoczętych opakowań wszystkiego, sosów, przetworów, ćwikły ze świąt, dżemu z porzeczki, który przysięgam, że miał etykietkę „jagody”, zapomnianego słoika przecieru pomidorowego, do któego nie chciała się zmieścić łyżka itp.

Półka niżej to zbiorowisko wszystkiego, bo najłatwiej tu coś wsadzić. Są tu gotowe obiady, napoczęte śmietany, jogurty, kilka rodzajów serów, częściowo obeschniętych, bo gdzieś zabrakło folii. Są oliwki, w dwóch napoczętych słoikach. Jest kilka opakowań serka wiejskiego, przepychanych w głębię lodówy, już dośc blisko daty przydatności. Są nieforemne kabanosy, bo za długie, żeby je położyć wzdłuż i leżą wygodnie na całej reszcie. Jest tu kilka pudełek, nieco zaparowanych, więc nie widać co jest w środku. Jest hodowla kilku odmian owocującego grzybka, zapełnie nie planowana.

Dalej są dwa piętra, królestwo warzyw. Główka sałaty cały czas czeka na litość, jakoś zawsze jest za dużo z nią roboty (w końcu nie potrzebuję całej, tylko raptem kilka listków). Jest kilka marchewek (zawsze o nich zapominam), są pomidory w fioliowej torebce razem z ogórem, jest szczypiorek, który umościł się podobnie jak kabanosy. Generalnie jest wszystko co powinno być, co wynika z jadłospisu, ale przede wszystkim jest bałagan.

Dawno temu zrobiłam porządek w szafkach. Wszystko mieszka teraz wygodnie w pojemnikach ikei, więc żeby wyciągnąć coś z tyłu, nie trzeba grzebać w szafce jak górnik, wystarczy wyciągnąć cały pojemnik. Mam osobne pudełko na dodatki do wypieków, budynie, galaretki, osobne na pestki i wszystko co można dodać do musli, osobne na mąki, osobne na dżemy i miody (będę je jeść najbliższe 10 lat… jacyś chętni do pomocy?) i osobny na słoiki „słone”, puszki itp. W szafce mam porządek. Lodówka to pobojowisko.

Dzięki radom mojego byłego szefa, z kompletnej nogi z ustalania priorytetów, stałam się w tym mistrzem. Najlepsza rada: jeśli możesz coś zrobić od razu, to zrób to od razu! Proste. Więc jak popatrzyłam na przykłady organizacji lodówki – od razu wzięłam się do roboty, bo jutro to będzie…futro.

Wyciągnęłam wszystko. Przy okazji przyjrzałam się słoikom z górnej półki i ich zawartości – tak powstały dwa pojemniki: „dżemy” oraz „papryczki, ogóreczki, grzybki”. Wiem ile mam otwartych dżemów i wiem jakie. Żeby wybrać jeden wyciągam całe pudełko a nie grzebię pomiędzy słoikami. Pudełko z piklami to królestwo mojego T. Koniec z otwieraniem trzeciego słoika z grzybkami, bo poprzednie dwa gdzieś zagineły (półki na drzwiach potrafią być zdradzieckie!), albo klikaniem nowego słoika z papryczkami, skoro stary jeszcze się nie opróżnił. Obok nich będą stały pudełka z przekąskami (obrana marchewka, pokrojone jabłko, kawałki warzyw, które trzeba zjeść, a na kanapke nie wejdą – wszystko to będzie jak będę miec drugie natchnienie).

Piętro niżej zamieszkały trzy pojemniki: „twarogi i jogurty” na świeże białe, ale jeszcze nie ruszane. Ręka w górę kto nigdy nie otworzył jogurtu „bo tylko potrzebuję łyżeczkę” i zapomniał o reszcie na wieczność. Obok stoi „mięsko i sery żółte” na wszystko co może trochę poleżeć, oraz „zjedz mnie!”, pomiędzy nimi, z czerwoną tabliczką na wszystko co musi zostać zjedzony szybko, na wszystko co należy położyć rano na kanapkę, na wszystko co zostało otwarte i długo nie pociągnie. Jest to też pierwszy punkt lodówkowych porządków. „Zjedz mnie!” zrobiło ze mnie Neila Armstronga lodówkowych porządków. Jest moim największym sukcesem i największym krokiem naprzód w kwestii niemarnowania żarcia a jednocześnie tak niewielką rzeczą (in your face Neil!).

