O jajku prosto od kury i mleku prosto od krowy

Będzie to pierwsza część poradnika „Jak być dobrym człowiekiem”. Poważnie 🙂 Ale o ile na cechy charakteru nie bardzo potrafię wpływać (jeszcze) to na zachowania czyjeś czasem mi się uda (o ile ktoś bardzo się nie opiera, nie kopie i nie gryzie).

Obserwuję od jakiegoś czasu pewną stronkę na fejsbuniu. Profil ten traktuje o kupowaniu polskich produktów, co wnoszę po jego nazwie (nie zdradzę nazwy, bo nie będzie to tekst pochwalny dla tegoż profilu) i jest pewnego rodzaju deklaracją. Ostatnio pojawił się na nim wpis: „MOJE PRAKTYKI ZAKUPOWE, CZYLI JAK UDAŁO MI SIĘ OBNIŻYĆ WYDATKI NA ŻYWNOŚĆ BEZ SZUKANIA KOMPROMISÓW MIĘDZY CENĄ A JAKOŚCIĄ”, o tym jakie autorka ma sposoby na oszczędzanie. Wpis zostanie na długo w mojej głowie i pewnie będę do niego jeszcze często wracać, bo wprawił mnie, może nie w osłupienie, ale w zadziwienie i zadumę nad światem i ludźmi.

Rodzina autorki prowadzi szczegółową ewidencje wszystkiego co kupuje: zapisują KAŻDY paragon i wzajemnie się rozliczają (ja odpowiadam za żarcie a ty za rachunki, ale jak nie zrobię ci obiadu albo śniadanka w domu, a nazajutrz ty sobie go kupisz, to ja ci oddam hajs- WTF???). Ale ok, niech będzie. Chcą mieć kontrolę nad wszystkimi wydatkami co do grosza? Ich sprawa. Chcą się rozliczać z każdej słodkiej bułki, każdego Maca i każdej frytki? Ich sprawa. Rozumiem, że jak jedno wróci do domu 2h później niż zazwyczaj to dostaje zwrot monet bo nie zużyło tyle prądu i wody co zwykle (światło mniej się świeciło itp). Dalej jednak, jako punkt pierwszy sposobów oszczędzania, jest coś co mnie zwaliło z nóg. Ze śmiechu. Coś co jest hejtowane przeze mnie od wieków i lat, coś czego nigdy nie mogłam zrozumieć (teraz bedzie cytat):

#1 / Zakupy robię tam, gdzie jest najtaniej.
To chyba oczywiste. Dokładnie zapoznałam się z cenami kupowanych produktów w najczęściej odwiedzanych przeze mnie sklepach. Wiem, w którym z nich najtaniej kupię kostkę masła, sery czy moją ulubioną herbatę. Czasami różnice w cenie potrafią wynieść nawet kilka złotych (np. w jednym sklepie syrop Premium Rosa potrafi kosztować niecałe 9 złotych, w innym – ponad 11 złotych).

Umarłam. Ze śmiechu. Może jestem jakaś niedzisiejsza, ale gazetkowe promocje były tematem numer jeden na każdej „imprezie u cioci” oraz w mojej poprzedniej pracy (przez to nie było ze mną o czym pogadać, bo w opinii współpracowników niczym się nie interesowałam…). Promocja „2 pln taniej na kilogramie schabu” ma sens wtedy kiedy zamierzam kupić tego schabu 30 kg. Ale dla jednego kotleta? A 50gr oszczędności na kostce masła gdy muszę po nie drałować w mrozie, po 8h pracy, na drugi koniec osiedla, kiedy marzę tylko o tym zeby walnąć się na kanapę? Bezsens. Jeśli kiedyś to zrobię to proszę mnie od razu zastrzelić i dla pewności przebić kołkiem osinowym.

