Europejska stolica betonu, stali i szkła.

Moje miasto, takie piękne, ma wielkie ambicje. A raczej mają je nasi włodarze. Wrocław musi być najbardziej, najlepiej i najszybciej w każdej dziedzinie.

Kosztem dziewięciu zer prowadzonych przez jedynkę, zbudowaliśmy stadion na zadupiu o elewacji co-to-się-miała-nie-brudzić-podobno, aby staropolskiemu „zastaw się, a postaw się” stało się zadość. Stadion rozbrzmiał okrzykami 100 tysięcy widzów 5 lat temu a następnie zamilkł na lata i dalej milczy z zażenowania, gdy nasi lokalni kopacze z trudem utrzymują się w ekstraklasie.  Mieliśmy stolicę kultury, będziemy mieć Igrzyska. Miało być expo, EIT, metro. Miały być elektryczne autobusy i tramwaj na… (a gdzie nie miał ?) Złożyliśmy nawet aplikację o tytuł Zielonej Stolicy Europy. Miało być tak pięknie a wyszło… no właśnie.

Wrocław zielony jest umiarkowanie. Jak grzyby po deszczu w miejsce trawników powstają nowe biurowce, z przebudowanych ulic znikają drzewa a z odremontowanych placów znikają klomby. Bo tak jest bardziej, ale czy lepiej? Wrocław poza deklaracjami robi niewiele.

Na pierwszy ogień – tory tramwajowe. Kiedyś, w Poznaniu będąc, zakochałam się w zielonych torowiskach poprzerastanych trawą. Potem takie same klimaty wpadły mi w oko w Pradze i w Warszawie. A Wrocław? Tłumaczy się, że u nas to nie możliwe, bo torowiska są współdzielone z samochodami. Czy aby na pewno? Obecnie trawkę pomiędzy torami można spotkać w kilku miastach. Podobno wśród nich jest Pępek Świata. Prym wiedzie Kraków z 25 km, co stanowi ok. 12,9% toru pojedynczego w tym mieście. Kolejne pozycje zajmują Łódź (24 km i udział 10,9%) oraz Warszawa (16,1 km i udział 6,2%).

Takie rozwiązanie możnaby zaproponować mieszkańcom Nowego Dworu, którzy nie chcą tramwaju, bo będzie za głośny – zielenina obniża hałas nawet o 8 dB! A tak na marginesie to owi mieszkańcy kilka lat lobbowali za tramwajem (chociaż mają ponad 10 linii autobusowych kursujących w każdą część miasta), a jak go dostali to się obrazili. Polakowi nie dogodzisz.

W Warszawie na utrzymanie takiej fanaberii wydaje się rocznie ok 220 tysiaków. Koszt stadionu to 4500 lat utrzymania trawki w stanie golfowej zieloności (zakładając, że będzie jej tyle ile w stolycy).

O ile torowiska można uznać za zielone gdy porastają sobie nieproszonym mchem i chwaściorem to jest kilka miejsc w centrum mojego miasta, które zasługują na wątpliwie szczytne miano „patelni wszechświata”. Urzędnicy miejscy, zasiedli, myśleli, myśleli i wymyślili, że jak jest jakiś kawałek wolnej przestrzeni bez domów, ulic i straganów, to gawiedź na pewno będzie chciała się tam tłumnie gromadzić, niekoniecznie w jakimś celu. A skoro tak chcą, to trzeba im to umożliwić! A jak umożliwić, to trawkę zaorać, żeby się nie zadeptała, krzaki wyciąć, żeby pospólstwo nie połamało, a ścieżki wybetonować, bo czemu nie. I ciężko się z tym tokiem myslenia nie zgodzić, gdyby nie fakt, że trawników mamy w city niewiele a wybetonowanych przestrzeni ogrom. Tylko czy naród faktycznie aż tak bezładnie i tłumnie się gromadzi? Czy Rynek nie jest wystarczająco duży na wszystkie imprezy? A plac Solny? A tereny wystawowe? A wreszcie – Pola Marsowe? Czy trzeba zabetonować połowę centrum, tak na wszelki wypadek?

Przykład pierwszy – mistrzostwo świata pod każdym względem – Plac Nowy Targ. W centrum miasta, ale trochę na uboczu i wystarczająco blisko Wyspy Słodowej (gdzie odbywają się wszystkie imprezy niegodne Rynku). Nie ma tu żadnych atrakcji, ostatnią fontannę zburzono w czasie wojny a konkurs na nową jest podejrzanie nierozstrzygnięty od 50 lat. Plac otaczają rozpadające się bloki i Urząd Miasta Stołecznego Wrocławia, ot kuriozum. Tylko kto miałby tu deptać trawnik i łamać drzewka? Ale przetarg wygrany, prace skończone, nowy plac odebrany. Betonowe płyty jak okiem sięgnąć plus kilka granitowych leżanek – dla miejskich śpiochów ławkowych jak znalazł. Kratka z ciemnejszego bruku podobno wyznacza średniowieczny układ straganów. Jak nietrudno się domyślić obecnie jest zakaz handlu wszelakiego. Jest również zakaz sadzenia trawki, drzewek, krzaczków i czegokolwiek co mogłoby nieco natlenić mózgi miejskich myślicieli (Plac jest notabene obok urzędu).

Kolejnym „dziełem” dzierżącym palmę pierwszeństwa w głupości jest patelnia przy Forum Muzyki. Kiedyś, za dawnych czasów, był tam jedyny w mieście skatepark a teraz jest plac o idealnych parametrach do wojskowych defilad, albo bicia rekorku Guinessa w smażeniu jajek na granitowych płytach. Pod placem jest parking podziemny, więc ok, rozumiem, że nie może być tutaj lasu sekwoi. Ale trawka jakaś? Krzaczek? Ławeczka? Kwiatuszek?

