#ZeroWasteChallenge

O zero-waste musiałam przeczytać już dawno temu bo kojarzyłam, że da się żyć i produkować słoik śmieci rocznie, jednak refuse, reduce, recycle, zdecydowanie nie były synonimami mojej codzienności… Słoik śmieci potrafił wyprodukować się sam (!) w ciągu kilku godzin a mój domowy kubeł zjadał własny worek dobre kilka razy w tygodniu a czasem i kilka razy w ciągu dnia. Segregowanie odpadów nigdy nie było moją mocną stroną, ale ostatecznie dawałam sobie radę bez plastikowych słomek i kupowania kawy na wynos.

Z foliowymi jednorazówkami byłam w warzywniaku na „ty”, choć czasem wydawało mi się, że zdecydowanie za mocno chcą przyjaźnić się z każdym zielonym nabytkiem. Chleb w folii faktycznie jakoś błyskawicznie pleśniał, ale zawinięty w ściereczkę równie szybko wysychał i tak samo nie nadawał się do jedzenia. Półlitrowe butelki z wodą były zbawieniem dla kręgosłupa i samej zawartości butelek, bo 0,5l wody gazowanej łatwiej wypić niż 1,5l wody co to gazowana była przedwczoraj…

Ale niby wszystko było ok, bo w końcu dbałam, żeby kupować to co mało przetworzone, czasem ekologiczne a najlepiej to patriotycznie lokalne. Na zakupy nosiłam własną bawełnianą torbę, zastanawiałam się czemu Grecy wciskają mi reklamówkę do jednej puszki Coli i parę razy pochyliłam się nad tematem „ojejku ale czemu to jest zapakowane w 20 warstw!”. Ze śmieciowego snu nie przebudziły mnie obrazki wysp z plastikowych odpadów na oceanach, ani plastikowe ziarenka na rajskiej plaży greckiego Korfu. W końcu to nie ja wrzucam butelki czy reklamówki do morza. Ja je grzecznie wrzucam do kubła. Nie zaświeciła mi się lampka na wieści o płonących składowiskach odpadów, bo ktoś wpadł na to, że koniec z dotacjami na „przetwarzanie” plastiku z nieznanego (zagranicznego) źródła. No i to w końcu nie moja wina, że nie odzyskuje się więcej plastiku.

A jednak. Coś sprawiło, że zadzwonił budzik. Konsumpcjonizm 😉 „Bez pudła” wrzuciło na FB zdjęcie szklanego bidonu, który zapragnęłam mieć, odwiedziałam sklep i wsiąkłam…

Dzień 1

Pełna optymizmu wrzuciłam poprzedniego wieczora do torby szklany bidon na wodę i Zawijkę z własnymi torbami na zakupy. Niestety bez konkretnego planu co też miałabym kupić…

Poranek zaczęłam dobrze pakując obiadek do pudełka, ale kwestia non-waste’owego śniadania rozbiła się o rozpaczliwe „nie-chce-mi-sięęęęę”. Jogurt z owsianką i musli tym razem przegrał. Na śniadanie była korpokanapka i nieunikniona papierowo foliowa torebka.

Drugim śniadaniem pod postacią korpoarbuza dorzuciłam do kolekcji kawałek folii spożywczej. W coś te arbuzy muszą w końcu pakować (arbuza, którego nie dojadłam zapakowałam w pudełko po obiadku więc tu punkt przyznaję sobie ;))

Drugą porażką było ciastko, na które poszliśmy z kolegą z roboty. Kłopot w tym, że ciastko było na wynos a ja oczywiście nie wzięłam pudełka. Jedyne co ugrałam to zapakowanie dwóch serników do jednego plastiku (plastik żył 3 minuty…)

Pierwszy dzień wyzwania i już zrobiłam coś, czego nie robiłam od miesięcy…poszłam zobaczyć co też jest ciekawego na ciuchowych wyprzedażach. Na plus – odmawiam torby zanim Pani po nią sięgnęła. Brawo ja. Na minus – kosmici zero-waste raczej nie kupują nowych ciuchów w sieciówkach….

Jeszcze tylko szybkie zakupy na jutro. Mój lokalny sklep Społem ma jeden fajny relikt z przeszłości (i milion niefajnych) a mianowicie dozownik na bułki. Bułek jednak już nie ma. Jest tylko chleb. 50 rodzajów, każdy zapakowany w folię. Nie mam wyboru… I jeszcze mleko. Tu będzie kiepsko, bo jest tylko w plastiku. Trudno, na razie nie planuję zakupu krowy. Zakupy lądują w płóciennej torbie, ale nie bardzo mnie to pociesza.

Aha, skończyły mi się worki na śmieci…

Dzień 2

Po wczorajszej porażce śmieciowej zostałam w domu i pracowałam zdalnie. Zrobiłam normalne śniadanie z lodówkowych zapasów. Do popołudniowych zajęć wpadła mi, w sumie nieplanowana, wizyta u babci.

I tu nastąpił splot całkiem dobrych rzeczy – skoro wizyta u babci, to po drodze miałam wpaść do Bez Pudła (dodatkowo zachęcona rabatami na produkty o galopującej dacie ważności). A skoro tak, to wyciągnęłam maszynę do szycia z jasnym postanowieniem jej naprawy (coś szwankował bębenek) i uszycia kilku dodatkowych woreczków (mam już takie na zakupy, ale w sumie chyba jednak nie takie na przechowywanie).

Po godzinnej walce udało mi się rozwiązać problem kłębiącej się nitki (spadała z bębenka… dalej nie wiem czemu) i uszyłam dwa woreczki z resztek ikeowych tkanin. Może nie idealne, może trochę eksperymentalne, ale są!

radosna twórczość IKEA

Bezpudłowe zakupy (już drugie!) zaliczam do bardzo udanych. Wyszłam z dwoma woreczkami napełnionymi ryżem i kaszą jaglaną oraz pudełkiem sezamu i migdałów a do tego dokupiłam szczotę do butelek (w końcu czymś muszę myć bidonek)

U babci mało brakowało abym jednak dzień zakończyła śmieciowym remisem, ale każdą wręczoną paczuszkę udało mi się przepakować do własnych woreczków. Poza plastikowym pojemnikiem z zamrożoną pomidorówką. Zamrożonej nie miałam jak przelać, a ze względu na kiepskość pojemnika wolałam nie ryzykować plam po zupie w plecaku… Póki co na o nie mam rozwiązania.