oszczedzanie

I żeby jasność była – liczę się z kasą, bo na niej zwyczajnie nie śpię. Ale nie należę do tej grupy ludzi, która potrafi, z dokładnością do 2 miejsc po przecinku, powiedzieć ile kosztuje masło łaciate w Społem, ile w Żabce a ile w Piotrze i Pawle. Serio. Mam inne hobby i swoją mózgową pamięć podręczną i operacyjną wykorzystuję na nieco inne dane. I zwyczajnie mnie to nie interesuje. Nie uważam również, żeby zdrowe było przeliczanie ile oszczędza się na jedzeniu, karmiąc piersią, pijąc kawę „w gościach”, bo jest droga i nie niezbędna do życia, pijąc wodę z filtra a nie mineralną czy odmawiając sobie wszystkiego na co ma sie akurat ochotę, żeby zaoszczędzić 2 czy 5 plnów (nie wymyślam sobie tych rzeczy, wszystko tam było). Nie uważam również, żeby fajne było spędzenie połowy lata na słoikowaniu wszystkiego co się da w ilościach hurtowych. Sama czasem coś zasłoikuję, ogóra jakiegoś, czy maliny i chętnie przyjmuję słoiki od babci. Ale w ilości detalicznej. Nie w hurcie. Nie kiszę 10 kilogramów kapusty i 50 kg ogórków (nie wymyślam ilości, bo wszystkie słyszałam w opowieściach w tej robocie co mnie nie lubili, bo nie było o czym ze mną pogadać :)). Przypomniał mi się jeden osobnik rodzaju męskiego, z którym kiedyś studiowałam. Nie można było z nim iść normalnie, po studencku, na przyodrzańskie wały na browarka, bo osobnik ów, musiał odwiedzić najpierw 5 sklepów porównując ceny, by ostatecznie wrócić do tego najtańszego. Wyprawa trwała godzinę i dopiero w trzecim sklepie z kolei spostrzegłam się w czym rzecz (myślałam, że koneser czy coś….). Krótka znajomość to była. I pouczająca.

Ale żeby nie było, że nie interesuję się tym co, gdzie i za ile kupuję. Zwyczajnie kieruję swoją uwagę nieco w inną stronę:

  • staram się kupować żarełko w polskim sklepie. Najczęściej jest to Piotr i Paweł, bo mam w miarę blisko, do tego jest tam porządek, dość czysto i całkiem spory wybór wszystkiego. Nie jest prawdą, że to przeokrutnie drogie delikatesy. Ceny sa tam ok 2-3% wyższe niż w tesco (sprawdziłam to na koszyku o wartości ok 300pln z produktami każdej kategorii, tych samych producentów)
  • kupując, niech będzie, masło wybieram oczywiście to tańsze, ale naszego producenta. Jogurty kupuję tylko naturalne Bakoma, Piątnica, Krasnystaw (tu się zaparłam – choćby Zott był za półdarmo, to nie wezmę)
  • ostatnio niektóre rzeczy zamawiam od LokalnyRolnik.pl. To taka platforma łącząca rolników z indywidualnymi odbiorcami. Produkty tam oferowane, są sezonowe i niekomercyjne, często w opakowaniach, które „nieprzystoją” marketom. Są również oczywiście nieco droższe niż sklepowe, ale czasem na prawdę warto.

Teraz pozachwalam trochę Lokalnego Rolnika 🙂 Zakupy zrobiłam tak raptem 3 razy (jestem świeżakiem) i z reguły są to produkty, o których krąży obiegowa opinia, że „wiejskie są najlepsze, a więc:

  • jajka – jakoś nigdy nie wierzyłam, że jajko od kury z trawy smakuje inaczej od takiego od kury z klatki. Badania i moje prywatne doświadczenia empiryczne dowodzą, że żółtka w jajkach ekologicznych nie są bardziej  żółte niż te klatkowe. Jajka ekologiczne nie są też smaczniejsze. Wszystkie smakują tak samo. Jednak wybieram te ekologiczne czy od chłopa, bo tak. Bo nie podoba mi się chów klatkowy ani żaden inny niewolniczy. Pozatym jajka klatkowe pomimo takiego samego smaku i koloru jak eko mogą mieć nieco inny skład i nie do końca dobry wpływ na zjadacza;
  • mleko – przerzuciłam się jakiś czas temu za działaniem mojego T, z mleka UHT na świeże, pasteryzowane w temperaturze ok 60 stopni. Dzięki temu w mleku jest jeszcze trochę barterii a nie same trupy pływające po powierzchni zabielonej wody. Czy takie mleko smakuje inaczej? Nie wiem, wydaje mi się, że nie. Zamówiłam ostatnio od rolnika mleko surowe całkiem, dojone od krowy prosto do butelki. I..? Smakuje tak samo jak to świeże po pasteryzacji. Może dlatego, że piłam zimne, a wtedy mało co ma smak;
  • kefir – na wakacjach byłam na Kaszubach. Jadąc do Malborka na zamek, wpadlismy po drodze do knajpy o nazwie „Papudajnia” na szybkie, domowe żarełko. Obiadek bardzo smaczny, ale maślanka…. no niebo! I kefir od rolnika mi tą maślankę przypomniał – w ogóle nie wodnisty, aksamitny, gęsty, delikatny w smaku, troche śmietankowy. Mniam.
  • chleb – każdy chleb nieprzemysłowy, tylko taki na zakwasie z listą składników ograniczoną do 4 – jest dobry. Ja, pomimo szczerych chęci, nie odkryłam jeszcze tajemnicy chleba doskonałego, więc przepadam za kupnym 😉 Jesli odbieram chlebek z zamówieniem to na dzień dobry zjadam pół bochenka…
  • ryby – moja lista ryb, które kupuję jest ograniczona przez wytyczne wwf. Ryb morskich we Wrocławiu jest mało (żądamy dostępu do morza!), ale z jakiejś przyczyny łatwiej dostać halibuta z lodu niż świeżego śledzia. Od rolnika kupuję pstrągi, bo są jedyną rybą, którą potrafię przyrządzić, a wierzcie, że koło Gessler nie leżałam. Pstrągi są zapakowane próżniowo, bardzo świeże no i smaczne!
  • owoce i warzywa – nie próbowałam zbyt wielu, bo tu bardzo daje się we znaki sezonowość. W zimie mogę dostać marchewkę, buraki czy ziemniory (kilka gatunków), zdaża się jarmuż, do którego się nie przekonałam. Z owoców próbowałam jabłek (jest wiele odmian i w końcu mogłam spróbowac, które lubię a które nie).
  • masło – zostało bohaterem posta… Kupiłam ostatnio masło od chłopa. Drogie. Bardzo. Ale z drugiej strony ile zużywam masła w miesiącu? Nie zbiednieję. Pozatym, w przeciwieństwie do jajek, jest absolutnie fantastyczne. Masło jest tłuściutkie i takie hmm.. mleczne. Miastowa jestem to takiego wiejskiego masła jeszcze nie jadłam. Na prawdę warto.

Próbowałam też miodów, ale te, z zasady, mają mały „nakład”. W zasadzie większość miodów to produkty lokalne z rodzinnych pasiek.

IMG_20170201_184655_resized_20170208_074323832.jpg

Czemu to robię? Czemu tak się upieram przy tej lokalności zakupów i zwracam szczególną uwagę na miejsce pochodzenia tego co kupuję? Bo mało rzeczy mnie tak smieszy jak narzekania małych polskich przedsiębiorców, że jest ciężko, że nie mają klientów, że ludzie wolą tańszy chłam, gdy sami robią zakupy w NETTO czy LIDLu bo tanio i blisko i kupują jogurt Zott bo był tańszy o 20gr od tego z Piątnicy. Nie ma tu sprzeczności? Jeśli marudzimy, że jest nam źle, to na pewno nie jesteśmy osamotnieni, ale może sami wpływamy na to, że tak jest i możemy temu łatwo zaradzić?