IMG_20170529_125406

Forum ratuje połowicznie fakt, że zaraz obok jest Park Staromiejski i jak się dobrze to miejsce zaatakuje to może ono wyglądać tak:

forum7

ale jak sie ma pecha, to widok jest nieszczególny:

forum5

Ratunek połowiczny, bo park słuzy do przemieszczania się z punktu A do punktu B, slalomem pomiędzy Cygańskimi królowymi tarota. Brakuje tu miejsca do celowego i spokojnego „usiąścia”. Knajpy tu żadnej nie uraczysz, a i rowerem można dostać niespodziewanie, bo ktoś kawałek parku ogrodził sobie murem a scieżka rowerowa przebiega tuż pod bramką z tegoż muru…

Wrocław nie należy do szczególnie zielonych miast. Parków mamy jak na lekarstwo a parków w centrum to jak na lekarstwo dla ptaszka. Kawałek „plant” przy fosie, ale w trakcie przerwy w pracy można co najwyżej przejśc się dookoła budynku i ewentualnie postać chwilę na słońcu na trawie, konkurując o każdy jej centumetr z okolicznymi posiadaczami psów…

A można inaczej.

Małe przestrzenie można zaplanować z głową i pomysłem, zielono i ekologicznie. Tak aby było przyjemniej usiąść, popatrzeć i posłuchać. Bez gigantycznych kosztów i niekonczących się przetargów (choć co do tego mam wątpliwości).

Można jak w Barcelonie, gdzie okna mojego pokoju wychodziły na niespecjalnie ładny placyk. I nie było by w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że cały skwer przy San Ramon, w środku dość „czerwonej” dzielni, był wysadzony drzewami. Można jak w Pradze, gdzie ichniejszy rynek jest w połowie zadrzewiony. Można jak na Malcie czy w Splicie, gdzie zaułki pomiędzy kamienicami są ostoją dla maleńkich ogródków cieszących oczy kolorami, cieniem i przyjemnym chłodem.

Można tak jak w Berlinie, czy Dublinie, można jak w gigantycznych metropoliach, skoro chcemy już niedługo za taką uchodzić. Zamiast plażo-patelni w sercu miasta można posadzić… park:

W takim na przykład Cleveland, powstały trzy zielone koncepcje na tą samą przestrzeń. Pod każdą sie popisuję, każda jest doskonała:

Da się. Ale skoro mowa o centrum miasta to nie może w nim zabraknąć Mordoru. Centrów usług wszelakich dla biznesu, miejsca pracy 20 tysięcy wrocławskich hipsterów, porażkowców, millenialsów i korpoludków. W jednym z takich miejsc miałam swoje biurko pod oknem 😉 W czarnym klocku przy najruchliwszym skrzyżowaniu w mieście, z jakiejś przyczyny ochrzczonym paskudnym mianem Dominikański Skanska Building. Nazwa absolutnie sprzeczna z doskonale modną oczywistością. W końcu coś co powstaje na miejscu 200-letniej drukarni powinno nazywać się „Starą drukarnią”. Skąd tak okropne imię? No idea…

Ale do rzeczy. Klocek jak klocek: windy, okna, open space jak okiem sięgnąć. Wykonawca chwalił się, że nasz budynek ma jakieś super moce „bardziej” niż inni, ale mi najbardziej doskwierał brak otwieranych okien i fakt, że patio, na które miałam okno, było kompletnie bezpłciowe.

Stała tam jedna biedna ławka oraz dość mocno modernistyczna rzeźba jelenia (interpretację pozostawiam Wam). Dodatkowo bryła budynku była w kilku miejscach dość nieregularna, przez co powstało kilka „tarasów”, jednak na żaden nie można było wyjść (brak otwieranych okiem), a nawet jakby była taka opcja, to tarasy były wysypane żwirkiem i ogólnie mało przstępne. Czarno, szaro, szklano, grafitowo. Nijako okrutnie, Nudno do bólu. Ostatecznie ktoś podjął próby zbudowania zielonej ściany na patio, ale z dość mizernym rezultatem. O „fenomenie” tego obiektu jeszcze coś skrobnę 😉 Aha – dodam tylko, że jeleń od razu otrzymał tabliczkę „nie przypinać rowerów” oraz został opasany czerwono-białą taśmą, żeby mu się nie pętać pod nogami. Ktoś najwyraźniej był nieostrożny i oberwał jelenią racicą a potem się poskarżył, że zwierz kopie…

A skoro o ścianach zielonych i dachach, to jest we Wrocławiu jedna, całkiem udana inwestycja i dla niepoznaki zlokalizowana… w niebezpiecznej bliskości Urzędu Miasta (miasto to samo, ale Urząd w nieco innym miejscu). Ładnie tu i zielono, nie ma się czego przyczepić 🙂 Brawo wy!

zielone-ściany-wrocław-7

Jest też druga zielona ściana, a raczej ściany, a raczej cały budynek. Mój ulubieniec 🙂 Muzeum Narodowe we Wrocławiu. Patrzcie i podziwiajcie, bo jest co:

Żeby jednak nie było tak całkiem fajnie, to mamy też swojego miejskiego potwora. Potwór ten, znalazł sobie całkiem sympatyczną miejscówkę z przepięknym widokiem na rzekę, na Muzeum, na Ostrów Tumski. Potwór ma swoje tajemnice, pewnie tylko on wie czemu jego budowa ciągnęła się latami i ostatecznie w wielkich bólach udało się ją dokończyć. Tylko on wie jak nazywa się duch, który tam straszy i jęczy w pustych korytarzach, pomiędzy pustymi regałami. Biblioteka Uniwersytecka. Miejsce dość smutne, ciche i nieładne, a przy tym kompletnie bez wyrazu. Gołe betonowe mury generujące okropne przeciągi. W całej bibliotece jest tylko jedna ładna rzecz – ławka w przejściu pomiędzy budynkami z jakiejś przyczyny stojąca bokiem do Odry.