Dalej w lodówie zamieszkały dwa pudełka z umytą, osuszoną i pociętą sałatą oraz kapustą pekińską. Teraz wystarczy tylko nabrać, dodać pomidora czy ogórka i sałatka gotowa. Bez porannego szaleństwa w kuchni z nożami. Obok stoją pojemniki z gotowymi obiadkami, albo składnikami do obiadków (jabłka w słoiku). Wystarczy wrzucić rano do torby i jest obiadek w pracy. Bez porannego przerzucania szafek i zmywarki w poszukiwaniu „tego konkretnego pudełka, co go lubie”, przepakowywania, babrania nowej łyżki, akurat jak zatrzasnęły się drzwiczki zmywarki z nowym praniem itp. Mam tu też pokrojony szczypiorek w pudełku, oraz otwarte, puszkowane warzywa, przerzucone do słoików, żeby nie zapomnieć ich dodać do sałatki (nigdy nie znaleźliście w lodówce puszki z otwartą kukurydzą następnego dnia po zjedzeniu całej sałatki, bez tej kukurydzy oczywiście?).

Niżej, są warzywa, ale posegregowane, popudełkowane i poopisywane. Stwierdziłam, że poświęcenie 5 minut po zakupach na opisanie i przygotowanie zawartości lodówki zaoszczędza mi potem codziennie poszukiwań i nerwów. Ogranicza marnotrastwo do minimum.

Jeszcze o drzwiach lodówki – są takim samych zdrajcą i przechowalnią wszystkiego co górna półka. Milion maleńkich słoiczków ze wszystkim z niekończącą się datą przydatności. 3 słoiki z sosem meksykańskim do nachosów, 2 z oliwkami (oba otwarte!), słoik z chrzanem, otwarty chyba od zeszłej wigilii. Koniec z tym. 2 półki najrzadziej ruszane są teraz królestwem przypraw słoikowych i sosów słoikowo-butelczanych – musztardy, ketchupy, olej lniany i sezamowy, sos rybny, słoik z cytryną (ha! mam patent na cytrynę-wiórek), majonez itp. Wszystko bez opisu – opisane. Jestem Herkulesem, pokonałam Syzyfa.

Tak doszłam do zamrażarki. Tydzień po ogarnianiu sąsiadki z góry – lodówy, przyszedł czas na Panią z dołu. Musiałam się nastawić do tego mentalnie, przygotować logostycznie i sprzętowo, aby do wroga nie podchodzić bez przygotowania i bez znajomości tematu. Opracowałam własną technikę rozmrażania. Wstawianie garnka z gorącą wodą, jasne, może i działa, ale lepiej działa ręcznik wymoczony w tejże wodzie, położony na półkach. Jak się ozimni to wrzucamy do wiadra z ciepłą wodą i powtarzamy do odlodzenia wszystkiego. Mam na dnie zamrażary takie wgłębienie z którego superłatwo wybiera się wodę gąbką do drugiego wiadra albo miski (ultra łatwo to by było jakby sprzęt był no-frost… ale nie jest). Dodatkowo kilka suchych ścierek mam w zanadrzu (pod tym względem jest postęp, bo poprzednio nie miałam czym wytrzeć do sucha, bo wszystko się właśnie uprało… Jeszcze tylko szybko mycie wodą z octem, wycieranie i gotowe. Przy okazji szuflady przeszły lifting i opróżnianie.

Przyznaję ze smutkiem, że zamrażarka nie służyła mi tak jak powinna. Wrzucałam tam wszystko co mi nie smakowało, czego miałam za dużo, czego i tak bym nie zjadła, chowałam różne rzeczy o niewiadomym przeznaczeniu, rzadko coś opisywałam, uważałam, że jak coś zamrożę to czas przechowywania wydłuża się na kolejne 1000 lat. Błąd! Wywaliłam 90% zawartości. I tu dobrze, że się przygotowałam! Każde otwieranie drzwiczek powoduje uciekanie zimnego powietrza. Oczywistość. A skoro w nowej zamrażarce było głównie powietrze, to temperatura strasznie by się wahała. Wrzuciłam do szuflad 6ciopak wody mineralnej (tak wiem… miałam pić…). Będę wyciągać na bierząco i wrzucac do lodówki. Cały interent tak radzi. Pani inżynier od chłodnictwa jakoś o tym nie pomyślała…Swojego drugiego domowego inżyniera nie posłuchała bo mądrzejsza chciała być i się nie słuchać faceta. Wiadomo.

W szufladach tak samo planuję pojemniki, ale na razie niewiele tam jest. Ot to co nie poszło na wielki obiad warzywno-zamrażarkowy – zupa od babci, ketchup od babci, owoce leśne, brokuły i fasolka). Wszystko z otwartych opakowań przerzuciłam do zamykanych pojemników (tu muszę się wyposażyć w trochę lepsze ikeowe). Mroźnik bardzo wysusza żarcie (tak mi się coś wydawało parę razy, że jakieś suchary wychodzą z lodówki), więc dobrze jest wszystko przechowywać w szczelnych pojemnikach, szczególnie po otwarciu fabrycznych torebek.