Widziałam ostatnio taki obrazek: kiedy kupujesz coś od małego przedsiębiorcy, ktoś odstawia mały taniec radości. Prawda. Dajmy trochę radości naszym, bo to fajne. I dobre 🙂 W końcu chcemy być dobrymi ludźmi, prawda?

15665700_1276871519044258_5527755123611363653_n

 

Reklamy

Zamkowe (nie)zwyczaje

No i przyszło lato, a jak lato to wakacje a jak wakacje to… no właśnie. Co przywozicie z wakacji? Zdjęcia, wspomnienia, opaleniznę i… pamiątki.

O ile z zagranicznych wojaży coś tam jeszcze czasem można przywieźć (o czym było poprzednio), to z wycieczek krajowych mam problem. Nie pamiętam kiedy ostatni raz nabyłam coś w lokalnych atrakcjach turystycznych, ani co to było. Pytanie – czemu? Nie dlatego, że sklepiki lokalnych atrakcji nie obfitują w różnego rodzaju wyroby i duperelki, problem w tym, że są to wyroby pamiątko-podobne.  Albo w tym, że tych sklepików nie ma.

Ale niech będzie – sklepik jest, jest otwarty w niedzielę i można w nim zapłacić kartą (to już trzy na plus). Co kupuję? Kartkę, widokówkę, pocztówkę, jak zwał tak zwał, z widoczkiem ładnym z drona, w sam raz do popatrzenia i wrzucenia do szuflady w domu. Ale nie, załóżmy, że chcę tą kartkę zapisać krótkimi pozdrowieniami i wysłać, w końcu do tego została stworzona.
– Poproszę znaczek, taki na kartkę.
– Nie ma.
Kartka ląduje w plecaku, w zapomnieniu. A przecież mogłaby być świetną reklamą tegoż miejsca! „Pozdrowienia z Zamku X, jest super, pogoda ładna, mają tu znaczki i salę tortur”. Ale nie będzie, bo nie mają znaczków, a nawet jakby mieli to najbliższa skrzynka pocztowa jest 4 km stąd, na pewno nie na zamku ani na parkingu pod zamkiem…
Byłam jakiś czas temu z Mamuśką na wystawie w Naszym Pięknym Mieście (7 cudów Dolnego Śląska czy coś). W jednym z pomieszczeń cała ściana kartek ze zdjęciami dawnego Wrocławia, kopiami projektów istniejących, lub nie, budowli, znanymi miejscami bez charakterystycznych budynków (bo wojna, bo nie zbudowali jeszcze itp.). Nieśmiało pytamy Pani muzealnej czy możemy jedną skubnąć do domu, na pamiątkę. „Ależ oczywiście, można je też zaadresować i wrzucić do skrzynki a my, po zakończeniu wystawy, wyślemy je do adresata. Za darmo oczywiście”. Co my paczymy! Skrzynka przeszklona, znalazła wielu amatorów, krótka szukanina długopiśnika i jest – Kartki wysłane! (nawet dotarły do adresatów :))