Aha, nie uniknęłam też gąbkowych zmywaków do naczyń w plastikowym opakowaniu od babci… Jak już wszystkie zużyję to może skuszę się na pleciony zmywak z konopnego sznura?

Przy okazji w mojej głowie urodził się bliżej nie określony plan zakupu eko kubka termicznego, najlepiej porcelanowego. Bezmyślnie scrollowałam internety aż w mojej głowie otworzyła się szuflada „olśnienie”. „Helloooo! Przecież masz taki kubek!” Fakt – kilka lat temu przywiozłam z Cypru dwa śliczne kubki, które były dostępne tylko w wersji z silikonową czapką. Wtedy te czapki wydawały mi się zupełnie bezsensowne i wylądowały na dnie szuflady, a tu proszę – 2 lata później do nich dojrzałam… A, i mam w końcu też TEN EKO KUBEK z Drezna z pudru kukurydzianego i włókien bambusowych. I po trzecie kiedyś przyjaciółka sprytnie „zapomniała” swojego kubka termicznego z mojego auta. Nie chciała go z powrotem mówiąc, że „zapomniała go specjalnie”. Tak weszłam w posiadanie małego termosidła ze starym logo mojego poprzedniego korpo…Trochę cieknie ale jeszcze się nada. Ergo – nie potrzebuję nowego, sprawa zamknięta 🙂

Dzień 3

Sobota. Śniadanko z lodówkowych zapasów, obiadek przywieziony wczoraj od babci. Raczej nie ma miejsca na śmieciowe wpadki. A jednak… Poszliśmy na spacer i wzięła nas ochota na lody. W końcu nie będę sobie odmawiać takich drobnych przyjemności, nawet jeśli produkują je tylko w papierkach!

Dopiero po chwili dotarło do mnie, że sprzedają też lody w wafelkach na gałki… ehh. Innych wpadek brak. Chlebek i rogaliki zakupiłam do własnej płóciennej torby przy pięknym uśmiechu pani za ladą 🙂

Dzień 4

Niedziela niehandlowa. A skoro niehandlowa to nic nie można kupić. Ale można przytargać od mamci leczo w plastikowym wiaderku w plastikowej torbie, bo dalej nie mam pomysłu jak transportować rzeczy, co to łatwo mogą się otworzyć, wylać i uplamić tapicerkę auta… No cóż – torbę i wiaderko oddam.

Dzień 5

Okazało się, że Ania, koleżanka z roboty ma od dawna firankowe woreczki na zakupy, stara się ograniczać śmiecenie i też ją wkurza, jak w Beach barach wszystko podają na jednorazówkach (Brawo Ty!).

Skończyły mi się kapsułki do prania. Orzechy piorące i tym podobne są dla mnie wynalazkiem prehistorycznym i doceniam siłę nowoczesnych detergentów. Internety podpowiadają, że równie dobrze jak w orzechach można prać w samej wodzie (porządnie wstrząśnięta też będzie się pienić). W dziwnej promocji zakupiłam dwa opakowania na 28 prań w cenie jednego większego na 34. Może na coś te pudełka kiedyś wykorzystam. Na razie nie jest to obszar jakichkolwiek ustępstw 😉 Pudełko po poprzednich kapsułkach wykorzystałam do przechowywania klamerek na pranie.

W Piotrze i Pawle pierwszy raz podjęłam próbę zakupu do własnych woreczków, tym razem tylko pieczywa i bananów solistów. Zgarnęłam wszystkich bananowych singli i znalazłam im dom w lnianej torbie z różowych nogawek od spodni (polecam nogawki na pierwsze torby – szyje się migiem :)) i pognałam do kasy, bo w „moim” markecie nie ma kas samoobsługowych ani możliwości własnoręcznego wydrukowania nalepek na samoobsługowych wagach.

Przy kasie jednak zderzenie z rzeczywistością (a specjalnie wybrałam Panią, która zawsze była dla mnie miła…):

– „Ale takech bananu to ja ważut nie bede! Prosze wyciagnać!”
– Ok, nie ma problemu, że zważy Pani z moim workiem…
– Jest problem, bo im potem na inwentaryzacji wychodzi źle !

Na inwentaryzacji. Bo ważą każdego smutnego banana, z którego zaczyna uchodzić życie i woda. I każdego ogórka i każdą marchew. Co do jednej, zwiędłej, pomarszczonej sztuki. Akurat!

Banany wylądowały na taśmie a ja do końca unikałam kontaktu wzrokowego z kasjerką i resztą kolejki. Straty moralne powetowałam sobie w sklepie z tkaninami kupując resztkę firanki i tasiemki na kolejne woreczki.

Na ostatecznie dobicie popełniłam błąd niewybaczalny – podzieliłam się swoimi wątpliwościami na zero-waste’owej grupie. Opisałam problem z jakim trzeba się zmierzyć gdy brak możliwości samodzielnego zważenia spotyka się z brakiem kas samoobsługowych i rozbija o zwyczajny brak dobrej woli. Ot małe wylewanie żali pt: „czy ktoś robi Tam zakupy i co radzi”. Odpowiedzi:

„Nie rozumiem twojego problemu, ja zawsze przyklejam naklejke na jednego pomidora, nawet jak mam kilka i tak wrzucam do koszyka”

„Polecam kasy samoobsługowe”

„Zawsze się wyciąga” (well…. otóż nie zawsze – na wszelakich blogach bezodpadowych wyroczni firankowe woreczki są po to, że przy kasie było widać co jest w środku i żeby nie wpływały znacząco na wagę. No i nie widzę tego wyciągania na taśmę kilograma ziemniaków, buraków, czterech marchwi, kilograma fasolki szparagowej, dwudziestu pieczarek i buk wie czego jeszcze, bo „zawsze się wyciąga””;

oraz mój faworyt „Fasolkę szparagową to się kupuje w warzywniaku a nie w markecie”. Szach mat. Paniusia poszła na pierwsze zakupy w życiu i nie wie gdzie się kupuje TE RZECZY, nie wie, że na pomidora można nakleić nalepkę bezpośrednio na skórkę ani że w ogóle można coś sobie zważyć samemu. Głupia jakaś.