Czytałam też ze warstwa szronu o grubości 7-8 mm zwiększa zużycie prądu o 20% (ale nie pamiętam gdzie to czytałam). Same plusy tego mojgo sprzątania. Dumna z siebie jestem i co najwazniejsze, po miesiącu testowania nowego rozwiązania mogę powiedzieć, że sprawdza się w 100%. Jasne, że cośtam czasem mi sie wyrzuci, ale przynajmniej wiem co mam, ile mam i gdzie mam. No i w końcu w lodówce „jest coś do jedzenia” a nie tak jak zwykle pomimo pełności, nie było niczego…

 

Stek z umarlaka w żelu z pomarańczA

Bawi mnie zawsze do łez jak ktoś chce być strrrasznie „ą” „ę”, a słoma wychodzi z butów aż skrzypi. Mistrzem słomy jest… winogron oraz pomarańcz. Obaj stają zawsze na pierwszym miejscu podium mistrzów ojczystej mowy w kategorii Januszy biznesu. Na winogronA i pomarańczA nadziewam się zawsze wtedy kiedy się nie spodziewam, bo występują w iście sarmackim towarszystwie. Winogron i pomarańcz są jak kupa na środku wykrochmalonego obrusa, jak włos wyciągnięty z potrawy MasterSzefa.

Nie żebym czuła się bardzo pewnie w „to piszemy razem a to osobno” ale końcówki Ą, Ę, OM, EM to moja mega silna strona, nie zagnie mnie w tym nikt. W końcu nie od czapy w liceum przeszłam parę etapów olimpiady z poprawnej polszczyzny. A więc „bezpieczĘsto”, „kliĘtom”, „klientĄ”, „kontrahentĘ” to dla mnie kaszka z mleczkiem.

Kopnął mnie zaszczyt ostatnio, co rzadko się zdarza, korpo kolacji z szefami wszystkich szefów. Kolacji w knajpie, której nazwa nigdy mi sie o uszy nawet nie obiła, a skoro się nie obiła to na pewno nie bez powodu. I to raczej gorzej niż lepiej.

Żeby nie wyjść na buraka i mieć ogólne pojęcie o cenach i menu, rzuciłam okiem na stronkę internetową lokalu.
Em, żem zdębła! Nie skończyłam jeszcze listy przystawek a już nie zrozumiałam co najmiej kilku składników każdej z nich.

  • coulis wiśniowy – kto zgadnie bez żenującego googlania na smartfonie pod stołem?
  • puder z marchwi – cukier puder … hmm.. z buraków, to tak jakby się da…
  • piklowany złoty burak – blehh burak w occie. Gdzie tu arcydzieło kulinariów?
  • żel z buraków – interesujące nawet to.
  • verrine z musem z koziego sera – terrina to taki galaretko-pasztet, a verrine?
  • puder z buraków – o! cukier puder!
  • szczawik – to taki mały szczaw, jakim się karmi króliki?
  • crostini – to wiem!
  • grillowany ser halloumi – damn! dziewczyno! w końcu na coś się to twoje jeżdżenie po świecie przydało!
  • mus z topinambura – puree z bulwy. Pisałam o niej pracę magisterską. Na cos się przydała…praca w sensie.
  • nasturcja – taki kwiatek
  • POMARAŃCZ – jest! Pomarańcz!
  • olej rydzowy – a przepraszam.. jak się go robi? topi rydze w rzepakowym, czy jakoś te rydze wykręca?
  • żółtko sous vide – ?
  • piana chrzanowa – nie mam dzieci, ale jakoś dziwnie mi się kojarzy
  • kataifi – …. kill me…
  • puder z orzechów włoskich – co wy macie z tym pudrem?!
  • oliwa truflowa – o wow… pewnie podobnie się robi jak rydzową
  • wędzona sól morska – proces produkcyjny tejże musi być szalenie ciekawy. Dostajesz bryłę osmolonej soli do lizania
  • kaszanka z niemczy – przeczytałam kaszTanka. To pewnie przez tego 11 listopada, Piłsudski i w ogóle.
  • chips ze skorzonery – …yyy…. ale, że jeden?
  • pomarańcz – Znowu!
  • coppa – to jakaś wędlina, bo była na desce wędlin
  • reblochon – to dla odmiany ser, bo był na serach
 

Ok, dobra to jesteśmy po przystawkach. Trochę mi już gorąco, więc przejdźmy dalej. Dalej są Sałaty. Tu niby nic trudnego, bo co może być trudnego w sałacie. A jednak:

  • croutons
  • płĄtki migdałów – taaa, czepiam się
To przejdźmy do dań głównych, bo nic nie zjadłam jeszcze.