I teraz pytam ja się – nie można by tak na tym zamku? Nie mamy znaczków, bo nie ma takiej potrzeby – niech Pani zaadresuje, a my wyślemy. No Problem! („Kochana mamusiu, pozdrawiamy z Zamku X, jest super, wysyłają kartki za darmo, mam nadzieję, że ją dostaniesz – koniecznie musisz tu przyjechać i wysłać taką samą do mnie”). I po problemie, reklama szeptana poszła w ruch, nie trzeba rozkminiać skąd są turyści, wysyłać im folderów, ulotek, reklamować się za słupach – sami przyjadą, bo ktoś im powiedział że jest ekstra. A jak przyjadą to może nawet coś kupią. No właśnie, tylko co?
Z zamkowego asortymentu zapamiętałam:
– wyblakły przewodnik po Zamku (mam google, dziękuję, poza tym jest Pan przewodnik – opowie mi to samo milion razy krócej, 3 razy ciekawiej i w cenie biletu);
– plastikowe bransoletki z kolorowych paciorków (…serio? myślałam, że na to nabierali się Indianie za Kolumba i Cortesa)
– pluszowe obręcze mające udawać korony
– pseudo monety zamkowe z automatu (w XVI wieku mieli pomysł na zagospodarowanie takich pamiątek – wklejali je w kufle, pozłacane wazy i puchary i przekazywali dalej… taki dar przechodni)
– kamyki z wizerunkiem zamku (jak wyżej…)
– drewniany mieczyk ze sklejki, chlapnięty farbą (korona była dla dziewczynek to mieczyk dla chłopców jak mniemam).
Notabene identyczny zestaw pamiątkowy do zamku, sztolni, pałacu, ZOO, jaskiń, ruin, podziemi, ogrodów – jednym słowem do wszystkiego. Aha – zapomniałam – ekspozycja asortymentu za szybą budy z biletami, coś mogłam przeoczyć.

Nie żebym znała się na biznesie zamkowym, ale nie może on się bardzo różnić od każdego innego biznesu z gadżetami w tle. Więc czemu nie nadać zamkowym pamiątkom drugiego życia rodem z zielonych wydarzeń? Pomysłów łączących średniowieczny klimat z lokalnością, ekologią i pragmatyzmem mam milion (poza kartkami), bo w ogóle klimat zamku, gdzie wszystko było „pierwotne” świetnie wpasowuje się w obecne ekologiczne podejście do życia:
– chleb pieczony na miejscu, lub ważone na zamku trunki – piwa, miody, jabole;
– miody pszczele leśne i polne, konfitury z leśnych owoców z ładnymi lnianymi nakrywkami, lub nawet w glinianych naczynkach;
– roślinki z zamkowej szklarni w ładnych doniczkach;
– małe płócienne torbo-plecaczki (na te wszystkie duperele);
– kuchenne akcesoria w kształcie narzędzi tortur (drżyj o schaboszczaku!);
– ładnie wydane zamkowe legendy dla dzieciaków;
– ładowarki samochodowe z logiem zamku (pozdrawiam wszystkich którym skończył się prąd w nawigacji 2 km przed tym superważnym zjazdem, od którego zależy dotarcie do celu w 10 minut albo w 4 godziny);
– magnesy na lodówkę ręcznie wykonane przez miejscowe dzieci – słodkie;
– termiczne eko-kubki (tylko ja jeżdżę do atrakcji autem?);
– seria plastrów uniwersalnych z wzorem w smoki, księżniczki, rycerzy (dzieci mają w  zwyczaju obdzieranie sobie wszystkiego na zamkowych dziedzińcach i niekończących się schodach)

Dawni mieszkańcy zamku mieli też wiele ciekawych rozrywek: nieposłuszne panny zamurowywali żywcem w katakumbach, strzelali do leniwych chłopów z zamkowych murów, przebijali się kopiami na turniejach – to były czasy! Do zestawu turysty proponuję więc rycerskie gry planszowe i karciane. Z braku bieżącej wody i oczywistych problemów z kanalizacją dorzucam dla równowagi pachnące, ekologiczne prysznicowe utensylia oraz papier toaletowy (ten przyda się w zamkowych tojkach – z tego co pamiętam na Zamku X dalej obowiązywały średniowieczne zwyczaje).

Trochę reklamy z klimatycznym zacięciem i każdy praktyczny zamkowy gadżet znajdzie nowego właściciela. A do tego będzie faktycznie promował atrakcję i pochodził od miejscowych artystów. Zapakowany w szkło, len i papier idealnie wpasuje się w ekologiczny gadżet typowy dla „zielonego wydarzenia” no i przybliży nieco dawne zwyczaje.

