O jajku prosto od kury i mleku prosto od krowy

Będzie to pierwsza część poradnika „Jak być dobrym człowiekiem”. Poważnie 🙂 Ale o ile na cechy charakteru nie bardzo potrafię wpływać (jeszcze) to na zachowania czyjeś czasem mi się uda (o ile ktoś bardzo się nie opiera, nie kopie i nie gryzie).

Obserwuję od jakiegoś czasu pewną stronkę na fejsbuniu. Profil ten traktuje o kupowaniu polskich produktów, co wnoszę po jego nazwie (nie zdradzę nazwy, bo nie będzie to tekst pochwalny dla tegoż profilu) i jest pewnego rodzaju deklaracją. Ostatnio pojawił się na nim wpis: „MOJE PRAKTYKI ZAKUPOWE, CZYLI JAK UDAŁO MI SIĘ OBNIŻYĆ WYDATKI NA ŻYWNOŚĆ BEZ SZUKANIA KOMPROMISÓW MIĘDZY CENĄ A JAKOŚCIĄ”, o tym jakie autorka ma sposoby na oszczędzanie. Wpis zostanie na długo w mojej głowie i pewnie będę do niego jeszcze często wracać, bo wprawił mnie, może nie w osłupienie, ale w zadziwienie i zadumę nad światem i ludźmi.

Rodzina autorki prowadzi szczegółową ewidencje wszystkiego co kupuje: zapisują KAŻDY paragon i wzajemnie się rozliczają (ja odpowiadam za żarcie a ty za rachunki, ale jak nie zrobię ci obiadu albo śniadanka w domu, a nazajutrz ty sobie go kupisz, to ja ci oddam hajs- WTF???). Ale ok, niech będzie. Chcą mieć kontrolę nad wszystkimi wydatkami co do grosza? Ich sprawa. Chcą się rozliczać z każdej słodkiej bułki, każdego Maca i każdej frytki? Ich sprawa. Rozumiem, że jak jedno wróci do domu 2h później niż zazwyczaj to dostaje zwrot monet bo nie zużyło tyle prądu i wody co zwykle (światło mniej się świeciło itp). Dalej jednak, jako punkt pierwszy sposobów oszczędzania, jest coś co mnie zwaliło z nóg. Ze śmiechu. Coś co jest hejtowane przeze mnie od wieków i lat, coś czego nigdy nie mogłam zrozumieć (teraz bedzie cytat):

#1 / Zakupy robię tam, gdzie jest najtaniej.
To chyba oczywiste. Dokładnie zapoznałam się z cenami kupowanych produktów w najczęściej odwiedzanych przeze mnie sklepach. Wiem, w którym z nich najtaniej kupię kostkę masła, sery czy moją ulubioną herbatę. Czasami różnice w cenie potrafią wynieść nawet kilka złotych (np. w jednym sklepie syrop Premium Rosa potrafi kosztować niecałe 9 złotych, w innym – ponad 11 złotych).

Umarłam. Ze śmiechu. Może jestem jakaś niedzisiejsza, ale gazetkowe promocje były tematem numer jeden na każdej „imprezie u cioci” oraz w mojej poprzedniej pracy (przez to nie było ze mną o czym pogadać, bo w opinii współpracowników niczym się nie interesowałam…). Promocja „2 pln taniej na kilogramie schabu” ma sens wtedy kiedy zamierzam kupić tego schabu 30 kg. Ale dla jednego kotleta? A 50gr oszczędności na kostce masła gdy muszę po nie drałować w mrozie, po 8h pracy, na drugi koniec osiedla, kiedy marzę tylko o tym zeby walnąć się na kanapę? Bezsens. Jeśli kiedyś to zrobię to proszę mnie od razu zastrzelić i dla pewności przebić kołkiem osinowym.