  • coulis żurawinowy z maliną
  • marynowana słonina z Niemczy – nie wiem… słonina to tak jakby na skwarki i do smalcu. Chyba, że słonina jako mięso ze słonia. Gdzie w Niemczy hodują słonie na steki?
  • pęczotto – ok, wiem
  • soliród – nie wiem.. woda z dna rzeki z mułem? Soliród jest z wędzoną solą, to ta sól to taka lizawka dla konia a wędzona, bo po pożarze stajni. Soliród będzie tu wędzoną koniną…
  • stek z różowego tuńczyka – wiem co to jest. Ale korci mnie zapytać kelnera czy wie z jakich łowisk ten tuńczyk i czy przypadkiem nie zjadam ostatniej sztuki ever.
  • biała trufla – rrrrrrr, ale że w sensie to to, do szukania czego szkoli się świniaki?
  • piana z jabłek – znowu jakaś piana. Tak, kojarzy mi się to z kupą.
  • biodrówka jagnięca – ajjjjć, chyba skłaniam się ku wegatarianizmowi
  • ziemniaki fondant – W googlach fondant jest czekoladowym, rozpływającym się ciasteczkiem. Ciasteczko z ziemniaka.
  • STEK WOŁOWY, MŁODE ZIEMNIAKI, RUKOLA, SOS DO WYBORU:GORGONZOLA / PIEPRZOWY – wszystko wiem! Ale nie zamówię, bo najdroższe ze wszystkiego 😦

Tradycyjna polska kuchnia. Nie ma co.

Miałam sobie przygotować jakieś inteligentne tematy rozmów, żeby mieć o czym z szefami konwersować. Boję się, że tematów mi nie zabraknie, ale będą one dotyczyły głównie jedzenia, kuchni regionalnej z lokalnych, sezonowych składników. Ryb przełowionych, ultra rzadkich. Będę mówić o tym, że zamawianie tuńczyka to nie szczyt snobizmu ale głupoty, że większość światowych upraw kukurydzy jest modyfikowana genetycznie i chcę wiedzieć czy te kukurydzine chrupki  w zupie są modyfikowane czy nie. Chcę znać pochodzenie białych trufli. Chcę wiedzieć czym są te wszystkie dziwne rzeczy i czy na pewno nie można było ich zamienić na inne, bardziej swojsko brzmiące. Będę uważnie obserwować czy wszyscy znają każdy składnik zamówionej potrawy. Może jestem inna ale jakoś nie jaram się jak zapałka na widok tych wszystkich dziwactw. Jarałabym się na widok ekologicznej, wyrafinowanej kuchni bazującej na świeżych, regionalnych specjałach.

I korci mnie, żeby zapytać o tego pomarańcza  Co to takiego? Taki gorszy brat pomarańczy? Taka moja cicha zemsta za tą katorgę przedzierania się przez szalone menu. Przez menu, które ma zrobić z normalnego zjadacza frytek debila. Menu, stworzone po to aby pokazać wielkość właściciela, jego znajomośc sztuki kulinarnej, znajomość słownika wyrazów trudnych, znajomość technologii zmiany stanu ziemniaków, buraków, marchwii na półpłynny i pyłowy. I nieznajomośc ortografii. Podstawowej.

Kurtyna opada.
forcing-kids-to-eat-their-food-dinner-meme

Zamkowe (nie)zwyczaje

No i przyszło lato, a jak lato to wakacje a jak wakacje to… no właśnie. Co przywozicie z wakacji? Zdjęcia, wspomnienia, opaleniznę i… pamiątki.

O ile z zagranicznych wojaży coś tam jeszcze czasem można przywieźć (o czym było poprzednio), to z wycieczek krajowych mam problem. Nie pamiętam kiedy ostatni raz nabyłam coś w lokalnych atrakcjach turystycznych, ani co to było. Pytanie – czemu? Nie dlatego, że sklepiki lokalnych atrakcji nie obfitują w różnego rodzaju wyroby i duperelki, problem w tym, że są to wyroby pamiątko-podobne.  Albo w tym, że tych sklepików nie ma.

Ale niech będzie – sklepik jest, jest otwarty w niedzielę i można w nim zapłacić kartą (to już trzy na plus). Co kupuję? Kartkę, widokówkę, pocztówkę, jak zwał tak zwał, z widoczkiem ładnym z drona, w sam raz do popatrzenia i wrzucenia do szuflady w domu. Ale nie, załóżmy, że chcę tą kartkę zapisać krótkimi pozdrowieniami i wysłać, w końcu do tego została stworzona.
– Poproszę znaczek, taki na kartkę.
– Nie ma.
Kartka ląduje w plecaku, w zapomnieniu. A przecież mogłaby być świetną reklamą tegoż miejsca! „Pozdrowienia z Zamku X, jest super, pogoda ładna, mają tu znaczki i salę tortur”. Ale nie będzie, bo nie mają znaczków, a nawet jakby mieli to najbliższa skrzynka pocztowa jest 4 km stąd, na pewno nie na zamku ani na parkingu pod zamkiem…
Byłam jakiś czas temu z Mamuśką na wystawie w Naszym Pięknym Mieście (7 cudów Dolnego Śląska czy coś). W jednym z pomieszczeń cała ściana kartek ze zdjęciami dawnego Wrocławia, kopiami projektów istniejących, lub nie, budowli, znanymi miejscami bez charakterystycznych budynków (bo wojna, bo nie zbudowali jeszcze itp.). Nieśmiało pytamy Pani muzealnej czy możemy jedną skubnąć do domu, na pamiątkę. „Ależ oczywiście, można je też zaadresować i wrzucić do skrzynki a my, po zakończeniu wystawy, wyślemy je do adresata. Za darmo oczywiście”. Co my paczymy! Skrzynka przeszklona, znalazła wielu amatorów, krótka szukanina długopiśnika i jest – Kartki wysłane! (nawet dotarły do adresatów :))