Do tego mała rycerska kawiarenka, gdzie można wypić kawę, wodę, napar z pokrzywy, zjeść średniowieczny sernik czy tartę z leśnymi grzybami i dzikiem. I czemu temu wszystkiemu nie dać logotypu, wspólnego designem z wszystkimi zamkami w regionie?

Chyba właśnie opatentowałam „Zamek totalny” 😉 bo zamek to nie same stare mury i zardzewiałe zbroje. Każdy stary zamek potrzebuje nowoczesnego pociągnięcia pędzlem i nowoczesnych pamiątek. Nowoczesnego podejścia do zwiedzania (trzymaliście kiedyś średniowieczny miecz? Zakładaliście zbroję? Macie stylizowane zdjęcia w strojach z epoki?)

Na koniec zamkowy dowcip, (nie)stety autentyczny:
Znajomy chciał zwiedzić stare mury jednego z okolicznych zamków. Na miejscu okazało się, że jest tam tylko on z dziewczyną oraz trzech zamkowych przewodników, a zwiedzanie ruin jest możliwe TYLKO z przewodnikiem.
– Dzień dobry, chcieliśmy obejrzeć zamek.
– Ale zwiedzanie jest przy minimum trzech osobach.
-Dobrze, to poproszę trzy bilety.
– To niestety nie możliwe, bo wstęp jest darmowy.

Pozdrawiam.

'Made in Australia?'

Ekotarianizm

Wegetarianizm nie jest eko. Mówię to z pełnym przekonaniem, patrząc na wege burgery rumieniące się w piekarniku.
Nie jest ani ekologiczny ani tym bardziej lokalny. Nie jest też specjalnie smaczny, aczkolwiek w burgerach pokładam pewne nadzieje.

Możliwe, że u podstaw roslinnej diety leżą szlachetne przesłanki: niechęć do zabijania zwierząt, zadawania bólu otaczającej nas przyrodzie ożywionej czy życie „zgodnie z naturą” i tym podobne pomysły. Wątpię, żeby jakikolwiek przedstawiciel wczesnych gatunków homo zawracał sobie głowę takimi tezami. Najbardziej pierwotne ludy były tak zabiegane, że zmieniały adres zawsze gdy w okolicy nie bylo już co jeść. Przy niekończącej się walce o przetrwanie trudno było żywić się wyłącznie trawą czy owocami wypielęgnowanych, sezonowych upraw. W obliczu czających się wszędzie dzikich zwierząt i obcych plemion, pilnowanie kawałka lasu z krzakiem jagód czy malin byłoby niezwykłą fanaberią prowadzącą do szybkiego upadku takiej cywilizacji.

Z czasiem szanowni przodkowie doszli do większej wprawy w kontrolowaniu upraw, zbudowali szałasy i osiedli w najkorzystkiejszej lokacji w okolicy z widokiem na rzekę, pola i las. Ale nie wykreślili z menu pieczonego udźca baraniego, smalcu ze skwarkami, kopy jaj czy bańki mleka. Z lenistwa udomowili kilka co głupszych gatunków i pare inteligentniejszych a ciepłe i suche łóżko skutecznie zmiechęciło chłopów-agronomów do buszowania po lesie z dzidami.

Tamten sposób odżywiania miał jedną, podstawową przewagę nad obecnym pseudo-eko weganizmem. Był lokalny. Aby Pani Domu mogła naszykować kolację nie musiała sprowadzać z drugiego końca świata składników o nazwach nie do wymówienia a na pewno nie do zapamiętania. Nikt nie musiał sie głowić nad wymyśleniem i legalizacją modyfikowanej genetycznie soi czy kukurydzy – podstawą wege żywienia. Uprawa i zbiory zieleniny nie musiały być okupione pracą nieznanych ludzi i degradacją środowiska na końcu świata. Setki napędzanych ropą kontenetowców nie musiało przemierzyć tysięcy kilometrów morskimi szlakami, a tysiące ton roślin o dziwnie brzmiących imionach nie musiały zostać zutylizowane bo nie przetrwały trudów wielomiesięcznego zamknięcia.
Na kolację były miejscowe, sezonowe produkty, owoce pracy małych gospodarstw i rąk własnych Pani Domu. Ekonimicznie i ekologicznie.