Z resztki firanki uszyłam 2 woreczki. Może daleko im do ideału, ale są moje, urocze i  zawiązywane miętową tasiemką. Banany już takie ładne nie są, na szczęście smaczne 😉

Dzień 6

Posta skasowałam bo mnie życiowe mądrości „wyjadaczek” zaczęły drażnić.

Piotra i Pawła na razie odpuściłam i zaatakowałam osiedlowy sklep mięsny. Niestety zamknięty, w końcu długi weekend zobowiązuje. Ponowię próbę za tydzień.

Pod nieobecność rzeźnika zrobiłam zakupy w lokalnym warzywniaku u Pana, który zawsze wagę i cenę zaokrągla w dół i nie widzi problemu w płaceniu kartą za pęczek rzodkiewki, w ogóle jest strasznie miły i…. zawsze wszystko pakuje w masę szeleszczącego badziewia. Na początek zaatakowałam śliwki wrzucając kilka sztuk do firanki. Woreczek wylądował na wadze, Pan zważył i nawet nie pisnął. Zero problemów. Nic. Na drugi ogień poszły ziemniaki.

– „Poproszę kilogram, ale…. (tu widzę jak ręka Pana uwolniła jedną foliówkę w paczki)…. bez folii proszę. Staram się unikać niepotrzebnych śmieci”
– „Ależ nie ma problemu! To poproszę woreczek!”

I tak do woreczka powędrowały pyrki bez kręcenia nosem, że pobrudzą torbę (notabene taką po butach z wyszytą nazwą nieco fancy sklepu). Do towarzystwa pyrki dostały ogóra i koperek bez marudzenia, że się wzajemnie okurzą. Wszystko ładnie zapakowane i wręczone mi z uśmiechem, ze stałym „Miłego dnia”. Da się. Uff…

W domu uszyłam dwa ostatnie woreczki z firanki. Czekam na dostawę nowej 😉

Aha, od września niedaleko mnie otwierają nowy eko bazar. Jupiiii 🙂

Dzień 7

Pierwszy tydzień wyzwania zamykam dniem wolnym i kanapowym lenistwem. A skoro wszystko zamknięte to i nie ma opcji na jakiekolwiek potknięcia 🙂 Dzisiaj jest dzień słodkości. Na początek kulki mocy:

Kulki mocy z fig (7 sztuk)

20 fig suszonych
1 łyżka kopiasta kakao
1 łyżka orzechów laskowych
1 łyżka słonecznika
1 łyżka migdałów (blanszowanych albo w płatkach)
4 łyżki wiórków kokosowych

Figi zalać wrzątkiem i odstawić na kilka godzin. Zblendować namoczone figi, orzechy i pestki, dodać kakao, dokładnie wymieszać. Formować kulki i obtaczać w wiórkach. Schować do słoika i do lodówki! Gotowe 🙂

Przypomniało mi się, że mam kawałek czerstwego chleba i czerstwą bułkę, która jakoś umknęła mi przy wczorajszym obiedzie. Zawsze suchy chleb lądował w koszu (w sumie nigdy nie był suchy tylko zawsze pleśniał, ale po przeorganizowaniu szafki już nie powinien…), więc tym razem zamierzałam go wykorzystać na chlebowy pudding. Efekt jest OK. Musze popracować nad ilością cukru, bo trzeba go duuuuuuuuużo, więc przepis na pudding pojawi się jak już go dopracuję 😉

Małe podsumowanie:
– od tygodnia piję wodę z kranu. Kwestię nie do przeskoczenia przez ostatnie 30 lat przeskoczyłam w jedną chwilę (ładny bidonek, słowo zachęty z internetu, badania wody na stronie MPWiK i…. cytryna ułatwiają sprawę)
– warzywa i owoce lepiej kupować u znanego pana z lokalnego warzywniaka. Skoro zawsze zaokrągla wage i cenę w dół to nie dopłacę za własne woreczki a i można miło pogadać 🙂
– spisuję na kartce wszytko co się kończy, więc przy okazji będę wiedzieć jak długo wytrzymałam bez jakiegoś produktu i grupowo zakupię w Bez Pudła
– z zakupów nie przyniosłam ŻADNEGO plastikowego worka
– naprawiłam maszynę do szycia
– może kupię maszynkę do robienia szynki? Kiedyś się do takiej przymierzałam w sumie…

Coraz lepiej idzie mi w „bezodpadowanie”. Śniadanko i obiadek zabieram do pracy w swoim pojemniku (w sumie robiłam to zanim wzięłam się za zero-waste, więc dużo mnie to nie kosztowało). Zakupy robię do własnych woreczków, ale dużo ostrożniej niż kiedyś: na razie jestem na etapie warzyw z osiedlowego warzywniaka i suchaczy z Bez Pudła. Może jak w końcu rzeźnik wróci z urlopu to zakupię też mięsko do swojego pojemnika? Zobaczymy…

Dzień 8

Wpadek brak 🙂 śniadanko zabrałam do pracy we własnym pudełku. Po południu zamierzałam podłączyć się zdalnie, więc w drodze do domu wstąpiłam do Bez Pudła po kilka rzeczy. Mam naukę: mąkę najlepiej pakować w plastikowe pudełko, bo woreczek w ogólne się nie sprawdza. Po przesypaniu w domu wszystkiego do słoika i tak cały woreczek jest w mące, nie da się wytrzepać całej zawartości bez omączania kuchni i sam nadaje się tylko do prania… Nabyłam też woskowijkę do chleba, bo kompletnie nie sprawdzają mi się woreczki, ani lniane ani bawełniane ani zestaw obu.