I teraz pytam ja się – nie można by tak na tym zamku? Nie mamy znaczków, bo nie ma takiej potrzeby – niech Pani zaadresuje, a my wyślemy. No Problem! („Kochana mamusiu, pozdrawiamy z Zamku X, jest super, wysyłają kartki za darmo, mam nadzieję, że ją dostaniesz – koniecznie musisz tu przyjechać i wysłać taką samą do mnie”). I po problemie, reklama szeptana poszła w ruch, nie trzeba rozkminiać skąd są turyści, wysyłać im folderów, ulotek, reklamować się za słupach – sami przyjadą, bo ktoś im powiedział że jest ekstra. A jak przyjadą to może nawet coś kupią. No właśnie, tylko co?
Z zamkowego asortymentu zapamiętałam:
– wyblakły przewodnik po Zamku (mam google, dziękuję, poza tym jest Pan przewodnik – opowie mi to samo milion razy krócej, 3 razy ciekawiej i w cenie biletu);
– plastikowe bransoletki z kolorowych paciorków (…serio? myślałam, że na to nabierali się Indianie za Kolumba i Cortesa)
– pluszowe obręcze mające udawać korony
– pseudo monety zamkowe z automatu (w XVI wieku mieli pomysł na zagospodarowanie takich pamiątek – wklejali je w kufle, pozłacane wazy i puchary i przekazywali dalej… taki dar przechodni)
– kamyki z wizerunkiem zamku (jak wyżej…)
– drewniany mieczyk ze sklejki, chlapnięty farbą (korona była dla dziewczynek to mieczyk dla chłopców jak mniemam).
Notabene identyczny zestaw pamiątkowy do zamku, sztolni, pałacu, ZOO, jaskiń, ruin, podziemi, ogrodów – jednym słowem do wszystkiego. Aha – zapomniałam – ekspozycja asortymentu za szybą budy z biletami, coś mogłam przeoczyć.

Nie żebym znała się na biznesie zamkowym, ale nie może on się bardzo różnić od każdego innego biznesu z gadżetami w tle. Więc czemu nie nadać zamkowym pamiątkom drugiego życia rodem z zielonych wydarzeń? Pomysłów łączących średniowieczny klimat z lokalnością, ekologią i pragmatyzmem mam milion (poza kartkami), bo w ogóle klimat zamku, gdzie wszystko było „pierwotne” świetnie wpasowuje się w obecne ekologiczne podejście do życia:
– chleb pieczony na miejscu, lub ważone na zamku trunki – piwa, miody, jabole;
– miody pszczele leśne i polne, konfitury z leśnych owoców z ładnymi lnianymi nakrywkami, lub nawet w glinianych naczynkach;
– roślinki z zamkowej szklarni w ładnych doniczkach;
– małe płócienne torbo-plecaczki (na te wszystkie duperele);
– kuchenne akcesoria w kształcie narzędzi tortur (drżyj o schaboszczaku!);
– ładnie wydane zamkowe legendy dla dzieciaków;
– ładowarki samochodowe z logiem zamku (pozdrawiam wszystkich którym skończył się prąd w nawigacji 2 km przed tym superważnym zjazdem, od którego zależy dotarcie do celu w 10 minut albo w 4 godziny);
– magnesy na lodówkę ręcznie wykonane przez miejscowe dzieci – słodkie;
– termiczne eko-kubki (tylko ja jeżdżę do atrakcji autem?);
– seria plastrów uniwersalnych z wzorem w smoki, księżniczki, rycerzy (dzieci mają w  zwyczaju obdzieranie sobie wszystkiego na zamkowych dziedzińcach i niekończących się schodach)

Dawni mieszkańcy zamku mieli też wiele ciekawych rozrywek: nieposłuszne panny zamurowywali żywcem w katakumbach, strzelali do leniwych chłopów z zamkowych murów, przebijali się kopiami na turniejach – to były czasy! Do zestawu turysty proponuję więc rycerskie gry planszowe i karciane. Z braku bieżącej wody i oczywistych problemów z kanalizacją dorzucam dla równowagi pachnące, ekologiczne prysznicowe utensylia oraz papier toaletowy (ten przyda się w zamkowych tojkach – z tego co pamiętam na Zamku X dalej obowiązywały średniowieczne zwyczaje).