oszczedzanie

I żeby jasność była – liczę się z kasą, bo na niej zwyczajnie nie śpię. Ale nie należę do tej grupy ludzi, która potrafi, z dokładnością do 2 miejsc po przecinku, powiedzieć ile kosztuje masło łaciate w Społem, ile w Żabce a ile w Piotrze i Pawle. Serio. Mam inne hobby i swoją mózgową pamięć podręczną i operacyjną wykorzystuję na nieco inne dane. I zwyczajnie mnie to nie interesuje. Nie uważam również, żeby zdrowe było przeliczanie ile oszczędza się na jedzeniu, karmiąc piersią, pijąc kawę „w gościach”, bo jest droga i nie niezbędna do życia, pijąc wodę z filtra a nie mineralną czy odmawiając sobie wszystkiego na co ma sie akurat ochotę, żeby zaoszczędzić 2 czy 5 plnów (nie wymyślam sobie tych rzeczy, wszystko tam było). Nie uważam również, żeby fajne było spędzenie połowy lata na słoikowaniu wszystkiego co się da w ilościach hurtowych. Sama czasem coś zasłoikuję, ogóra jakiegoś, czy maliny i chętnie przyjmuję słoiki od babci. Ale w ilości detalicznej. Nie w hurcie. Nie kiszę 10 kilogramów kapusty i 50 kg ogórków (nie wymyślam ilości, bo wszystkie słyszałam w opowieściach w tej robocie co mnie nie lubili, bo nie było o czym ze mną pogadać :)). Przypomniał mi się jeden osobnik rodzaju męskiego, z którym kiedyś studiowałam. Nie można było z nim iść normalnie, po studencku, na przyodrzańskie wały na browarka, bo osobnik ów, musiał odwiedzić najpierw 5 sklepów porównując ceny, by ostatecznie wrócić do tego najtańszego. Wyprawa trwała godzinę i dopiero w trzecim sklepie z kolei spostrzegłam się w czym rzecz (myślałam, że koneser czy coś….). Krótka znajomość to była. I pouczająca.

Ale żeby nie było, że nie interesuję się tym co, gdzie i za ile kupuję. Zwyczajnie kieruję swoją uwagę nieco w inną stronę:

  • staram się kupować żarełko w polskim sklepie. Najczęściej jest to Piotr i Paweł, bo mam w miarę blisko, do tego jest tam porządek, dość czysto i całkiem spory wybór wszystkiego. Nie jest prawdą, że to przeokrutnie drogie delikatesy. Ceny sa tam ok 2-3% wyższe niż w tesco (sprawdziłam to na koszyku o wartości ok 300pln z produktami każdej kategorii, tych samych producentów)
  • kupując, niech będzie, masło wybieram oczywiście to tańsze, ale naszego producenta. Jogurty kupuję tylko naturalne Bakoma, Piątnica, Krasnystaw (tu się zaparłam – choćby Zott był za półdarmo, to nie wezmę)
  • ostatnio niektóre rzeczy zamawiam od LokalnyRolnik.pl. To taka platforma łącząca rolników z indywidualnymi odbiorcami. Produkty tam oferowane, są sezonowe i niekomercyjne, często w opakowaniach, które „nieprzystoją” marketom. Są również oczywiście nieco droższe niż sklepowe, ale czasem na prawdę warto.

Teraz pozachwalam trochę Lokalnego Rolnika 🙂 Zakupy zrobiłam tak raptem 3 razy (jestem świeżakiem) i z reguły są to produkty, o których krąży obiegowa opinia, że „wiejskie są najlepsze, a więc:

  • jajka – jakoś nigdy nie wierzyłam, że jajko od kury z trawy smakuje inaczej od takiego od kury z klatki. Badania i moje prywatne doświadczenia empiryczne dowodzą, że żółtka w jajkach ekologicznych nie są bardziej  żółte niż te klatkowe. Jajka ekologiczne nie są też smaczniejsze. Wszystkie smakują tak samo. Jednak wybieram te ekologiczne czy od chłopa, bo tak. Bo nie podoba mi się chów klatkowy ani żaden inny niewolniczy. Pozatym jajka klatkowe pomimo takiego samego smaku i koloru jak eko mogą mieć nieco inny skład i nie do końca dobry wpływ na zjadacza;
  • mleko – przerzuciłam się jakiś czas temu za działaniem mojego T, z mleka UHT na świeże, pasteryzowane w temperaturze ok 60 stopni. Dzięki temu w mleku jest jeszcze trochę barterii a nie same trupy pływające po powierzchni zabielonej wody. Czy takie mleko smakuje inaczej? Nie wiem, wydaje mi się, że nie. Zamówiłam ostatnio od rolnika mleko surowe całkiem, dojone od krowy prosto do butelki. I..? Smakuje tak samo jak to świeże po pasteryzacji. Może dlatego, że piłam zimne, a wtedy mało co ma smak;
  • kefir – na wakacjach byłam na Kaszubach. Jadąc do Malborka na zamek, wpadlismy po drodze do knajpy o nazwie „Papudajnia” na szybkie, domowe żarełko. Obiadek bardzo smaczny, ale maślanka…. no niebo! I kefir od rolnika mi tą maślankę przypomniał – w ogóle nie wodnisty, aksamitny, gęsty, delikatny w smaku, troche śmietankowy. Mniam.
  • chleb – każdy chleb nieprzemysłowy, tylko taki na zakwasie z listą składników ograniczoną do 4 – jest dobry. Ja, pomimo szczerych chęci, nie odkryłam jeszcze tajemnicy chleba doskonałego, więc przepadam za kupnym 😉 Jesli odbieram chlebek z zamówieniem to na dzień dobry zjadam pół bochenka…
  • ryby – moja lista ryb, które kupuję jest ograniczona przez wytyczne wwf. Ryb morskich we Wrocławiu jest mało (żądamy dostępu do morza!), ale z jakiejś przyczyny łatwiej dostać halibuta z lodu niż świeżego śledzia. Od rolnika kupuję pstrągi, bo są jedyną rybą, którą potrafię przyrządzić, a wierzcie, że koło Gessler nie leżałam. Pstrągi są zapakowane próżniowo, bardzo świeże no i smaczne!
  • owoce i warzywa – nie próbowałam zbyt wielu, bo tu bardzo daje się we znaki sezonowość. W zimie mogę dostać marchewkę, buraki czy ziemniory (kilka gatunków), zdaża się jarmuż, do którego się nie przekonałam. Z owoców próbowałam jabłek (jest wiele odmian i w końcu mogłam spróbowac, które lubię a które nie).
  • masło – zostało bohaterem posta… Kupiłam ostatnio masło od chłopa. Drogie. Bardzo. Ale z drugiej strony ile zużywam masła w miesiącu? Nie zbiednieję. Pozatym, w przeciwieństwie do jajek, jest absolutnie fantastyczne. Masło jest tłuściutkie i takie hmm.. mleczne. Miastowa jestem to takiego wiejskiego masła jeszcze nie jadłam. Na prawdę warto.

Próbowałam też miodów, ale te, z zasady, mają mały „nakład”. W zasadzie większość miodów to produkty lokalne z rodzinnych pasiek.

IMG_20170201_184655_resized_20170208_074323832.jpg

Czemu to robię? Czemu tak się upieram przy tej lokalności zakupów i zwracam szczególną uwagę na miejsce pochodzenia tego co kupuję? Bo mało rzeczy mnie tak smieszy jak narzekania małych polskich przedsiębiorców, że jest ciężko, że nie mają klientów, że ludzie wolą tańszy chłam, gdy sami robią zakupy w NETTO czy LIDLu bo tanio i blisko i kupują jogurt Zott bo był tańszy o 20gr od tego z Piątnicy. Nie ma tu sprzeczności? Jeśli marudzimy, że jest nam źle, to na pewno nie jesteśmy osamotnieni, ale może sami wpływamy na to, że tak jest i możemy temu łatwo zaradzić?

Widziałam ostatnio taki obrazek: kiedy kupujesz coś od małego przedsiębiorcy, ktoś odstawia mały taniec radości. Prawda. Dajmy trochę radości naszym, bo to fajne. I dobre 🙂 W końcu chcemy być dobrymi ludźmi, prawda?

15665700_1276871519044258_5527755123611363653_n

 

Reklamy

Tym stukaniem to mi Pani ryby płoszy!

Mam dwóch nowych chłopaków. Do tego obaj są skadynawami i obaj mają na imię… Kijek. Lewy i Prawy. Zostali mi przedstawieni przez mojego ortopedę (więc to taka miłość z rozsądku), bo poprzednia moja miłość z wyboru do łuku sprowadziła mnie na drogę ciemności, bólu i rozpaczy.