Aha – mleko jak zwykle było tylko w plastikowej butelce; dla równowagi kupiłam takie ekologiczne, ale butelka jest jednorazowa. Może kiedyś wyruszę w podróż do mlekomatu, bo niestety żadnego nie mam po drodze do domu.

Dzień 9

Pracuję zdalnie. Wysłałam męża po zakupy, ale jakoś umknęło mi przypomnienie mu, że „bez folii”. Na śniadanie były bułki wyciągnięte z foliowej torebki i szynka z foliowej torebki. W lodówce znalazłam drugie mleko z plastikowej butelce 😦

Zrobiłam reorganizację słoików, w których trzymam herbaty, mąki, kawę, grzyby itp, aby znalazło się miejsce dla innych produktów z cargo trzymanych w oryginalnych opakowaniach, bo codziennie widzę wieczorem jednego mola i pomimo umycia całego słupka, wszystkich pudełek i każdej rzeczy z osobna oraz wywieszenia lepów i tak latają :/ Przy okazji zwolniłam jeden plastikowy pojemnik – będzie idealny na kupowanie mąki.

Z racji pracy z domu Pan mąż organizował obiad. Ajjjjjjjććććć. Mamy łazanki z pudełka i kilka produktów zapakowanych w kilka foliówek. Albo nauczę go gotować z tego co jest w domu, albo nauczę go kupować bez folii, albo oboje umrzemy 😛

Cały trud zakupów do własnych firanek i woreczków został zniweczony w jedną chwilę 😉 Oczywiście złośliwie wskazałam 3 rogaliki zapakowane w inną siatkę niż chleb. W końcu zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że się pogryzą. Lepiej dmuchać na zimne. I fasolkę szparagową na styropianowej tacce owiniętą szczelnie folią. Fasolka jak wiadomo wchodzi w reakcję ze skórą powodując bolesne oparzenia przez co nie można jej dotykać gołymi rękoma bo grozi to śmiercią w męczarniach. No i można się spocić przy kilkukrotnym ruchu nadgarstka pakują fasolkę luzem do worka, a tak za jednym zamachem jest od razu w dużej ilości.

dav

Polecam film dokumentalny na Netflixie pt: „Cowspiracy”. Otwiera oczy. Chyba do wyzwania zero-waste dorzucę też wyzwanie meat-once-a-week (może nie jem mięsa codziennie, ale kilka razy w tygodniu to norma).

Dzień 10

Basen. Polecam pływanie na torze dla „wolno pływających”. Można być wtedy tym pływającym najszybciej 😉 Kot przegryzł worek na mokre ciuchy przez co niestety musiałam go wyrzucić (worek, nie kota). Plastikowe reklamówki za coś się jednak czasem przydają.

Zamówiłam 3 wegańskie książki. Może coś będzie z tego flirtu z roślinami. Do listy zakupów dorzucam cieciorkę i soczewicę, a zakupy w warzywniaku uzupełniam o kurki i fasolkę szparagową do firanki.

Dzień 11

Poznałam zupełnie nową knajpeczkę, trochę w duchu hipstersko-hippisowego zero-waste. Na Tamce leją piwo/drinki/napoje do zwrotnych plastikowych kubków, a dwuzłotowa kaucja za kubek gwarantuje ich zwrot. Brawo wy! 🙂

dav

Z racji niedzieli – zakupów brak, wodę noszę w swoim bidonku, ale taka nieprzegotowana budzi skorpiona w brzuchu. Niestety 😦 piję więc przegotowaną z cytryną, ale długofalowo muszę przemyśleć zakup filtra do wody.

Zrobiłam całkiem niezły, prawie wegański obiad:

Makaron z kurkami w sosie śmietanowym (2 porcje)

300-400 g świeżych kurek
dowolny makaron (2-3 garście)
2-3 ząbki czosnku
1 cebula (mało-średnia)
olej roślinny do smażenia
2 łyżki kwaśniej śmietany (np 12%)
sól, pieprz

1. Kurki mocz przez 15 minut w wodzie by oczyścić je z piasku i ziemi. Przepłucz dodatkowo w durszlaku. Większe grzyby pokrój na połówki lub ćwiartki.
2. Rozgrzej olej na większej patelni, dodaj pokrojoną w drobną kostkę cebulę, przeciśnięty przez praskę czosnek i w końcu kurki. Przypraw solą i pieprzem. Smaż na złocisty kolor. W tym momencie zagotuj wodę i gotuj makaron.
3. Gdy kurki już się zarumienią, dodaj śmietanę i duś przez 3 minuty.
4. Odcedź makaron i podawaj go z kurkami i sosem śmietanowym. Smacznego!

Przepis (nieco zmodyfikowany) pochodzi stąd

Dzień 12

Po robocie wybrałam się do BeMuke, podobno największego sklepu ekologicznego we Wrocławiu. Zaopatrzona we własne pojemniki i woreczki raźno powędrowałam na drugi, prawie, koniec miasta, zaopatrzyć się w eko sery na wagę, wędliny i co mi tam jeszcze przyjdzie do głowy.

Ale jak zwykle zderzenie z rzeczywistością było wyjątkowo paskudne. Primo – na stoisku serowo-wędlinowym nie było nikogo (cała obsługa zgromadziła się na plotkach za kasą).
Secundo – w ladzie chłodniczej sery były pokrojone na kawałki a każda porcja osobno zapakowana hermetycznie w folię.
Tertio – na każdy kawałek była naklejona cena, ale w sumie nie wiedziałam czy upoważnia mnie to do otwarcia sobie lady i wyjęcia interesującego mnie sera, ani czy (gdyby była obsługa) mogłabym poprosić o pokrojenie na plasterki i zapakowanie do własnego pudełka (po tym, że na wędlinach nic nie było popakowane ani pocenowane wnioskuję, że jednak nie było tu samoobsługi).