I ogólnie klocek jak klocek, gdyby nie fakt, że nie trzeba daleko szukać genialnego pomysłu na Uniwersytecką Bibliotekę. Warszawa. Zakochałam się w mgnieniu oka, w tej zieleni, w secesyjnych detalach doskonale współgrającyh z nowoczesnymi rozwiązaniami, w bajkowej niezwykłości. W Ogrodzie można podziwiać nie tylko widoki. Posadzono w nim różnorodne gatunki i odmiany roślin, posadzone w trzech odmiennie skomponowanych częściach. Bezpośrednio przy budynku znajdują się krzewy okrywowe, kwitnące oraz pnącza. Największymi ozdobami otwartej przestrzeni dolnego ogrodu są, połączone strumieniem, sztuczny kamień z kaskadą i zarybiony staw, nad którym zamieszkały kaczki. Posadzono tu drzewa, krzewy i byliny utrzymane w tonacji niebiesko-białoróżowej. Czy tak wiele trzeba aby paskudny betonowy moloch zamienić w zieloną perełkę przyciągającą ludzi jak magnes? Nie, nie studentów głodnych wiedzy, ale zwykłych ludzi pragnących bliskiego kontaktu z naturą w sercu miasta. Boli mnie to podwójnie, bo z Dominikańskiego przenoszę się do Green Day’a (zielonego tylko z nazwy), jednak leżącego nad samą Odrą tuż obok Biblioteki. Posiadanie takiej mikro oazy na wyciągnięcie ręki w porze lunchu byłoby rzeczą absolutnie fantastyczną… Ale mogę o tym tylko pomarzyc, bo prędzej bibliotekę wyburzą niż zrobią z niej piękne i przyjazne miejsce. A tak przy okazji – zamiast stadionu, moglibyśmy mieć 3 takie ogrody jak w Warszawie.

Wrocław ma też jednak kilka całkiem przyjemnych miejsc, jak na przykład odnowiony Dworzec Główny z całkiem ładnie zaplanowanym terenem przed wejściem:

Dworzec Wrocław.jpg

ale ma też sporo za uszami. Pretendujemy do miana „miasta spotkań”, ale czy to oznacza, że każdą wolną przestrzeń trzeba przeznaczyć na miejsce do wielotysięcznych zgromadzeń? Wydaje mi się, że hasło „spotkajmy się we Wrocławiu” miało nieco inny kontekst. Tak! Spotkajmy się we Wrocławiu, oby jeszcze było gdzie 🙂

P.S. te wszystkie budynki / obiekty / koszmarki / cudeńka to nie ludzie zbudowali, to statki kosmiczne są. Jest szansa, że odlecą 😉

stadion luca

żródła tramwajowe i inne:

http://e-czytelnia.abrys.pl/zielen-miejska/2016-2-902/temat-numeru-10746/zazielenianie-torowisk-okiem-praktyka-21057

http://www.transport-publiczny.pl/wiadomosci/zielone-torowiska-znane-od-stu-lat-gonimy-europe-52050.html.

http://www.buw.uw.edu.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=286&itemid=91

http://wawalove.pl/Ogrod-na-BUW-ie-otwarty-od-1-kwietnia-ZDJECIA-sl13340/foto_1 

http://wroclawfantastyczny.blogspot.com/search/label/Kosmostumost%C3%B3w

http://www.archdaily.com/550810/take-a-walk-on-the-high-line-with-iwanbaan/5421a859c07a800de50000fa-take-a-walk-on-the-high-line-with-iwan-baan-photo

pozostałe zdjęcia – Google

Reklamy

Wesołych ekoświąt!

Prezenty kupione ? Dobrze! Czas na ich pakowanie, bo choć nikt nie zaprzeczy, że w prezentach i ludziach liczy się wnętrze, to każdy skrycie przyzna, że opakowanie też jest ważne.  Jeśli czasem nie ważniejsze. Bo jak lepiej można schować nieciekawą zawartośc niż pod przemyślaną i pracochłonną kompozycją? Niektórzy przez wiele lat potrafią pozostawać pod wrażeniem opakowania nie zaprzątając sobie głowy zawartością. Jak to w życiu…

Ale do prezentów 😉 Kiedyś, „za moich czasów”, papier do pakowania był wielorazowy, bo co roku krył całkiem inną zawartość. Kluczowe było delikatne odpakowywanie w świątecznej euforii, aby nie uszkodzić cennego papieru, bo za rok znowu miał sie przydać. Mami trzymała go zawsze w szafie pod sufitem, poza zasięgiem małych drących łapek. Wyobraźcie sobie popłoch jaki następował w rodzinie, gdy nie daj losie trzeba było zapakowac prezent na czyjeś urodziny w lipcu. W choinki i Mikołaje… Potem nastała era papierów we wszystkie wzory i kolory, nowoczesnych, tradycyjnych, mało kiczowatych, pieknych, cudownych, absolutnie uroczych. A potem mi sie odwidziało. Bo wszystko pięknie, ale ten cudowny, lakierowany papier ma nieprzyzwoicie krótki i marny żywot. Bielony chemikaliami, barwiony chemikaliami, nabłyszczany z dwóch stron, zwijany w roleczkę i foliowany. Później poleży to to pod choinką godzinę lub dwie, nacieszy oczy nowego właściciela raptem kilka sekund po czym ginie śmiercią tragiczną rozdarty na strzępy i ląduje w koszu. Słabo.