Do wieczornych przemyśleń nad kotletem (burger bądź co bądź palce lizac) skłoniła mnie zupełnie przypadkowa lektura jadło-bloga. Skądinąd, podobno, bardzo znanego i, podobno, bardzo smacznego.  Jako super korpo-ludka otaczają mnie weganie (oczywistość), więc bywam również testerem serników bez sera, brownie bez czekolady i budyniów bez mleka. Doskonałe przykłady wynalazków potwierdzających tezę, że „prawie robi wielką różnicę”, ale mimo wszystko jadalnych. W chwili namysłu pt: „Co jutro na obiad?” zdecydowałam – to może coś na wegańską modłę? Okazało się to jednak nie być takie proste! W pieczonych buraczkach z czymśtam, jednym ze składników były płatki drożdzowe, mające podobno udawać posmak sera, w curry z dyni – masło nerkowcowe, w curry z młodych ziemniaków – świeże łodygi trawy cytrynowej, w curry z cukinii – 7 liści kafiru (myślałam, że może kEfiru, ale on nie ma liści); dalej królowały orzeszki piniowe w ogromnej ilości, nasiona chia, jagody goiji, szafran, korab, pasta tahini, orzeszki zatar, spirulina i quinoa. Już nie mówiąc, że wszędzie występuje mleko sojowe na hektolitry. Czy któremuś z Was, wegetarian, znany jest FAKT, że 80% upraw kukurydzy na świecie jest modyfikowanych genetycznie (w USA 90%), a soi 100%? Czy nie pomyśleliście nigdy, że zebrane niedojrzałe, przechowywane miesiącami w chłodniach – kontenerach i sztucznie „dojrzewane” awokada i inne egzotyczne, ale niezbędne w wegańskim menu składniki już dawno straciły wszelkie super moce, o ile kiedykolwiek je miały? Czy nie przyszło Wam do głowy, że wybierając miód manuka zamiast lipowego, nasiona chia zamiast siemienia lnianego, owoce goiji zamiast żurawiny, orzechy nerkowca zamiast włoskich nie wspieracie lokalnych producentów a wręcz przeciwnie – działacie na ich niekorzyść?

Owszem, Kolumb od Amerykanów przywiózł ziemniaki i kukurydzę i choć początkowo dostępne były one tylko dla arystokracji, z czasem okazały się być gatunkami stworzonymi dla naszego klimatu – odporne na szkodniki, szybkorosnące, mogące wyżywić ogromne populacje. Przyznaję, że pieprz, herbata czy kawa, bez których nie wyobrażamy sobie codziennego funkcjonowania nie rosną w kraju gdzie „zimno i pada i zimno i pada” i raczej nigdy nie będą, ale czy na pewno nie da się zastąpić składników modnych, które dobrze mieć w swoim lunch boxie składnikami swojskimi?  Dlaczego używając argumentu, że kupując mleko przyczyniamy się do pogarszania warunków życia krów, do jeszcze większego ich ścisku i niekończących się ciąż nie zauważacie małych ekologicznych gospodarstw? Dlaczego gardzicie jajkami z eko hodowli, bez klatek, antybiotyków i karmienia sondą? Dlaczego wreszcie moda na eko torby, eko auta i eko żarówki idzie u Was w parze z modą na jedzenie rzeczy o niezwykłych nazwach i pospolitym smaku, całkowicie kłócącą się z klasykiem „Polacy nie gęsi…”?

 1379524032_by_Angelika23 _500