Do koszyka wrzuciłabym tylko jogurt w szklanym słoiku i eko-cydr, gdyby nie strefa zero-waste. Kasze, makarony, mąki, strączki. I migdały w czekoladzie. Omnomnom. Od razu wyciągnęłam swoje pudełeczko, jakoś dałam radę wytarować je na wadze i przystąpiłam do procedury nakładania. Uporałam się z otwarciem wielkiego słoika i…. ale ale…. czym to nabrać? Mam sobie przechylić słój i nasypać czy wsadzić tam łapkę i grzebać pomiędzy migdałami? Rozwiązanie tej zagadki zaiście mnie zabiło – do nakładania służyły jednorazowe foliowe rękawiczki. Szach mat.

Z poczuciem porażki, pokornie posłużyłam się rękawiczką, zapłaciłam i wyruszyłam w drogę do domu. Aby osłodzić sobie nieudaną wyprawę, włączyłam tryb „łakomstwo” i zaczęłam opróżniać pudełko. Ale słodka bajka szybko zamieniła się w paskudny horror, gdy odkryłam na migdałach wywiercone rowki, dziurki i jajeczka robali. Blehhhh. Moje migdały już wcześniej zostały skolonizowane przez mole albo inne paskudztwo i wybrane na perfekcyjne miejsce wicia robalowego gniazda.

Zamiast do domu udałam się w drogę powrotną do BeMuke. Na szczęście oddali hajs.

Dzień 13

Jaglanka i owsianka wychodzi mi już bokiem. Dzisiaj nie było śniadania domowego, ale kupiona kanapka w papiero-folii. Minus dla mnie. Na pocieszenie po sernik do korpo kawiarni poszłam już z własnym pudełkiem po obiadku i nie było żadnego problemu z zapakowaniem do niego ciacha 🙂

Po pracy odbierałam chlebek w Bez Pudła (bo na jaglankę spojrzę pewnie dopiero w przyszłym tygodniu) i przy okazji nabrałam sobie płatków orkiszowych jako zamiennik chwilowo nielubianych owsianych. Na szczęście w nieszczęściu, w trakcie dłuższej pogawędki z właścicielką, z płatków zaczęły wyłazić jakieś małe chrząszcze. Orkisz wymieniłam na płatki jaglane. Coś nie mam szczęścia w tym tygodniu do robali. Przy okazji uzupełniłam zapas migdałów i suszonej kolendry.

Wieczór spędziłam na pełnym wątpliwości pichceniu falafeli. Pełnym wątpliwości, bo ilość namoczonej cieciorki nieco mnie przytłoczyła, bo w przepisie jako warunek konieczny było mielenie ciecierzycy w maszynce a nie blenderze (a takowej nie posiadam), bo falafeli nigdy nie jadłam, więc nawet nie wiem czego miałam się spodziewać. Ostatecznie wyszły bardzo smaczne i ładnie pachnące 🙂 Brawo ja

Dzień 14

Nie wiem czy też tak macie, ale jak idę do pracy na 9 to mam rano czas na wszystko: na godzinną drzemkę, na mycie głowy, suszenie, na porządne śniadanie, kawę, makijaż, karmienie kotów. Jak idę na 8 to nie mam czasu na nic.

Dzisiaj grana była opcja pierwsza, bo firma opłaciła mi szkolenie. A jak szkolenie to materiały szkoleniowe. Wydrukowane 250 stron, jednostronnie… Dobrze, że tylko bindowane bez okładek. Ale! Czym tu pisać? Aha, w materiałach jest długopis. Zapakowany w foliowy woreczek. Szkolenie będę mieć jeszcze przez 2 dni, na szczęście długopis dają tylko raz.

Dziewczyna, która miała mi robić naturalne kosmetyki, niestety po 2 tygodniach próby kontaktu w celu odbioru zamówienia odpisała, że wyjeżdża gdzieś tam na ileś tam i zamiast odebrać ręcznie ukręcone cuda w szkle musiałam zaliczyć wycieczkę do Rossmana. Nie znalazłam żadnej pasty do zębów w aluminiowej tubce i tylko jedną bez pudełka. Nie ma żadnych szamponów ani odżywek ani balsamów w nieplastikowej butelce, więc musiałam się złamać i wzięłam co było, byle w dużym opakowaniu. Może napiszę do Tołpy czy przypadkiem nie planują jakiejś linii kosmetyków w szkle?

Na koniec załatwiłam pocztę – w zeszłym tygodniu, pomimo zalegania w domu, listonosz nie zadał sobie trudu przyniesienia paczki z firankami, tylko z automatu zostawił awizo, co bardzo mi ułatwiło, bo poczta tylko kilka dni w tygodniu jest czynna dłużej niż do 15… Resztki firanek były zapakowane w kopertę bąbelkową, żeby się nie rozbiły w transporcie.

Napisałam do sklepu, w którym zamówiłam z wysyłką kurierem książki wegańskie,  zapytanie kiedy zamierzają je wysłać, bo tak jakby kurierem to już powinny być a nima. Nie odpisali. Dobrze, że zamówiłam za pobraniem.

Na deser w skrzynce czekał na mnie kupon rabatowy z H&M. Myślałam, że może jakaś ulotka reklamowa, ale nie. Kartka z papieru kredowego, sporej wielkości, zaadresowana do mnie. Nie rozumiem… Wysłanie kodu promocyjnego na @ jest: darmowe, ma zerowy wpływ na środowisko i nikt do mojego kodu się nie dostanie (no i mam ich aplikację i konto, to mogli udostępnić kod gdzieś tam…). Wysłanie pocztą generuje koszty dla nadawcy, druk na papierze kredowym to drwina z ekologii no i każdy mógł już mój tajny kod przeczytać i wykorzystać. Chyba im dam znać, że znalazłam genialny sposób na optymalizację ich kosztów. Przy okazji może ktoś straci pracę a ja dostanę górę kasy za pomysłowość…

Chyba na dzisiaj mam dość….