Mam zakaz strzelania z łuku, zakaz ćwiczeń ze sztangą, zakaz robienia czegokolwiek ręką co wymaga podniesienia jej powyżej 90 stopni w jakimkolwiek kierunku. Mam zakaz spania na brzuchu. Stwierdzam ze smiechem, że jestem pierwszym człowiekiem na świecie, któremu będzie szkodził sen. I sport. Każdy. Oprócz… Nordic Walking. Nie jest on co prawda idealny, bo po 10 km czuję jak coś mi się podwija pod łopatkę i ogólnie bark tak dziwnie tężeje jak galaretka w lodówce, ale i tak jest fun!

nordic-walking

Moich nowych chłopaków poznałam bliżej na zajęciach z trenerem, organizowanych co jakiś czas przez moją firmę (to jedna z zalet korpo). Nieświadome nowych wyzwań udałyśmy się z kumpelą K na trening. W ogóle to obie mamy talent do wybierania zajęć „dla dziadków” bo idziemy tam nieprzygotowane mentalnie i wychodzimy zlane potem (dałyśmy się tak zakatować na Zdrowym Kręgosłupie). Podobnie było na kijkach 😉 biegałyśmy po parku jak opętane machając rękami. To wydłużało krok a to z kolei powodowało, że prawie biegłyśmy. Po godzinie uznałyśmy zgodnie „było suuuuuper”. A skoro było super, to nie był to ostatni raz ! Po kilku razach stwierdzam, że kijkowanie jest na prawdę super i na prawdę dla mnie. Nie umiem biegać i nie chcę, zabija mnie przebiegnięcie 500m a kiedyś, jeszcze w szkole, na teście Coopera albo wahadle robiłam minimum okrążeń na zaliczenie. Po 10km z kijkami  nie jestem nawet zmachana. Najlepsze jest to, że po treningu chodzenia na nogach bolą… ręce.

Od czego zacząć?

Kto choć raz w życiu zaczynał jakikolwiek sport przyzna mi rację – na pierwszy trening najlepiej wybrać się z …trenerem. Z pracy z Multisportem, z ogłoszenia osiedlowego, z ogłoszenia w googlach. Podstawową zaletą takich zajęć jest to, że trener zrobi wszystko za nas – dobierze kijki, pokaże technikę, rozgrzewkę i będzie czuwał czy nikt nie robi sobie krzywdy (np wbija kijek koleżance w noge). Ten dobry człowiek przygotuje nas mentalnie i fizycznie na baty. Reszte trzeba zrobić samemu 😉

Można też potrenować z jutubem, ale sprawdzi się to tylko w przypadku chodzenia przed lustrem lub wzdłuż sklepowych witryn. Inaczej nie ma opcji przyjrzeć się swoim błędom… Chodząc teraz po parku spotykam wielu kijkarzy i niestety nie spotkałam jeszcze żadnego „technicznego”. Ot taki szybki marsz ze stukaniem kijkami w ziemię i juz jest +5 do lansu. Ale i tak uważam, że fajnie, że w ogóle są w tym parku i zasuwają. Mogliby siedzieć na obiedzie u cioci i żreć schabowego…

Chodzenie po parku z trenerem jest jakoś uzasadnione, bo widac, że robimy z siebie wariatów ale jest obok ktoś kto instruuje więc wygląda to profesjonalnie. Pierwszy raz, samodzielny, w parku był trudny bo:

Chodzenie z kijkami jest głupie…

Jasne. Każda aktywnośc, której nie oddaje się 90% społeczeństwa jest dziwne. Ludzi nie dziwi tylko zamulanie na kanapie i oglądanie 358 odcinka „na dobre i złe”. Więc będą się gapić, to normalne. Wystarczy nie patrzyć się na nich, wtedy nie widzi się tego, że się gapią.

nordic_walker

Kijki hałasują…

Fakt – kijki stukają. Nie znalazłam na to złotej metody, a chodzenie po błocie odpada. Jak jest twardo to będą stukać, nawet w gumowych bucikach na asfalt. Nie ma jednak opcji, żeby stukające kijki obudziły jakieś śpiące w wózku dziecko, bez przesady, pozatym przechodzi się obok wózka raptem 2 sekundy. Jedyną osobą, która uważała kijkowe puk-puk-puk za moja wrodzoną złośliwość był wędkarz w parku – „ryby pani płoszy!”. Po złośliwości przeszłam koło niego jeszcze parę razy 😀

Nikt nie chodzi z kijkami, bo teraz wszyscy biegają…

Tak myślałam, jak pierwszy raz poszłam do parku przetestować czy chłopaki działają jak trzeba. Owszem – sporo ludzi biega, ale za każdym razem spotykam kijkarzy. Mówimy sobie „dzień dobry”, jak słodko… (tzn ja im mówię, a oni, zaskoczeni, odpowiadają).