„Ludzie mówio”, że u Brytoli co roku przed świętami w Anglii zużywa się tyle papieru do pakowania prezentów, że można byłoby czterema warstwami przykryć królewski Hyde Park. A to – 160 hektarów! Sporo. Nie wiem ile to jest u nas, ale myślę, że pododnie.

W zeszłym roku rodzina się uparła, że Wigilia ma byc u mnie. A jak u mnie – to ekologicznie. A jak ekologicznie to pakowanie prezentów poszło na drugi ogień (na pierwszy poszedł lniany, naturalny obrus a nie śnieżno biały poliester). Swoje paczki popakowałam w szary papier z… poczty i paczki świąteczne stały sie paczkami pocztowymi. Dostały też, jak prawdziwe paczuchy, adres, znaczki (z allegro 100 szt znaczków z róznych stron świata za 5 pln) i zostały zawinięte bawełniano-papierowym szaro-czerwonym sznurkiem. Do tego nad każdą paczką się napracowałam, bo każda dostała ręczną ozdobę z suszonych plasterków pomarańczy, liści i owoców ostrokrzewu i lasek cynamonu. Każda paczka była unikatowa i w każdą włożyłam siebie 🙂 Zawartość, oczywiście, pozostała bardzo ważna ale opakowanie równie ważne. Pracochłonne, ale bez przesady i orginalne aż do przesady.

W tym roku skonczyły mi sie znaczki, a skoro Wigilia tym razem nie u mnie, to jakoś słabiej przygotowana jestem do świętowania. Prezent mam dopiero jeden. Dwa idą jeszcze pocztą, trzeciego nie zamówiłam bo nie wiem jaki konkretnie i jakoś tak wszystko na ostatnią chwilę wychodzi (dobrze, że za pamięci kupiłam ser na sernik).

A ponieważ nie mam co pakować, to mam czas pouczać Was 🙂

Każdy ma w chacie masę nieprzydatnych rzeczy, które najchętniej by wyrzucił, ale szkoda tak po prostu wziąć i wyrzucić: przedmiotów nie używanych, zapomnianych, resztek wstążek, guzików bez pary, duperelków, które kupiło się bo były urocze, po czym schowało do szuflady, starych plakatów, stron powycinanych z gazet, bo takie ładne itp. Jest czas, pora i miejsce aby się ich kulturalnie pozbyć. Boże Narodzenie.

Pakowanie prezentu w papier z marketu i przewiązywanie wstążką z marketu to pójście na mało ekologiczną łatwiznę. A tak – same korzyści:

  1. Oszczędzamy kasę, bo nie trzeba co roku kupowac papieru ozdobnego (wieeeelu sztuk, bo w każdym sklepie znajdzie się jakiś prześlicznusi a do tego nigdy nie wiadomo jakiej są te papiery wielkości…);
  2. Przewietrzamy szuflady z zakamarków i dajemy drugie życie tym wszystkim torebuniom, skrawkom tkanin, kolorowym czasopismom i starym komiksom (ale nie Thorgala!!), resztkom włóczek i tasiemek, starym lakierom do paznokci (do malowania wzorków – idealne);
  3. Ograniczamy ilość śmieci, bo w końcu to wszystko i tak miało prędzej czy później tam trafić, a tak, trafi tam szczęśliwe, że do czegoś się przydało na końcu swojego życia;
  4. Opakowania z szarego papieru pakowego są przeurocze i jednocześnie całkowicie recyklingowalne. A jak ktoś ma kominek, to może sobie zostawić na podpałkę (eh… kominek);
  5. Podejdziecie trochę bardziej „osobiście” do prezentów i poczujecie taki  świąteczny sentyment.

A skoro prezenty są juz zapakowane to nie może obejśc się bez choinki. No właśnie. U mnie póki co nie ma żadnej, bo nie ma. Bo przedostatnio zamówiłam „małą”, a dostałam ciętą sztukę jodły po sam sufit, już nie wspominając ile bombek trzeba było nabyć do ich ozdobienia. I ile światełek. W zeszłym roku choinkę zastąpił mi umierający bonsai zawinięty w lampki oraz kilka słoików wypełnionych takimi właśnie lampkami. Okazały się one jednak nie być LEDowe, nagrzewały się okropnie i ze względu na ryzyko pożaru (tego jeszcze u mnie nie było), co kilka godzin trzeba było je zwyczajnie zgasić. W tym roku chciałam choinkę sztuczną, ale zamkneli mi Praktikera i do najbliższego takiego sklepu mam z 10 km. Gdzie sie kupuje sztuczne choinki?

Choinki naturalnej z obciętym pniem nie będzie. Po moim trupie. Co roku włodarze miejscy przekonują mnie, że wyrzuconymi choinkami najadają sie po świętach świniaki. Jasne, już w to uwierzę. Prędzej uwierzę w to, że większość drzewek pochodzi ze świątecznych plantacji, ale multum z tych sprzedawanych, to ofiary leśnych kradzieży. Pod moim rodzinnym domem do dzisiaj stoi choinka, która kiedyś była przepięknym świerkiem, do czasu, gdy jakiś idiota przed świętami nie uznał, że będzie się ona lepiej prezentować w pokoju, między kaloryferem a meblościanką. I uciął choinkę. 2 metry nad ziemią. Ciekawe jakby ten czub zareagował gdyby jego obciąć w 2/3 wysokości.

Dlatego też w tym roku celuję w coś 100% ekologicznego i recyklingowalnego. Co prawda góra kartonów i tektury z przedpokoju magicznie wylądowała na smietniku, ale w pracy przechowuję drugi, nieco mniejszy zapas 😉 Coś sobie wyrzeźbię, nie za dużego, takiego w sam raz do poświętowania i wyrzucenia na makulaturę za kilka tygodni. Bez męczącego poczucia winy.