Trochę reklamy z klimatycznym zacięciem i każdy praktyczny zamkowy gadżet znajdzie nowego właściciela. A do tego będzie faktycznie promował atrakcję i pochodził od miejscowych artystów. Zapakowany w szkło, len i papier idealnie wpasuje się w ekologiczny gadżet typowy dla „zielonego wydarzenia” no i przybliży nieco dawne zwyczaje.

Do tego mała rycerska kawiarenka, gdzie można wypić kawę, wodę, napar z pokrzywy, zjeść średniowieczny sernik czy tartę z leśnymi grzybami i dzikiem. I czemu temu wszystkiemu nie dać logotypu, wspólnego designem z wszystkimi zamkami w regionie?

Chyba właśnie opatentowałam „Zamek totalny” 😉 bo zamek to nie same stare mury i zardzewiałe zbroje. Każdy stary zamek potrzebuje nowoczesnego pociągnięcia pędzlem i nowoczesnych pamiątek. Nowoczesnego podejścia do zwiedzania (trzymaliście kiedyś średniowieczny miecz? Zakładaliście zbroję? Macie stylizowane zdjęcia w strojach z epoki?)

Na koniec zamkowy dowcip, (nie)stety autentyczny:
Znajomy chciał zwiedzić stare mury jednego z okolicznych zamków. Na miejscu okazało się, że jest tam tylko on z dziewczyną oraz trzech zamkowych przewodników, a zwiedzanie ruin jest możliwe TYLKO z przewodnikiem.
– Dzień dobry, chcieliśmy obejrzeć zamek.
– Ale zwiedzanie jest przy minimum trzech osobach.
-Dobrze, to poproszę trzy bilety.
– To niestety nie możliwe, bo wstęp jest darmowy.

Pozdrawiam.

'Made in Australia?'

Nie rajskie palmy

Miało nie być o jedzeniu, ale w przypadku tego tematu wyjątkowo się nie da. Na początek zagadka The Guardian: „You wash it, you brush with it, u apply it, toast is, cook with it, spread it, eat it, its in 50% of what you buy. The story that ends in your cupboard but begins in rain forest”

Palm_oil

Gdzieś mi się obiło o uszy, że do 2022 roku (za 6 lat!) zostanie zniszczonych 98% powierzchni lasów deszczowych Sumatry i Borneo – zostaną wykarczowane pod plantacje palmy olejowej. Ja, jak to ja, zrobiłam dochodzenie „co to, skąd to, do czego to” i… oniemiałam. Olej palmowy, niczym Agata Młynarska, jest wszędzie.  Niczym arabski uchodźca zmienia twarze, imiona, postacie, wkrada się niepostrzeżenie do moich zakupów i wie, że go nie nakryję, bo się go nie spodziewam. Dopiero w trakcie przeszukania domu odkryłam jego gniazdo w szufladzie w kuchni. I jeszcze bezczelnie twierdził, że był tu zawsze a ja nagle zaczęłam robić z tego tytułu wielki problem.

Tak…  tyle lat przyczyniałam się to wycinania sumatrzańskiej dżungli. Tak samo jak moja mama przede mną i jej mama przed nią, i, co gorsza, jej mama przed nią! (4 pokolenia inteligentnych, wykształconych notabene wyższo babeczek, potrafiących, czytać, pisać i rachować i tak się dały nabrać!).

Absolutnym hitem i mistrzem kamuflażu okazała się margaryna Kasia & Palma. Palma jest chyba najbardziej zakorzenionym w kulturze PL produktem wypiekowym a do tego na opakowaniu Pan Murzynek i.. palma, aż krzyczą „tu jesteśmy a ty patrzysz i nie widzisz”. Margaryna jest utwardzonym tłuszczem roślinnym, a właściwie ich miksem – wystarczy przeczytać skład – olej rzepakowy, słonecznikowy, palmowy w różnych ilościach.  Margaryna jest w przepisie mojej prababci (!) na spód sernika. W przepisie wykaligrafowanym ręcznie milion lat temu, którego skan mam na tablecie… (świąteczny sernik był z majonezem – babcia uznała go za hit, oczywiście nieświadoma świętokradztwa. Dla równowagi dodałam szafran, bo nie miałam pojęcia do czego go użyć).

Nutella poleciała jako druga. Z bólem, bo już nigdy nic. Poleciała, bo oleju palmowego jest tam więcej niż orzechów. Pod lupę poszło też masło orzechowe 98% z fistaszków. Nutellę odżałuję, ale masła mi szkoda, bo jest świetne przed i po treningu, a mój blender prędzej umrze niż zmiksuje orzechy na masło.