Dzień 15

Drugi dzień szkolenia. Niestety jako, że owsianka wychodzi mi bokiem znowu gramy na śniadanie kanapkę z Green2Day w papiero-folii. Żółwie wybaczcie. Po szkoleniu gnam na basen z własnymi bananami i bidonkiem z wodą z dystrybutora. Niestety pływanie udało się umiarkowanie, bo musiałam zwrócić uwagę ratownika na rodzinny piknik na moim torze. Nie da się pływać szybko na torze dla szybko pływających gdy co chwile jakieś dziecko uczy się na nim pływać w płetwach, rodzina okupuje ścianę, więc trzeba się do niej przybijać slalomem i zapominać o jakimś szybszym nawrocie albo parka wybrała się na odkrytożabkowy , romantyczny spacer…

Dzień 16

Znowu nie miałam śniadanka…

Na zakończenie szkolenia dostaliśmy drukowane certyfikaty i drukowane vouchery na egzamin (z hologramem, więc wybaczam…). Ostatecznie okazało się, że certyfikaty dostaliśmy też na maila, więc jednak nie rozumiem.

W Piotrze i Pawle mieli mleko w szklanej butelce! Hura!

Dzień 17

Całe przedpołudnie wypełniałam misję „Suknia ślubna”. Przyjaciółka wychodzi za mąż, więc była okazja do fajnego babskiego wyjścia 😉

Wracając zobaczyłam otwarte drzwi u osiedlowego rzeźnika, ale Szlag! nie mam pudełka! Trudno. Udało mi się tylko obronić przed nadmiarem foliałek, ale jednej niestety nie uniknęłam. Wędlinę zapakował mi pan w papier.

Dzień 18

Wracając do domu wstąpiliśmy do BlackRedWhite obejrzeć kuchnie. Akurat był jakiś event z darmową lemoniadą. Przyznaję się bez bicia – skusiłam się na lemoniadkę w plastikowym kubeczku ze słomką. Źle mi było z tego powodu przez cały dzień, ale w Piotrze i Pawle zrobiliśmy zakupy do własnej torby, o której pamiętałam jak wychodziliśmy z domu. W BRW wygraliśmy bon na stówę, więc ostatecznie nie wyszło tak źle, ale okupiliśmy go tą nieszczęsną lemoniadą.

Odkryłam kolejne gniazdo moli – w otwartych drożdżach. Czy to się kiedyś skończy??

Za to zrobiłam najlepsza na świecie chińszczyznę!

Najlepsza chińszczyzna na świecie !

SKŁADNIKI

2 PORCJE

  • 300 g polędwiczki wieprzowej
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 1 czerwona papryka
  • 1 cebula
  • 1/2 marchewki
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 mała papryczka chili
  • 1 łyżeczka suszonego imbiru
  • 2 łyżki oleju roślinnego

SOS:

  • 3 łyżki octu ryżowego
  • 3 łyżki wody
  • 5 łyżek sosu sojowego
  • 3 łyżki cukru (np. trzcinowego)

PRZYGOTOWANIE

  • Odciąć białą błonę na zewnętrznej stronie polędwiczki. Mięso przekroić wzdłuż na pół, następnie w poprzek włókien na jak najcieńsze plasterki. Doprawić solą i pieprzem, obtoczyć w mące ziemniaczanej. Nastawić ryż na gotowanie.
  • Przygotować warzywa: paprykę pokroić w kostkę, cebulę obrać i pokroić w nieco większą kostkę, marchewkę obrać i pokroić wzdłuż na cienkie słupki, tak samo pokroić pora.
  • Papryczkę chili przekroić wzdłuż, usunąć pestki, następnie drobno posiekać. Czosnek posiekać
  • Przygotować sos: wymieszać wszystkie składniki w miseczce.
  • W woku lub w wysokiej i dużej patelni rozgrzać 1 łyżkę oleju, podsmażyć imbir, włożyć wszystkie przygotowane warzywa i mieszając smażyć na większym ogniu przez około 4 minuty. Warzywa wyjąć i odłożyć na talerz.
  • Na patelnię dodać drugą łyżkę oleju i włożyć polędwiczkę, zwiększyć ogień do dużego i smażyć przez około 3 minuty co chwilę mieszając aby równomiernie się obsmażała.
  • Włożyć z powrotem warzywa i wszystko wymieszać, następnie wlać sos. Gotować przez około 2 minuty aż sos zgęstnieje, w międzyczasie co chwilę zamieszać. Wyłożyć danie na talerze, obok położyć ryż, posypać szczypiorkiem i podawać.

Przepis, nieco zmodyfikowany pochodzi stąd

Dzień 19

Śniadanie i obiadek grzecznie spakowałam do pudełek 🙂 Przyszła przesyłka z wegańskimi książkami. Prosiłam o zapakowanie zero-waste dostałam w bąbelkach, kartonie, z dużą ilością taśmy. Trudno…

Dzień 20

W pracy zamiast owoców dawali naturalne soki. Jednak każdy soczek zapakowany był w plastikowy kubeczek z foliowym wieczkiem a pod wieczkiem drugie wieczko z dziurką. O mamo…

Odbierałam chlebek z Bez Pudła i przy okazji wstąpiłam do pobliskiego warzywniaka, który reklamował się, że mają warzywa z własnej uprawy. Co ja pacze w lodówce? Biały ser z papierku! Dawaj go Pani! Ale bez folii żadnej! W nagrodę usłyszałam: „Ahhh gdyby wszyscy byli jak Pani…. świat od razu byłby lepszy” 🙂 . Do tego dorzuciłam do torby rzodkiewkę i ogóra. Pani jednak bardzo się zmartwiła, że ser może się rozwinąć, wyskoczyć i wymieszać się ze wszystkim. Twardo obstawiłam na swoim, w końcu walczę o ten lepszy świat, co nie? Ser posłuchał i nie wyskoczył. Do tego w domu się zorientowałam, że na papierku miał oznakowanie, że opakowanie jest bezpieczne dla środowiska. Brawo JOGO.