W co się ubrać?

Nie za ciepło. Tak, żeby po wyjściu z domu było nam trochę chłodno. Na październik/listopad z 10-11 stopniami, na zasuwanie tempem 1 km/9-10 min polecam :

  • termo-koszulkę z długim rękawem (po 2 km podciągam rękawy jak Justyna Kowalczyk :P)
  • bezrękawnik (dośc ciepła sztuka pozostała mi z łucznictwa – nie wieje po plecach. Sięga za tyłek, ma kaptur i dośc obszerne kieszenie)
  • leginsy (tak, żeby było po sportowemu, jak ktoś ma kompleks „wielkiego tyłka” to polecam lekkie spodnie trekkingowe. Dżinsy odpadają! Osobiście nie założyłabym też dresów…)
  • sportowa bielizna (nie lubię jak mi się wszystko majta, tu się zsuwa, tam ciśnie. Pozatym to w końcu sport)
  • buty (mam 3 pary butów do biegan.. ekhm… fitnesu. W internetach piszo, że lepsze byłyby buty trekingowe, bo lepiej amortyzują piętę. Na zimę muszę znaleść coś na wyprzedażach – nieprzemalkalnego i odpowiedniego)

Co zabrać na „spacer”?

Jest pare rzeczy, które zawsze się przydają 😉

  •  kijki (haha) – modeli jest milion. Są z regulowana długością i bez. Są takie za 15 zeta i za 3 stówy. Ja mam, może nie najtańsze, Propulse Walk 500 z Decathlonu za 170pln (prezent urodzinowy). Mają wypinane, bardzo wygodne pętle, buciki na groty i gumowe łapki. Można je spiąć razem. Polecam.

Nie zamierzam podróżować z kijkami samolotem więc zdecydowałam się na model bez regulowanej długości. Dlatego polecam, polecam, polecam, pierwszy trening zorganizowany, żeby przetestować różne długości i modele. Ostatecznie źle dobraną długość można komuś oddać, lub spieniężyć na allegro.

  • chusteczki – taka moja przypadłość, co 500m muszę się zatrzymać wytrzeć nos. W tym konkretnym przypadku w poprzednim wcieleniu byłam chyba psem 😐
  • smartfona – nie po to, żeby sweet focie wrzucac na fejsa – nie bedzie na to czasu 😉 Warto jednak odpalić jedną z aplikacji treningowych (ja mam Endomondo Sports Tracker – ma kilka super zalet. Pokazuje przejsznięte kilometry i co kilometr pewien miły anglik informuje mnie o postępach, czasie „okrążenia” itp. Pokazuje spalone kalorie (nic tak nie motywuje jak 1,5h spacer i 700kcal w plecy 😉 ), predkość, czas na kilometr (ja zasuwam tak 9-11 min / km) i współpracuje z gpsem). Zawsze było mi szkoda kasy albo punktów HP na fitbanda mierzącego kroki, tętno, sen na jawie i inne pierdoły. Nie biegam, nie trenuję crossfitu = nie mam aż tak wygórowanych potrzeb. Moje podstawowe zaspokaja darmowa aplikacja na telefon. Oprócz endomondo można włączyć jutuba, audiobuki, co kto lubi. Włączenie obu aplikacji zabija mój telefon w 2h 😛 na trening wystarczy.
  • buciki na kijki – do parku mam ok 1,5km po chodniku. Buciki trochę się ślizgają, ale chronią groty i zapobiegają „straszeniu ryb”.
  • plecak, wodę – jeśli ktoś nie wytrzyma 1,5-2h bez picia to można. Ja nie lubię nosić. Wyłoję butlę jak wrócę do domu i zagryzę bananem

Więcej nie trzeba (klucze do chaty mogą się jeszcze przydać)

Pierwszy samotny raz po parku był tak niesamowity, że wróciłam do domu tramwajem. To dlatego, że głupio mi było wracać chodnikiem przy ruchliwej ulicy (już nigdy nie pomyślę o biegaczu biegnącym wzdłuż ulicy „staaaary, ale biega to się po parku”. Jasne, ale do chaty nie wraca się na miotle…) Więcej nie powtórzyłam tego dziwngo zachowania 😛 Niech się napatrzą jak Justyk Kowalczyk zasuwa. Pozatym to zawsze 3 km więcej na liczniku.