Trzecią rzeczą był, i tu uwaga, kolejny „żelazny” punkt mojego kuchennego wyposażenia. Rosołki. Rosołków mam milion, w każdym smaku i w każdym kolorze. W końcu to podstawowa „przyprawa”, która z wody wyczaruje rosół, gulasz, sos do mięska – wszystko. W „rosołku” z kury, kura jest na 27 miejscu spośród 39 składników i jest jej 0,02g. Na górze jest palma i glut(animian). Zrobiłam ostatnio gulasz bez rosołka – gotował się 3h zamiast 30 minut i był taki dobry jak nigdy, ale do szybkiego, nieweekendowego, gotowania to mu daaaaleko. Szkoda, ale na moim nowym, ulubionym, jadłoblogu pojawił się przepis na domowy bulion, który potem się kostkuje jak lód – mistrzostwo.

Kolejnym nielegalnym imigrantem były frytki. Wszystkie. Frytki w fastfoodach są smażone na wielkiej bryle smalcu vel oleju palmowego (skąd wiem? – Paaanie, czego ja w życiu nie robiłam…). Odpadają też frytki gotowe, zapakowane, we wszelkich fikuśnych kształtach do domowego użytku. Bo są nasączone palm oilem jak gąbki. Podejrzliwie przyglądałam się poczciwym ziemniakom z oskarżycielskim „na pewno coś ukrywacie!”.

Z mojego śledztwa wynika, że olej palmowy jest w chipsach i batonikach, w panierowanych paluszkach rybnych, w gotowych musli, w chińskich zupkach, w kosmetykach bo są bardziej… kremowe. Jest wszędzie tam, gdzie się nie spodziewałam. Pocieszam się, że raczej na pewno nie ma go w produktach „nagich”, naturalnych, „z pierwszego tłoczenia”, we wszystkich, które są sobą w 100% – np w sałacie, albo mące żytniej. Ale ten Kitkat Peanut Butter.. boli ;).

Nie przyczepiam się do oleju palmowego bo zawiera nasycone kwasy tłuszczowe, albo ich nie zawiera w zależności od opracowania i kto za nie zapłacił. Nie przyczepiam się że dodaje się go do produktów do których z powodzeniem można by dodać oleju z rzepaku czy słonecznika wspierając lokalny rynek producentów. Nie przyczepiam się z zawiścią, że się świetnie przechowuje, jest łatwy i tani w pozyskiwaniu i można go wykorzystać do wszystkiego.

Przyczepiam się, bo Borneo i Sumatra od dziecka kojarzyły mi się z lasami deszczowymi, orangutanami, rajska labą na rajskiej wyspie. Za 7 lat nie będzie ani lasów ani małp ani raju. Będzie wielka plantacja.

Jak wszystko, sprawa oleju nie jest czarno – biała, ale ma bardzo wiele szarych odcieni i jest pełna moralnych dylematów. Pomiędzy moim oburzeniem pierwszego świata, nakarmionego i ogrzanego konsumenta są problemy trzeciego świata – głodnego i niedoinwestowanego producenta. Obecny system światowej gospodarki nie jest w stanie zaspokoić przeciwstawnych potrzeb wszystkich.

Do dalszych rozważań i dociekań polecam:

  1. Multimedialna stronę The Guardian – świetnie rozrysowane wykresy i mapy
  2. Artykuł The Economist – wyjątkowo interesujący w stylu dziennikarstwa śledczego, podejmujący m.in. tematy ekologicznego oleju i stanowiska koncernów spożywczych i kosmetycznych

palm oil and orangutans copy

Ekotarianizm

Wegetarianizm nie jest eko. Mówię to z pełnym przekonaniem, patrząc na wege burgery rumieniące się w piekarniku.
Nie jest ani ekologiczny ani tym bardziej lokalny. Nie jest też specjalnie smaczny, aczkolwiek w burgerach pokładam pewne nadzieje.

Możliwe, że u podstaw roslinnej diety leżą szlachetne przesłanki: niechęć do zabijania zwierząt, zadawania bólu otaczającej nas przyrodzie ożywionej czy życie „zgodnie z naturą” i tym podobne pomysły. Wątpię, żeby jakikolwiek przedstawiciel wczesnych gatunków homo zawracał sobie głowę takimi tezami. Najbardziej pierwotne ludy były tak zabiegane, że zmieniały adres zawsze gdy w okolicy nie bylo już co jeść. Przy niekończącej się walce o przetrwanie trudno było żywić się wyłącznie trawą czy owocami wypielęgnowanych, sezonowych upraw. W obliczu czających się wszędzie dzikich zwierząt i obcych plemion, pilnowanie kawałka lasu z krzakiem jagód czy malin byłoby niezwykłą fanaberią prowadzącą do szybkiego upadku takiej cywilizacji.