img_20180828_180407.jpg

W domu okazało się jednak, że mój Pan mąż zrobił takie same zakupy jak ja, tylko, że on do foliałek. Cóż, mam pole do pracy u podstaw. Będziemy też się informować co kto kupił, bo ostatnio zdarza nam się dublować 😉

Dzień 21

Byłam na warsztatach z wytwarzania własnych kremów naturalnych. Fajna zabawa 🙂 Po 2h miałam dwa słoiczki kremików na dzień i na noc. Jak się skończą to następne też ukręcę sama:

Krem na dzień do cery suchej:

7 ml wody
7 ml hydrolatu z rumianka
3 ml emulgator (tu: Baza samoemulgująca z oleju z pestek moreli)
6 ml olejów (po 2 ml oleju ze słodkich migdałów, brzoskwini i kiełków pszenicy)
2 ml aloesu (zamiennie na 2 ml gliceryny lub 1 ml aloesu+ 1 ml gliceryny)
szczypta (na koniec łyżeczki) ekstraktu z maliny
1 ml kwasu hialuronowego
5 kropli konserwantu DHA BA

W pierwszym kubku wymieszać 7 ml wody z kulkami emulgatora. W drugim kubku zmieszać hydrolat z aloesem i ekstraktem.
Zawartość pierwszego kubka rozpuścić w kąpieli wodnej. Wyjąć z garnka. Dodać oleje, zawartość drugiego kubka i zmiksować spieniaczem do mleka. Jak przestygnie dodać kwas hialuronowy i  konserwant, wymieszać.

Krem na noc do cery suchej:

7 ml wody
7 ml hydrolatu z róży
2 ml gliceryny
ekstrakt z nagietka
3 ml oleju z awokado
2 ml oleju z czerwonej palmy
1 ml masła shea
3 ml alkoholu cetylowego
2 ml gsc (Emulgatora)
2 ml kwasu hialuronowego
4 krople konserwantu DHA BA
1 kropla aromatu grejpfrutowego

Do pierwszego kubka wlać oleje, masło, alkohol i emulgator i rozpuścić w kąpieli wodnej. W drugim kubku zmieszać hydrolat z wodą, gliceryną i ekstraktem. Trochę podgrzać. Kubek z olejami wyciągnąć z kąpieli, zacząć miksować. Jednym ruchem wlać zawartość kubka z hydrolatem, miksować. dodać kwas hialuronowy, konserwant i aromat.

Dzień 22

Domowe kremy są super! (ten na dzień, z uwagi na brak dodatku olejku aromatycznego jest dziwnie bezzapachowy, ten na noc ma świetny, delikatny zapach cytrusa) Buźka po nich jest nawilżona i delikatna cały dzień.

Dzień 23

Znalazłam nowego właściciela dla ramek za zdjęcia, które od 2 lat nie mogą się doczekać na powieszenie na ścianie… Mam nadzieję, że będą szczęśliwe!

Dzień 24

Rano zrobiłam przewietrzanie szafy. Wydawało mi się, że nie ma w niej już nic zbędnego a jednak zapakowałam dwie walizki i wywiozłam do mamy. Przy okazji oddałam jej plastikowe wiaderko i torbę, którą nieopatrznie zabrałam na początku wyzwania. Załapałam się od razu na obiad 🙂

Dzień 25

Kończy mi się żel do mycia buzi, więc zachęcona całkiem niezłym efektem warsztatów kosmetycznych zamówiłam składniki do kremów i płynu micelarnego. Zobaczymy co uda mi się ukręcić. Poprosiłam o zapakowanie zero-waste. Ale jak sobie to przemyślałam, to takie kręcenie własnych kremów z ekologią i bez-śmieciowym podejściem ma mało wspólnego, bo zamówiłam od cholery składników, każdy będzie zapakowany w mały plastikowy pojemniczek, z którym nie wiadomo co zrobić… Ostatecznie kupienie gotowego kremu to tylko jeden plastikowy słoiczek i ewentualnie kartonik. I folijka. Ale i tak mniej.

Jadę w listopadzie na konferencję UX do Krakowa. Ciekawe na ile uda mi się ograniczyć jednorazówki i ciekawe jakie welcome packi planują organizatorzy. Oby było to coś na prawdę przydatnego 😉 Już planuję zabranie własnego kubka, pudełek i bidona.

Dzień 26

Zostałam honorowym dawcą krwi. Cykor trzymał mnie już od wczoraj a na pomiarze ciśnienia miałam tętno 100 😛
Oddawanie krwi, już za pierwszym razem, wiąże się jednak z pewnymi przywilejami – dniem wolnym od pracy (trochę oszukałam, bo rano podłączyłam się zdalnie) i sporą paczką czekolad, wafelków i soku na zakończenie. Ostatecznie nie było się czego bać, bo:

  • oddawanie krwi nie boli. Niestety kłują dwa razy (raz do próbki na hemoglobinę), ale nie boli bardziej niż przy standardowym pobraniu do morfologii.
  • oddawanie krwi nie jest straszne. Oczywiście sala wypełniona fiolkami z krwią, armia pielęgniarek i formularz drobnodrukowych pytań jest przerażający, ale po wbiciu igły stres odpuszcza. No i nie ma uczucia spuszczania krwi. W zasadzie nie czuć nic. Nawet całkiem ciekawie wygląda worek z własną krwią bujający się na wadze. No i zespół medyczny dobierają chyba kluczem poczucia humoru 😉
  • trwa chwilę. Cała procedura trwa około godziny (rejestracja, papierologia, wywiad, przymusowe pojenie i zwyczajne czekanie zajmuje nieco czasu, ale samo napełnianie worka trwa ok 10 minut. Jak się pompuje piłką to trochę szybciej. Gościa obok mnie podłączyli później a skończył przede mną…)
  • nie traci się od razu przytomności. Ale to zależy. Gościa przede mną myślałam, że odłączą bo zaczął mdleć, gość obok napatrzył się na krew i narzekał, że drętwieje. Ja czułam się zaskakująco dobrze, w zasadzie nie czułam nic, więc uznałam, że plan powrotu do domu Rybą był nieco na wyrost. Zemściło się to kilkanaście minut później po podbiegnięciu i wdrapaniu się do tramwaju. Gdyby nie ławka to bym odleciała bo w środku dnia zrobiło się ciemno… Drugi strzał był po wejściu na trzecie piętro do domu…. Więc może lepiej uprzedźcie kogoś, że idziecie na pobranie i wróćcie do domu taryfą. I zwyczajnie poproście kogoś, żeby za godzinę sprawdził, czy żyjecie.
  • nic Wam nie grozi. Wszystko jest sterylne i jednorazowe (ale nie zero-waste), zespół medyczny jest profesjonalny i sympatyczny. Co chwilę pytają czy wszystko ok. Ale jednak po wyjściu trzeba zatroszczyć się o siebie i nie przeginać, szczególnie jak normalnie ciśnienie mamy nie za wysokie a od śniadania minęło już trochę czasu.