Nie zapominajcie, żeby w Wigilię NIE rozmawiać o polityce i chorobach 🙂 Rozmawiajcie o tym wszystkim jak mozna zmienić podejście do codziennych czynności, aby były bardziej przyjazne naturze i Wam samym 🙂

Wesołych ekoświąt!

This Christmas, Santa decided to use an energy saving light globe.

źródła:

http://www.nanowosmieci.pl/pakowanie-prezentow/

Tym stukaniem to mi Pani ryby płoszy!

Mam dwóch nowych chłopaków. Do tego obaj są skadynawami i obaj mają na imię… Kijek. Lewy i Prawy. Zostali mi przedstawieni przez mojego ortopedę (więc to taka miłość z rozsądku), bo poprzednia moja miłość z wyboru do łuku sprowadziła mnie na drogę ciemności, bólu i rozpaczy.

Mam zakaz strzelania z łuku, zakaz ćwiczeń ze sztangą, zakaz robienia czegokolwiek ręką co wymaga podniesienia jej powyżej 90 stopni w jakimkolwiek kierunku. Mam zakaz spania na brzuchu. Stwierdzam ze smiechem, że jestem pierwszym człowiekiem na świecie, któremu będzie szkodził sen. I sport. Każdy. Oprócz… Nordic Walking. Nie jest on co prawda idealny, bo po 10 km czuję jak coś mi się podwija pod łopatkę i ogólnie bark tak dziwnie tężeje jak galaretka w lodówce, ale i tak jest fun!

nordic-walking

Moich nowych chłopaków poznałam bliżej na zajęciach z trenerem, organizowanych co jakiś czas przez moją firmę (to jedna z zalet korpo). Nieświadome nowych wyzwań udałyśmy się z kumpelą K na trening. W ogóle to obie mamy talent do wybierania zajęć „dla dziadków” bo idziemy tam nieprzygotowane mentalnie i wychodzimy zlane potem (dałyśmy się tak zakatować na Zdrowym Kręgosłupie). Podobnie było na kijkach 😉 biegałyśmy po parku jak opętane machając rękami. To wydłużało krok a to z kolei powodowało, że prawie biegłyśmy. Po godzinie uznałyśmy zgodnie „było suuuuuper”. A skoro było super, to nie był to ostatni raz ! Po kilku razach stwierdzam, że kijkowanie jest na prawdę super i na prawdę dla mnie. Nie umiem biegać i nie chcę, zabija mnie przebiegnięcie 500m a kiedyś, jeszcze w szkole, na teście Coopera albo wahadle robiłam minimum okrążeń na zaliczenie. Po 10km z kijkami  nie jestem nawet zmachana. Najlepsze jest to, że po treningu chodzenia na nogach bolą… ręce.

Od czego zacząć?

Kto choć raz w życiu zaczynał jakikolwiek sport przyzna mi rację – na pierwszy trening najlepiej wybrać się z …trenerem. Z pracy z Multisportem, z ogłoszenia osiedlowego, z ogłoszenia w googlach. Podstawową zaletą takich zajęć jest to, że trener zrobi wszystko za nas – dobierze kijki, pokaże technikę, rozgrzewkę i będzie czuwał czy nikt nie robi sobie krzywdy (np wbija kijek koleżance w noge). Ten dobry człowiek przygotuje nas mentalnie i fizycznie na baty. Reszte trzeba zrobić samemu 😉

Można też potrenować z jutubem, ale sprawdzi się to tylko w przypadku chodzenia przed lustrem lub wzdłuż sklepowych witryn. Inaczej nie ma opcji przyjrzeć się swoim błędom… Chodząc teraz po parku spotykam wielu kijkarzy i niestety nie spotkałam jeszcze żadnego „technicznego”. Ot taki szybki marsz ze stukaniem kijkami w ziemię i juz jest +5 do lansu. Ale i tak uważam, że fajnie, że w ogóle są w tym parku i zasuwają. Mogliby siedzieć na obiedzie u cioci i żreć schabowego…

Chodzenie po parku z trenerem jest jakoś uzasadnione, bo widac, że robimy z siebie wariatów ale jest obok ktoś kto instruuje więc wygląda to profesjonalnie. Pierwszy raz, samodzielny, w parku był trudny bo:

Chodzenie z kijkami jest głupie…

Jasne. Każda aktywnośc, której nie oddaje się 90% społeczeństwa jest dziwne. Ludzi nie dziwi tylko zamulanie na kanapie i oglądanie 358 odcinka „na dobre i złe”. Więc będą się gapić, to normalne. Wystarczy nie patrzyć się na nich, wtedy nie widzi się tego, że się gapią.

nordic_walker

Kijki hałasują…

Fakt – kijki stukają. Nie znalazłam na to złotej metody, a chodzenie po błocie odpada. Jak jest twardo to będą stukać, nawet w gumowych bucikach na asfalt. Nie ma jednak opcji, żeby stukające kijki obudziły jakieś śpiące w wózku dziecko, bez przesady, pozatym przechodzi się obok wózka raptem 2 sekundy. Jedyną osobą, która uważała kijkowe puk-puk-puk za moja wrodzoną złośliwość był wędkarz w parku – „ryby pani płoszy!”. Po złośliwości przeszłam koło niego jeszcze parę razy 😀

Nikt nie chodzi z kijkami, bo teraz wszyscy biegają…

Tak myślałam, jak pierwszy raz poszłam do parku przetestować czy chłopaki działają jak trzeba. Owszem – sporo ludzi biega, ale za każdym razem spotykam kijkarzy. Mówimy sobie „dzień dobry”, jak słodko… (tzn ja im mówię, a oni, zaskoczeni, odpowiadają).

W co się ubrać?