Z czasiem szanowni przodkowie doszli do większej wprawy w kontrolowaniu upraw, zbudowali szałasy i osiedli w najkorzystkiejszej lokacji w okolicy z widokiem na rzekę, pola i las. Ale nie wykreślili z menu pieczonego udźca baraniego, smalcu ze skwarkami, kopy jaj czy bańki mleka. Z lenistwa udomowili kilka co głupszych gatunków i pare inteligentniejszych a ciepłe i suche łóżko skutecznie zmiechęciło chłopów-agronomów do buszowania po lesie z dzidami.

Tamten sposób odżywiania miał jedną, podstawową przewagę nad obecnym pseudo-eko weganizmem. Był lokalny. Aby Pani Domu mogła naszykować kolację nie musiała sprowadzać z drugiego końca świata składników o nazwach nie do wymówienia a na pewno nie do zapamiętania. Nikt nie musiał sie głowić nad wymyśleniem i legalizacją modyfikowanej genetycznie soi czy kukurydzy – podstawą wege żywienia. Uprawa i zbiory zieleniny nie musiały być okupione pracą nieznanych ludzi i degradacją środowiska na końcu świata. Setki napędzanych ropą kontenetowców nie musiało przemierzyć tysięcy kilometrów morskimi szlakami, a tysiące ton roślin o dziwnie brzmiących imionach nie musiały zostać zutylizowane bo nie przetrwały trudów wielomiesięcznego zamknięcia.
Na kolację były miejscowe, sezonowe produkty, owoce pracy małych gospodarstw i rąk własnych Pani Domu. Ekonimicznie i ekologicznie.

Do wieczornych przemyśleń nad kotletem (burger bądź co bądź palce lizac) skłoniła mnie zupełnie przypadkowa lektura jadło-bloga. Skądinąd, podobno, bardzo znanego i, podobno, bardzo smacznego.  Jako super korpo-ludka otaczają mnie weganie (oczywistość), więc bywam również testerem serników bez sera, brownie bez czekolady i budyniów bez mleka. Doskonałe przykłady wynalazków potwierdzających tezę, że „prawie robi wielką różnicę”, ale mimo wszystko jadalnych. W chwili namysłu pt: „Co jutro na obiad?” zdecydowałam – to może coś na wegańską modłę? Okazało się to jednak nie być takie proste! W pieczonych buraczkach z czymśtam, jednym ze składników były płatki drożdzowe, mające podobno udawać posmak sera, w curry z dyni – masło nerkowcowe, w curry z młodych ziemniaków – świeże łodygi trawy cytrynowej, w curry z cukinii – 7 liści kafiru (myślałam, że może kEfiru, ale on nie ma liści); dalej królowały orzeszki piniowe w ogromnej ilości, nasiona chia, jagody goiji, szafran, korab, pasta tahini, orzeszki zatar, spirulina i quinoa. Już nie mówiąc, że wszędzie występuje mleko sojowe na hektolitry. Czy któremuś z Was, wegetarian, znany jest FAKT, że 80% upraw kukurydzy na świecie jest modyfikowanych genetycznie (w USA 90%), a soi 100%? Czy nie pomyśleliście nigdy, że zebrane niedojrzałe, przechowywane miesiącami w chłodniach – kontenerach i sztucznie „dojrzewane” awokada i inne egzotyczne, ale niezbędne w wegańskim menu składniki już dawno straciły wszelkie super moce, o ile kiedykolwiek je miały? Czy nie przyszło Wam do głowy, że wybierając miód manuka zamiast lipowego, nasiona chia zamiast siemienia lnianego, owoce goiji zamiast żurawiny, orzechy nerkowca zamiast włoskich nie wspieracie lokalnych producentów a wręcz przeciwnie – działacie na ich niekorzyść?

Owszem, Kolumb od Amerykanów przywiózł ziemniaki i kukurydzę i choć początkowo dostępne były one tylko dla arystokracji, z czasem okazały się być gatunkami stworzonymi dla naszego klimatu – odporne na szkodniki, szybkorosnące, mogące wyżywić ogromne populacje. Przyznaję, że pieprz, herbata czy kawa, bez których nie wyobrażamy sobie codziennego funkcjonowania nie rosną w kraju gdzie „zimno i pada i zimno i pada” i raczej nigdy nie będą, ale czy na pewno nie da się zastąpić składników modnych, które dobrze mieć w swoim lunch boxie składnikami swojskimi?  Dlaczego używając argumentu, że kupując mleko przyczyniamy się do pogarszania warunków życia krów, do jeszcze większego ich ścisku i niekończących się ciąż nie zauważacie małych ekologicznych gospodarstw? Dlaczego gardzicie jajkami z eko hodowli, bez klatek, antybiotyków i karmienia sondą? Dlaczego wreszcie moda na eko torby, eko auta i eko żarówki idzie u Was w parze z modą na jedzenie rzeczy o niezwykłych nazwach i pospolitym smaku, całkowicie kłócącą się z klasykiem „Polacy nie gęsi…”?

 1379524032_by_Angelika23 _500