Z zero-waste’owych kwestii – zastanawiam się jaki sens ma kupowanie pieczywa do własnego worka. W piekarni Pani, która nakłada pieczywo albo wrzuci je do naszej lnianej torby używając jednorazowej rękawiczki, albo spakuje chlebek do foliowego worka używając tegoż worka. Każde rozwiązanie jest złe, chociaż ostatecznie własny worek zmniejsza ilość foliówek o jedną.

Dzień 27

Zrobiłam cały wielki garnek zupy ogórkowej i już drugi dzień się z nią raczę na obiadek. Zupka jest pyszna, ale nie dam rady jeść jej cały tydzień… Zaproponowałam przyjaciółce, że ją nakarmię 🙂 W zamian dostałam słoik zupy dyniowej („Z nieba mi spadłaś! Zróbmy wymiankę! Już myślałam, że będę jeść dyniową cały tydzień…”) 🙂 Brawo my!

W pracy odwiedziła mnie babcia. Przyniosła kilka rzeczy, które z reguły odbieram „przy okazji”  (np wędzonego łososia), ale jakoś ostatnio było mi do niej nie po drodze. Niestety babcia jest ultra-waste i raczej nie będę jej zmieniać… Każda jedna rzecz w torbie była zawinięta w kilka mniejszych woreczków foliowych żeby nie pobrudzić sąsiadów. Łącznie z serwetkami.

We wtorek jak zwykle odbieram chleb z Bez Pudła. I jak zwykle coś dokupuję. Tym razem padło na kukurydzę do popcornu, lawendowo-słone mydło od 4 szpaków, jajkową sól kalamak i kilka innych sucharów. Lubię to miejsce jak nie wiem co 🙂

Dzień 28

Coś nie idzie mi przygotowywanie sobie codziennie śniadania. Prawdę mówiąc nie robię go już od ponad tygodnia i  codziennie kupuję kanapkę w nie do końca eko opakowaniu. Ale obiadki mam swoje albo jem w wegańskiej, mega taniej knajpce obok pracy.

Dzisiaj jednak nie miałam swojego obiadku, więc nie miałam swojego pudełka (słoik z zapasem zupy na jutro stoi w lodówce) a naszła mnie straszna chęć na sernik. Wypatrzyłam u kolegi na biurku jego pudełko po obiadku. Ładne. Szklane. Pożyczyłam za jeden uśmiech 🙂 Własne pudełko znowu spotkało się w cukierni ze zrozumieniem i radością. W końcu nie muszą szykować specjalnego pudła na mój mały grzeszek 😉

Dzień 29

Wieczorem byliśmy na „sztuce” „Mistyfikacja” Ad-Spectatores na stadionie. Takie sobie. Nie polecam 😉 Ale bilet był zero-waste, bo w postaci kodu zeskanowanego z telefonu.

Dzień 30

Naszło mnie na jakieś małe ciuchowe zakupy. Wiem, że to mało zero waste… ale na usprawiedliwienie przypomnę, że 2 walizki ciuchów pojechały do mamy. Jednak nie popisałam się refleksem bo zanim zareagowałam dwa nowe swetry już kisiły się w plastikowej torbie. Trudno. Ostatecznie takie torby przydają się na basen, na buty, na cokolwiek co może się wywalić i wychlapać całą zawartość…

 

Co się udało zmienić po 30 dniach:

  • nie weszłam w posiadanie prawie żadnej reklamówki (jeśli nie liczyć wpadki w Medicine i mężowych zakupów)
  • nie kupiłam ani jednej wody butelkowanej a ilość soków w tetra paku bardzo ograniczyłam
  • po przegotowaniu piję wodę z kranu
  • nie kupiłam ani razu słodyczy, w zasadzie ograniczyłam się do sernika z cukierni pakowanego do własnego pudełka.
  • nie biorę darmowych gadżetów, jeśli ich nie potrzebuję (gazet, ulotek, próbek)
  • kupuje produkty w papierze / szkle / stali a jeśli mają zawrotną cenę to zastanawiam się czy przeżyję bez nich (żyję bez makaronu….)
  • drastycznie ograniczyłam jedzenia mięsa, bo nie mam możliwości zakupu bez plastiku
  • nie kupuję jedzenia na wynos (chyba, że pizzę…)

Co się nie udało:

  • jednak zużywanie kosmetyków i środków czystości, z którymi weszłam w wyzwanie idzie dość wolno… Mam wrażenie, że im bliżej dna w butelce tym wolniej ubywa zawartości. Dalej męczę żel pod prysznic a dawno rozpakowane mydło spogląda już z niecierpliwością…
  • nie udało mi się kupić nic do swojego pojemnika. Jakoś nie miałam go ze sobą jak szłam do rzeźnika, a w Piotrze i Pawle brakuje mi odwagi.
  • ciężko mi rano zrobić sobie śniadanie do pracy. Z reguły kończę na korpo kanapkach w nie do końca eko opakowaniu.
Reklamy