Nie za ciepło. Tak, żeby po wyjściu z domu było nam trochę chłodno. Na październik/listopad z 10-11 stopniami, na zasuwanie tempem 1 km/9-10 min polecam :

  • termo-koszulkę z długim rękawem (po 2 km podciągam rękawy jak Justyna Kowalczyk :P)
  • bezrękawnik (dośc ciepła sztuka pozostała mi z łucznictwa – nie wieje po plecach. Sięga za tyłek, ma kaptur i dośc obszerne kieszenie)
  • leginsy (tak, żeby było po sportowemu, jak ktoś ma kompleks „wielkiego tyłka” to polecam lekkie spodnie trekkingowe. Dżinsy odpadają! Osobiście nie założyłabym też dresów…)
  • sportowa bielizna (nie lubię jak mi się wszystko majta, tu się zsuwa, tam ciśnie. Pozatym to w końcu sport)
  • buty (mam 3 pary butów do biegan.. ekhm… fitnesu. W internetach piszo, że lepsze byłyby buty trekingowe, bo lepiej amortyzują piętę. Na zimę muszę znaleść coś na wyprzedażach – nieprzemalkalnego i odpowiedniego)

Co zabrać na „spacer”?

Jest pare rzeczy, które zawsze się przydają 😉

  •  kijki (haha) – modeli jest milion. Są z regulowana długością i bez. Są takie za 15 zeta i za 3 stówy. Ja mam, może nie najtańsze, Propulse Walk 500 z Decathlonu za 170pln (prezent urodzinowy). Mają wypinane, bardzo wygodne pętle, buciki na groty i gumowe łapki. Można je spiąć razem. Polecam.

Nie zamierzam podróżować z kijkami samolotem więc zdecydowałam się na model bez regulowanej długości. Dlatego polecam, polecam, polecam, pierwszy trening zorganizowany, żeby przetestować różne długości i modele. Ostatecznie źle dobraną długość można komuś oddać, lub spieniężyć na allegro.

  • chusteczki – taka moja przypadłość, co 500m muszę się zatrzymać wytrzeć nos. W tym konkretnym przypadku w poprzednim wcieleniu byłam chyba psem 😐
  • smartfona – nie po to, żeby sweet focie wrzucac na fejsa – nie bedzie na to czasu 😉 Warto jednak odpalić jedną z aplikacji treningowych (ja mam Endomondo Sports Tracker – ma kilka super zalet. Pokazuje przejsznięte kilometry i co kilometr pewien miły anglik informuje mnie o postępach, czasie „okrążenia” itp. Pokazuje spalone kalorie (nic tak nie motywuje jak 1,5h spacer i 700kcal w plecy 😉 ), predkość, czas na kilometr (ja zasuwam tak 9-11 min / km) i współpracuje z gpsem). Zawsze było mi szkoda kasy albo punktów HP na fitbanda mierzącego kroki, tętno, sen na jawie i inne pierdoły. Nie biegam, nie trenuję crossfitu = nie mam aż tak wygórowanych potrzeb. Moje podstawowe zaspokaja darmowa aplikacja na telefon. Oprócz endomondo można włączyć jutuba, audiobuki, co kto lubi. Włączenie obu aplikacji zabija mój telefon w 2h 😛 na trening wystarczy.
  • buciki na kijki – do parku mam ok 1,5km po chodniku. Buciki trochę się ślizgają, ale chronią groty i zapobiegają „straszeniu ryb”.
  • plecak, wodę – jeśli ktoś nie wytrzyma 1,5-2h bez picia to można. Ja nie lubię nosić. Wyłoję butlę jak wrócę do domu i zagryzę bananem

Więcej nie trzeba (klucze do chaty mogą się jeszcze przydać)

Pierwszy samotny raz po parku był tak niesamowity, że wróciłam do domu tramwajem. To dlatego, że głupio mi było wracać chodnikiem przy ruchliwej ulicy (już nigdy nie pomyślę o biegaczu biegnącym wzdłuż ulicy „staaaary, ale biega to się po parku”. Jasne, ale do chaty nie wraca się na miotle…) Więcej nie powtórzyłam tego dziwngo zachowania 😛 Niech się napatrzą jak Justyk Kowalczyk zasuwa. Pozatym to zawsze 3 km więcej na liczniku.

Chodząc sobie po moim parku nie ma zbyt wielu opcji trasy. Jest jedna wyznaczona dla biegaczy (tą się głównie poruszam), albo nieco dłuższa wzdłuż rzeczki, opodal krzaczków, przechodząca obok najładniejszego miejsca w parku, ale częściowo prowadząca po (daję głowę) żydowskich płytach nagrobnych (historia mojego parku nie jest taka super świetlana). Ostatnio wyczaiłam, że w najładniejszym miejscu tej drugiej opcji trasy powstało całkiem fajne miejsce na grilla. Jest ławka i solidny grill na wybrukowanym kawałku trawki. W pażdzierniku wygląda to na nowe a w każdym razie na niezniszczone i rzadko używane. Obstawiam, że huligaństwo specjalnie musiałoby się przejść na spacer do parku i to nieobleganą ścieżką, żeby to miejsce znaleść. Mało prawdopodobne. W sumie super pomysł! Ciekawe ile wytrzyma…

park_labedziepark_grilownica

Tak na dobrą sprawę taki Nordic jest świetnym pomysłem na jesienną imprezę w parku. Chciałam tutaj napisac „dla rodzin”, ale dla mnie to jest jedno z najbardziej zniechęcających haseł na imprezy. „Festyn dla rodzin”. To znaczy, że jak przyjdę bez dzieci i dziadków to umrę z nudów, a jeśli nie z nudów to pod oskarżycielskim spojrzeniem mamusiów i tatusiów „a gdzie jest twoja RODZINA”.