Chodząc sobie po moim parku nie ma zbyt wielu opcji trasy. Jest jedna wyznaczona dla biegaczy (tą się głównie poruszam), albo nieco dłuższa wzdłuż rzeczki, opodal krzaczków, przechodząca obok najładniejszego miejsca w parku, ale częściowo prowadząca po (daję głowę) żydowskich płytach nagrobnych (historia mojego parku nie jest taka super świetlana). Ostatnio wyczaiłam, że w najładniejszym miejscu tej drugiej opcji trasy powstało całkiem fajne miejsce na grilla. Jest ławka i solidny grill na wybrukowanym kawałku trawki. W pażdzierniku wygląda to na nowe a w każdym razie na niezniszczone i rzadko używane. Obstawiam, że huligaństwo specjalnie musiałoby się przejść na spacer do parku i to nieobleganą ścieżką, żeby to miejsce znaleść. Mało prawdopodobne. W sumie super pomysł! Ciekawe ile wytrzyma…

park_labedziepark_grilownica

Tak na dobrą sprawę taki Nordic jest świetnym pomysłem na jesienną imprezę w parku. Chciałam tutaj napisac „dla rodzin”, ale dla mnie to jest jedno z najbardziej zniechęcających haseł na imprezy. „Festyn dla rodzin”. To znaczy, że jak przyjdę bez dzieci i dziadków to umrę z nudów, a jeśli nie z nudów to pod oskarżycielskim spojrzeniem mamusiów i tatusiów „a gdzie jest twoja RODZINA”.

Zostawmy więc imprezę „dla wszystkich”. Kto chce to przychodzi kto nie to nie. Mile widziany jest każdy kto chodzi sam, każdy kto chodzi z kimś, każdy kto przyciągnął tu kogoś na siłe. Esencja zielonego wydarzenia. Na powietrzu w środku dnia (nocą…po parku.. nie bardzo…). Promująca zdrowy tryb życia, nie powodująca nadmiernej produkcji odpadów (jakie śmieci można wyprodukować idąc z kijkami? Butelkę po wodzie? Ostatnio widziałam takie w 90% z recyklingu. Pozatym można wziąc swój bidon i uzupełniać).

Nie wiem czy to moje obserwacje czy ktoś to naukowo potwierdził, ale jak człowiek jest bardziej ruchliwy i bardziej dba o siebie, to i ekologia na tym nie cierpi, więc wydarzenia dla aktywnych są też mniej dotykające środowisko i bardziej zielone. Taka impreza będzie się musiała obejśc bez konfetti na cześć zwycięzcy (można go obrzucić furą liści, albo płatkami kwiatów), bez balonów w każdym kształcie (sorry dzieci), bez waty cukrowej i gofrów. Zamiast tego stoiska z regionalnymi sezonowymi owocami (umytymi), prosto do łapki albo papierowej torebki.

Z atrakcji dla wszystkich – sadzenie roślinek, szukanie parkowych zwierzątek, gra terenowa z odkrywanim tajemnic parku (a mój ma to ma ich sporo… jak choćby tablice nagrobne wmurowane w schody). Dla chodziarzy stoiska z activ-szejkami, przygotowywanymi na bierząco i rozlewanymi wprost do bidonów uczestników.Dla dzieci – rozpoznawanie roślin, zbieranie liści i tworzenie z nich tymczasowych kompozycji, liczenie kaczek i łabędzi.

Gadżety i nagrody w postaci ręczników z mikrofibry, koszulek termoaktywnych wysokiej jakości (tych nigdy mało) i bonów do sklepów sportowych, na pewno ucieszą każdego. Jednak koszulki z wielkim logiem organizatora eventu i jego datą zawsze bawią mnie do łez. Taka koszulka niczego nie promuje, bo dostaje się ją z reguły na imprezie, więc nikogo nią nie przyciągnę, bo wszyscy tu już są, a jutro będzie dawno po musztardzie. Nawet jeśli dostałabym taką koszulkę przed imprezą i chodziła w niej po parku, to aby doczytać, co, kiedy i gdzie, ktoś musiałby się gapić na mój biust wystarczająco długo, żeby dostać w zęby (te loga i napisy zawsze są na biuście…). Nie założę takiej koszulki za 2 lata bo będzie widać ze ma dwa lata (ah ta data).

Ehh marzy mi się. Pozatym jesienią jest tak pięknie…