Zostawmy więc imprezę „dla wszystkich”. Kto chce to przychodzi kto nie to nie. Mile widziany jest każdy kto chodzi sam, każdy kto chodzi z kimś, każdy kto przyciągnął tu kogoś na siłe. Esencja zielonego wydarzenia. Na powietrzu w środku dnia (nocą…po parku.. nie bardzo…). Promująca zdrowy tryb życia, nie powodująca nadmiernej produkcji odpadów (jakie śmieci można wyprodukować idąc z kijkami? Butelkę po wodzie? Ostatnio widziałam takie w 90% z recyklingu. Pozatym można wziąc swój bidon i uzupełniać).

Nie wiem czy to moje obserwacje czy ktoś to naukowo potwierdził, ale jak człowiek jest bardziej ruchliwy i bardziej dba o siebie, to i ekologia na tym nie cierpi, więc wydarzenia dla aktywnych są też mniej dotykające środowisko i bardziej zielone. Taka impreza będzie się musiała obejśc bez konfetti na cześć zwycięzcy (można go obrzucić furą liści, albo płatkami kwiatów), bez balonów w każdym kształcie (sorry dzieci), bez waty cukrowej i gofrów. Zamiast tego stoiska z regionalnymi sezonowymi owocami (umytymi), prosto do łapki albo papierowej torebki.

Z atrakcji dla wszystkich – sadzenie roślinek, szukanie parkowych zwierzątek, gra terenowa z odkrywanim tajemnic parku (a mój ma to ma ich sporo… jak choćby tablice nagrobne wmurowane w schody). Dla chodziarzy stoiska z activ-szejkami, przygotowywanymi na bierząco i rozlewanymi wprost do bidonów uczestników.Dla dzieci – rozpoznawanie roślin, zbieranie liści i tworzenie z nich tymczasowych kompozycji, liczenie kaczek i łabędzi.

Gadżety i nagrody w postaci ręczników z mikrofibry, koszulek termoaktywnych wysokiej jakości (tych nigdy mało) i bonów do sklepów sportowych, na pewno ucieszą każdego. Jednak koszulki z wielkim logiem organizatora eventu i jego datą zawsze bawią mnie do łez. Taka koszulka niczego nie promuje, bo dostaje się ją z reguły na imprezie, więc nikogo nią nie przyciągnę, bo wszyscy tu już są, a jutro będzie dawno po musztardzie. Nawet jeśli dostałabym taką koszulkę przed imprezą i chodziła w niej po parku, to aby doczytać, co, kiedy i gdzie, ktoś musiałby się gapić na mój biust wystarczająco długo, żeby dostać w zęby (te loga i napisy zawsze są na biuście…). Nie założę takiej koszulki za 2 lata bo będzie widać ze ma dwa lata (ah ta data).

Ehh marzy mi się. Pozatym jesienią jest tak pięknie…

Zamkowe (nie)zwyczaje

No i przyszło lato, a jak lato to wakacje a jak wakacje to… no właśnie. Co przywozicie z wakacji? Zdjęcia, wspomnienia, opaleniznę i… pamiątki.

O ile z zagranicznych wojaży coś tam jeszcze czasem można przywieźć (o czym było poprzednio), to z wycieczek krajowych mam problem. Nie pamiętam kiedy ostatni raz nabyłam coś w lokalnych atrakcjach turystycznych, ani co to było. Pytanie – czemu? Nie dlatego, że sklepiki lokalnych atrakcji nie obfitują w różnego rodzaju wyroby i duperelki, problem w tym, że są to wyroby pamiątko-podobne.  Albo w tym, że tych sklepików nie ma.

Ale niech będzie – sklepik jest, jest otwarty w niedzielę i można w nim zapłacić kartą (to już trzy na plus). Co kupuję? Kartkę, widokówkę, pocztówkę, jak zwał tak zwał, z widoczkiem ładnym z drona, w sam raz do popatrzenia i wrzucenia do szuflady w domu. Ale nie, załóżmy, że chcę tą kartkę zapisać krótkimi pozdrowieniami i wysłać, w końcu do tego została stworzona.
– Poproszę znaczek, taki na kartkę.
– Nie ma.
Kartka ląduje w plecaku, w zapomnieniu. A przecież mogłaby być świetną reklamą tegoż miejsca! „Pozdrowienia z Zamku X, jest super, pogoda ładna, mają tu znaczki i salę tortur”. Ale nie będzie, bo nie mają znaczków, a nawet jakby mieli to najbliższa skrzynka pocztowa jest 4 km stąd, na pewno nie na zamku ani na parkingu pod zamkiem…
Byłam jakiś czas temu z Mamuśką na wystawie w Naszym Pięknym Mieście (7 cudów Dolnego Śląska czy coś). W jednym z pomieszczeń cała ściana kartek ze zdjęciami dawnego Wrocławia, kopiami projektów istniejących, lub nie, budowli, znanymi miejscami bez charakterystycznych budynków (bo wojna, bo nie zbudowali jeszcze itp.). Nieśmiało pytamy Pani muzealnej czy możemy jedną skubnąć do domu, na pamiątkę. „Ależ oczywiście, można je też zaadresować i wrzucić do skrzynki a my, po zakończeniu wystawy, wyślemy je do adresata. Za darmo oczywiście”. Co my paczymy! Skrzynka przeszklona, znalazła wielu amatorów, krótka szukanina długopiśnika i jest – Kartki wysłane! (nawet dotarły do adresatów :))

I teraz pytam ja się – nie można by tak na tym zamku? Nie mamy znaczków, bo nie ma takiej potrzeby – niech Pani zaadresuje, a my wyślemy. No Problem! („Kochana mamusiu, pozdrawiamy z Zamku X, jest super, wysyłają kartki za darmo, mam nadzieję, że ją dostaniesz – koniecznie musisz tu przyjechać i wysłać taką samą do mnie”). I po problemie, reklama szeptana poszła w ruch, nie trzeba rozkminiać skąd są turyści, wysyłać im folderów, ulotek, reklamować się za słupach – sami przyjadą, bo ktoś im powiedział że jest ekstra. A jak przyjadą to może nawet coś kupią. No właśnie, tylko co?
Z zamkowego asortymentu zapamiętałam:
– wyblakły przewodnik po Zamku (mam google, dziękuję, poza tym jest Pan przewodnik – opowie mi to samo milion razy krócej, 3 razy ciekawiej i w cenie biletu);
– plastikowe bransoletki z kolorowych paciorków (…serio? myślałam, że na to nabierali się Indianie za Kolumba i Cortesa)
– pluszowe obręcze mające udawać korony
– pseudo monety zamkowe z automatu (w XVI wieku mieli pomysł na zagospodarowanie takich pamiątek – wklejali je w kufle, pozłacane wazy i puchary i przekazywali dalej… taki dar przechodni)
– kamyki z wizerunkiem zamku (jak wyżej…)
– drewniany mieczyk ze sklejki, chlapnięty farbą (korona była dla dziewczynek to mieczyk dla chłopców jak mniemam).
Notabene identyczny zestaw pamiątkowy do zamku, sztolni, pałacu, ZOO, jaskiń, ruin, podziemi, ogrodów – jednym słowem do wszystkiego. Aha – zapomniałam – ekspozycja asortymentu za szybą budy z biletami, coś mogłam przeoczyć.

Nie żebym znała się na biznesie zamkowym, ale nie może on się bardzo różnić od każdego innego biznesu z gadżetami w tle. Więc czemu nie nadać zamkowym pamiątkom drugiego życia rodem z zielonych wydarzeń? Pomysłów łączących średniowieczny klimat z lokalnością, ekologią i pragmatyzmem mam milion (poza kartkami), bo w ogóle klimat zamku, gdzie wszystko było „pierwotne” świetnie wpasowuje się w obecne ekologiczne podejście do życia:
– chleb pieczony na miejscu, lub ważone na zamku trunki – piwa, miody, jabole;
– miody pszczele leśne i polne, konfitury z leśnych owoców z ładnymi lnianymi nakrywkami, lub nawet w glinianych naczynkach;
– roślinki z zamkowej szklarni w ładnych doniczkach;
– małe płócienne torbo-plecaczki (na te wszystkie duperele);
– kuchenne akcesoria w kształcie narzędzi tortur (drżyj o schaboszczaku!);
– ładnie wydane zamkowe legendy dla dzieciaków;
– ładowarki samochodowe z logiem zamku (pozdrawiam wszystkich którym skończył się prąd w nawigacji 2 km przed tym superważnym zjazdem, od którego zależy dotarcie do celu w 10 minut albo w 4 godziny);
– magnesy na lodówkę ręcznie wykonane przez miejscowe dzieci – słodkie;
– termiczne eko-kubki (tylko ja jeżdżę do atrakcji autem?);
– seria plastrów uniwersalnych z wzorem w smoki, księżniczki, rycerzy (dzieci mają w  zwyczaju obdzieranie sobie wszystkiego na zamkowych dziedzińcach i niekończących się schodach)

Dawni mieszkańcy zamku mieli też wiele ciekawych rozrywek: nieposłuszne panny zamurowywali żywcem w katakumbach, strzelali do leniwych chłopów z zamkowych murów, przebijali się kopiami na turniejach – to były czasy! Do zestawu turysty proponuję więc rycerskie gry planszowe i karciane. Z braku bieżącej wody i oczywistych problemów z kanalizacją dorzucam dla równowagi pachnące, ekologiczne prysznicowe utensylia oraz papier toaletowy (ten przyda się w zamkowych tojkach – z tego co pamiętam na Zamku X dalej obowiązywały średniowieczne zwyczaje).

Trochę reklamy z klimatycznym zacięciem i każdy praktyczny zamkowy gadżet znajdzie nowego właściciela. A do tego będzie faktycznie promował atrakcję i pochodził od miejscowych artystów. Zapakowany w szkło, len i papier idealnie wpasuje się w ekologiczny gadżet typowy dla „zielonego wydarzenia” no i przybliży nieco dawne zwyczaje.

Do tego mała rycerska kawiarenka, gdzie można wypić kawę, wodę, napar z pokrzywy, zjeść średniowieczny sernik czy tartę z leśnymi grzybami i dzikiem. I czemu temu wszystkiemu nie dać logotypu, wspólnego designem z wszystkimi zamkami w regionie?

Chyba właśnie opatentowałam „Zamek totalny” 😉 bo zamek to nie same stare mury i zardzewiałe zbroje. Każdy stary zamek potrzebuje nowoczesnego pociągnięcia pędzlem i nowoczesnych pamiątek. Nowoczesnego podejścia do zwiedzania (trzymaliście kiedyś średniowieczny miecz? Zakładaliście zbroję? Macie stylizowane zdjęcia w strojach z epoki?)

Na koniec zamkowy dowcip, (nie)stety autentyczny:
Znajomy chciał zwiedzić stare mury jednego z okolicznych zamków. Na miejscu okazało się, że jest tam tylko on z dziewczyną oraz trzech zamkowych przewodników, a zwiedzanie ruin jest możliwe TYLKO z przewodnikiem.
– Dzień dobry, chcieliśmy obejrzeć zamek.
– Ale zwiedzanie jest przy minimum trzech osobach.
-Dobrze, to poproszę trzy bilety.
– To niestety nie możliwe, bo wstęp jest darmowy.

Pozdrawiam.

'Made in Australia?'